Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 grudnia 2016

Huncwot raz

Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie (Stany Zjednoczone 2016) - reż. Gareth Edwards


Przede wszystkim muszę we wstępie opisać swoje oczekiwania. Dodać oczywiście jak zostały obniżone przez Przebudzenie Mocy sprzed roku. Zaznaczyć jakim tamta część była niewypałem, wymienić nazwisko reżysera i oczywiście zaznaczyć, że Disney, czyli posiadacz konta bankowego otrzymującego zysk boxoffice oraz wytwórnia BAJEK DLA DZIECI i wszystkich innych nowotworów przejęła Gwiezdne Wojny, używając przy tym słowa franczyzna. Ale ponieważ film mnie pozytywnie zaskoczył to i ja nie zachowam się szablonowo.

Na zdj. Felicity Jones i Diego Luna.

Film uderza od początku wieloma dziwnymi nazwiskami i jedną niezwykłą postacią – Orson Krennic. Człowiek tylko otwiera usta, a z nich płynie muzyka dla moich uszu. Żadnych potulnych, wpisujących się w schemat imperialnego dowódcy suchych poleceń, tylko prawdziwa arogancja i cynizm. To dobry znak już na samym początku, że postaci będą miały faktycznie jakieś barwy. Reżyser długo nie rozwleka wprowadzania do historii i już po 20 minutach mamy akcję. I ani na minutę widz się nie znudzi, ponieważ po każdym odetchnięciu natychmiast następuje powrót do akcji.

Oprócz tego film naprawił wielki błąd poprzednika. Korzysta z uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale nie kopiuje go w rozpaczliwej chęci przywołania nostalgii z lat 70. Pokazuje ten sam fragment świata, ale nie jest on identyczny z żadnym poprzednim elementem z oryginalnej trylogii. Kilka skrzyżowanych sytuacji z Nowej Nadzei przypomina w jakim czasie osadzona jest fabuła i przynosi odrobinę śmiechu w przeciwieństwie do zażenowania po Przebudzeniu Mocy, które kalkowało Lucasa bezwstydnie.

Elementy techniczne oceniam bardzo wysoko. Zarzuty braku charakterystycznej muzyki rozumiem, ale nie mogę powiedzieć, że nie pasował mi układ ze świeżą ścieżką dźwiękową. Należy pamiętać, że to osobny film, więc i muzyka była świeża. Nie ma nawet piśmiennego prologu ulatującego w przestrzeń. Wszystko jest doskonale wyważone między włączeniem wszystkich stworków, broni, maszyn wojennych i planet, które znamy, a chęcią stworzenia osobnego dzieła. Jestem pod wielkim wrażeniem intuicji twórców. Szczególnie scenarzystów. Tym bardziej, że paradoksalnie to osobne dzieło jest nierozerwalnie złączone z Nową Nadzieją, ponieważ ich akcje dzieją się równolegle.

Na zdj. robot K-2SO z modułem sarkastycznego poczucia humoru oraz Felicity Jones.

Dialogi są dopracowane, co dziwi w typie filmu nastawionego na efekty specjalne. Albo występują w nieznacznej ilości, zastąpione, jak należałoby oczekiwać od dzieła audiowizualnego, grą aktorską, albo bawią całą salę kinową. Postać robota K-2 zastąpiła z powodzeniem wszystkie poprzednie trzecioplanowe role C-3PO, R2-D2, Jar Jara, a nawet Chewbacci swoim poczuciem humoru i nie narzucającą się chęcią zdobycia sympatii widzów. Co prawda trudno mi zrozumieć jak robot może posługiwać się sarkazmem, ale nie zamierzam drążyć tematu, skoro efekt jest doskonały. Mówiąc o wątkach drugoplanowych, kolejnym elementem wspólnym z oryginalnym pomysłem Lucasa na stworzenie nowego rodzaju opery sci-fi była równoległa akcja. W Łotrze akcja odbywa się na kilku płaszczyznach czasowych, a wszystkie postaci są doskonale zdywersyfikowane i niebanalne.

Film opisywany jest często jako gratka dla fanów sagi. To prawda, bo przedstawia idealne podejście do marki, którą wykorzystuje subtelnie i z głową. Uważam jednak, że ze względu na wspaniałą chemię między głównymi bohaterami, autentyczne lokalizacje i prawdziwą charakteryzację, zamiast animacji komputerowych i doskonałą konstrukcję scenariusza film zaspokoi również typ widza, jak panią siedzącą za mną, która głośno zastanawiała się tuż przed seansem czy będzie zaraz oglądać kontynuację „tego filmu sprzed roku”. To film, który wzrusza, rozśmiesza i wciska w fotel, a za ujęcie z zamontowanej do X-winga wychodzącego z nadprzestrzeni kamery należy się nagroda publiczności. Wszystko jest opracowane i przymknę oko nawet na kilka jawnie marketingowo nastawionych scenek, mających na celu nakręcić sprzedaż figurek.

Imperialny niszczyciel. Reżyser ma do niech słabość.

Widać po niskiej elokwencji wypowiedzi, że jestem pod ogromnym wrażeniem seansu i wciąż układam go sobie w głowie. Poza tym jest późno. Tak, czy inaczej, film jest doskonały. Najlepsza nowa część Gwiezdnych Wojen. Proszę, powiedziałem to.

środa, 16 marca 2016

Mówię, obejrzyj Disneya, a zobaczysz

Kraina jutra (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Brad Bird


Z czym kojarzy ci się określenie "film familijny"? Mi też – z płaską fabułą, beznadziejną infantylnością i ogólnie  niską  jakością pod każdym względem. Również z bolesnym seansem w niedzielne południe, który musi się odbyć, bo i tak nie masz nic innego do roboty, a stanowi to pewną formę spędzania czasu z rodziną. Jakież zdziwienie przeżyłem, kiedy podczas oglądania Krainy jutra nie nudziłem się i nie czułem się zażenowany! Film jest przeciwieństwem wszystkiego, co złego można powiedzieć o tradycyjnych produkcjach familijnych.

Przede wszystkim nie jest infantylny i spośród wielu to chyba jego największa zaleta. Wszystko wskazuje na to, że powinien być. Disney robi filmy dla dzieci. To prawda, ale również dla dużych dzieci, zwanych nastolatkami, a ja takim wciąż się czuję, więc bezwstydnie mogę sobie Disneya dla przyjemności oglądać. Zresztą granica filmu odpowiedniego dla każdej publiczności wciąż przesuwa się. Niedługo od dwunastu lat mogą być okropne filmy von Triera, a to może fatalnie wpłynąć na młodą psychikę! Ilość pretensjonalności i uporczywego poszukiwania kontrowersji może odbić się traumą. 


Ale wracając do tematu, w Krainie jutra występują również dzieciaki, jako główni bohaterowie, co oczywiście znacznie ułatwia odbiór filmu młodym. I może byłoby gorzej, gdyby nie fakt, że główną bohaterkę nastolatkę grała 24 letnia aktorka, oraz to, że pozostali dwaj mali aktotrzy byli znakomici i grali bardziej przekonywająco niż połowa hojłudu. Oprócz tego główny wątek fabularny przenosi nas w świat odrealniony, kolorowy, błyszczący i tak nowoczesny, że aż niewiarygodny. Grząski grunt tego posunięcia wypuścił piękny kwiat niesamowitego świata w stylu retrofuturyzmu. A w końcu, mogło być nudno np. z powodu zakliszowanego na śmierć scenariusza. Akcja jest nieco przewidywalna, ale mimo wszystko nie przestaje ciekawić do samego końca.

Mam również wrażenie, co jest naturalnie oczywiste, ale wciąż należy zaznaczyć, że efekty specjalne znowu wskoczyły na poziom wyżej. Jeszcze niedawno Piraci z Karaibów i Władca pierścienia wyznaczali jakość, ale teraz poprzeczka wisi wyżej. Animacja komputerowa jest wpleciona zupełnie niezauważalnie w prawdziwe zdjęcia, a przedmioty ewidentnie animowane zachowują według podstawowych zasad fizyki tak wiarygodnie, że gotów jestem uwierzyć, że naprawdę istnieje plecak odrzutowy Electroluxa. 


Naturalnie spełnione są wszystkie obligatoryjne elementy filmu amerykańskiego i nie, nie odpuszczę. Jest to produkcja nastawiona na boxoffice, a więc 1. posiada motyw miłosny, 2. aktorzy są przepiękni, 3. fabuła ma elementy moralizatorskie, 4. dobro tryumfuje, 5. ktoś umiera, wywołując łkanie i pospieszne wyciąganie chusteczek u publiczności. Mimo to urok i nastrój produkcji jest nie do podrobienia i bawi mnie ogromnie. Ciekawe, że film ten zupełnie umknął bacznemu oku krytyków i tej popularnej akademii, co to "najważniejsze na świecie" filmowe nagrody i nominacje wyraźnie ustawia sobie jak FIFA mecze. Hajs ma płynąć i będziesz pan zadowolony. Ale film to mi się podobał, polecam gorąco, bo fana czarujących wizji sci-fi nie może rozczarować. Nikogo nie powinien.

sobota, 19 grudnia 2015

Kiedy starasz się za bardzo

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy (Stany Zjednoczone 2015) - reż. J. J. Abrams

Na parkingu wolne miejsca, a w kinie spokojnie. Sala nie była pełna, nikt się nie przepychał, ani nawet nie walczył o miejsce. Byłem jedynym klaunem w koszulce z nadrukiem Vadera. Zwiastunów było kilka i od razu, zupełnie bez ostrzeżenia, charakterystyczne napisy zaczęły ulatywać w bezdenną przestrzeń. Ktoś obok mnie świetnie się bawił - chyba przyszedł na komedię. Nie liczył się z tym, że ja tu przeżywam coś ważnego. I czy tylko ja? Po lewej też w sumie dobra impreza, a nie, jak się spodziewałem, trzech nerdów odchodzących od zmysłów. Były rodziny z dziećmi, całe grupy młodych kinomaniaków, kilka par na randkach. Czy ja pomyliłem sale? W pierwszym dniu największej premiery roku taki krajobraz?

Podtrzymanie tradycji  GW na jednym zdjęciu. Na pierwszym planie Daisy Ridley.

Najwidoczniej przeliczyłem się z oczekiwaniem wielkiej ekscytacji i sukcesu kasowego w Polsce. Nie ważne, wróćmy do filmu. Mamy do czynienia z Gwiezdnymi Wojnami z krwi i kości. Co do tego nie ma wątpliwości w żadnej ze scen. Ale one są inne. To nie te same Gwiezdne Wojny. Te są bardziej surowe, mroczne i... realistyczne? Co wcześniej najbardziej wyróżniało te filmy to bajkowa otoczka. Wszystko bardziej kolorowe, z miękkimi krawędziami. Niby nastały straszne czasy dla rebelii, niby życie na Tatooine takie ciężkie, ale tak naprawdę tego nie było. Jedyne co ja widziałem, to prawdziwa pasja do fikcji naukowej, czyli zauroczenie kosmosem i jego eksploracją. W każdej scenie Lucas przekazywał swoją ciekawość głębokiej przestrzeni i spełniał niedoścignione pragnienie życia jak kosmiczny kowboj. Abrams skupił się na czym innym i podszedł to sprawy bardziej przygodowo. Mając takie, a nie inne narzędzie stworzył Indianę Jonesa w uniwersum GW. Dużo biegania, ratowania kogoś z opresji i bardzo szybki rozwój wydarzeń. To jak z tym sąsiadem, który jeździ 2,5 litrowym doładowanym Subaru Legacy do kościoła i na zakupy, jakby nie zdawał sobie sprawy co znajduje się pod jego prawą stopą. Patrzysz i serce ci pęka, że cały ten potencjał pozostaje niespożytkowany, nieużywany jak należy.

Mówiąc o mrocznej stronie mocy.

Realizm i przygodowość nie są złe. Można jednak zrealizować je w innym tytule. Biorąc na stół kreślarski coś takiego, jak GW, trzeba wiedzieć jak zaspokoić apetyt widzów. Abrams obrał inną strategię. Postanowił w nowym filmie zrobić kotlet mielony ze wszystkich poprzednich części. Zmielono tu postaci, scenografie, a w końcu fabułę. Każdy element filmu już był w nim wcześniej, ale w innej formie. Wydarzenia przypominają do złudzenia oryginalną trylogię. Droidy, planety, statki kosmiczne, nacje, stroje, a co najgorsze - dialogi - już były. To jest remake, a nie kontynuacja. Nie mówię tu o występie starych aktorów, ponieważ to jedyny pozytywny element ze strategii "wracamy do źródła, scena po scenie". Każda część, do tej pory, powoli rozwijała, dokładała coś do uniwersum, opowiadając nową historię. Abrams skondensował wszystkie GW, aby zadowolić każdego - młodego i starego fana obu trylogii. Ale to niemożliwe. Za dużo to i świnia nie chce. Film przypomina mi czytanie książki z uniwersum Gwiezdnych Wojen przeciętnego autora. Widzę te usilne nawiązania do głównych wątków, eksploatowanie do bólu kilku charakterystycznych elementów, ciągłe próby poprawienia wytykanych przez fanów błędów, ale to po prostu nie to. Człowiek za bardzo chciał, starał się, ale nie przystanął na chwilę i nie zastanowił co będzie lepsze, zamiast tego, czego ludzie oczekują. Niestety.

Harrison Ford - porównanie z czasów oryginalnej trylogii i Przebudzenia Mocy.

Oglądając film wciąż miałem wrażenie, że to już to widziałem. Było w Powrocie Jedi. A to oczywiście w Imperium Kontratakuje. A ta sama kwestia wybrzmiała w Nowej Nadziei. Ogromna ilość typowych hollywoodzkich klisz, wypowiedzi bohaterów mających na celu tłumaczenie widzowi fabuły i w końcu ten dziwny styl roztrzęsionej kamery. Przecież to film amerykański. Wszystko jest do przewidzenia, łącznie z punktem kulminacyjnym (walczę ze sobą, żeby niczego nie zdradzić). Ale znowu wychodzę na ponuraka, który tylko narzeka. Pisze coś,  żeby się wyżalić. Ale nie, to JEST dobry film. To SĄ Gwiezdne Wojny, to JEST gratka dla fanów. Aktorzy zagrali świetnie, zarówno dawna ekipa jak i nowy duet na piątkę. Efekty specjalne, których tak bardzo nie lubię komentować, zapierały dech w piersiach. Często dałbym głowę, że użyto prawdziwego X-winga, albo autentycznych pocisków laserowych. Było również kilka prawdziwych lokalizacji, więc plus za nieużywanie studia z zielonymi ścianami. I te sceny bitewne statków kosmicznych. Niesamowita dynamika i realizm, prawdopodobnie największy atut filmu. Nie muszę chyba wspominać o kapitalnej ścieżce dźwiękowej.

X-wing kontra TIE fighter.

Koniec końców nic nie przywróci dawnych Gwiezdnych Wojen. Ale ja chcę kontynuacji i to co dostałem dziś mnie satysfakcjonuje. Jeśli Abrams przestanie wchodzić w tyłek wszystkim fanom sagi i skupi się na stworzeniu dobrego sci-fi z wykorzystaniem, a nie eksploatacją uniwersum, to Rogue One będzie jeszcze lepszym filmem. Jak tytuł sugeruje Przebudzenie Mocy to dopiero początek.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Intymność

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (Stany Zjednoczone 2012) - reż. (i scen.) Wes Anderson


Pesymiści twierdzą, że filmów powstaje taka ilość, że nawet jeśli byśmy oglądali je 24 godziny na dobę, nie obejrzelibyśmy wszystkiego. Optymiści cieszą się, że źródło ich pasji nigdy nie wyschnie. Ja do kinematografii podchodzę raczej antymainstreamowo, co dało się zauważyć w moich poprzednich wpisach. Ja sobie filmy oglądam i na nikogo nie patrzę. Co mi tu krytyk będzie dyktował, że Grand Budapest Hotel mam oglądać. Że jakiś Wes Anderson podobno piękne filmy robi. A idź pan, ja sam wiem najlepiej. Jednak zdarza się, że filmu nie oglądam samemu, a w towarzystwie osoby wybrednej, z konkretnie określonymi wymaganiami. "Nowy, lekki, miłosny". Więc jeśli nie chcesz, człowieku, wylądować na wieczór z sagą Zmierzch na swoim ekranie lepiej pogłówkuj nad czymś sensownym. Pękłem - sięgnąłem po tak gorąco chwalonego Wesa Andersona.

Na zdj. od lewej Kara Hayward i Jared Gilman.

Nie zgadzam się, żeby skłonność do oglądania romansów miały tylko kobiety. To raczej mężczyźni bardziej lubią filmy sensacyjne i wojenne. Miłość jest obiektywna, więc historie miłosne trafiają do obu płci jednakowo. Nie ma facetów niewrażliwych, są najwyżej zamknięci w sobie, więc twój luby odmawiając ci seansu komedii romantycznej po prostu utrzymuje pozory (albo sprytnie unika nieuchronnej klęski filmowej, ale to osobna kwestia). A ja lubię, tylko w odpowiedniej formie. Jak wszystkie filmy zresztą. A Wes formę ma niepowtarzalną i piękną. Pod tym względem przypomina Woodiego Allena. Filmy autorskie, jedyne w swoim rodzaju, do tego intelektualne i o ciepłym nastroju. Anderson w przeciwieństwie do Allena oferuje jednak mniej dialogów na rzecz języka obrazu. Cechy charakteru i nastroje bohaterów oddaje odpowiednimi zdjęciami i montażem. Korzysta z narzędzia jakim jest obraz, jak wprawny autor z atrybutów języka.

Porównanie to jest celowe, ponieważ Kochankowie z Księżyca jest jak ulubiona książka. Nawiązuje intymny związek z odbiorcą i przekonuje go do utożsamiania się z którymś z bohaterów lub którąś z sytuacji. Film ten otacza ciepłym kocem i angażuje w historię przez szczególny sposób narracji. Na tej samej zasadzie działa dobra książka. Obie aktywności po ukończeniu dzieła pozostawiają ślad emocjonalny. Uczucie smutnej nostalgii po tym, jak skończyło się coś pięknego. Nie chodzi tylko o przepiękną historię miłości pary dwunastolatków, ale sposób jej przedstawienia. Całość ma miejsce w romantycznej scenerii lat sześćdziesiątych - zamiast SMSów listy, zamiast metropolii dzikie wyspy Nowej Anglii. Wyraźne są również staroświeckie zwyczaje i w pewnym stopniu zaściankowość moralna. Niektórych rzeczy nie wolno z zasady i bez dyskusji. Dlatego miłość nastolatków jest silna, ponieważ istnieje na przekór.

Na zdj. na pierwszym planie Edward Norton - znakomity przykład prawdziwego aktorskiego kameleona.

Rzut oka na kilka kadrów z filmu zdradza jego ramę wizualną. Ale jest coś czego nie sposób uchwycić w obiektyw aparatu. Montaż, bodaj najsilniejsza broń Wesa, jest zaplanowany i dopracowany do ostatniego szczegółu. Odbywa się płynnie, logicznie i co najważniejsze satysfakcjonuje łaknienie perfekcjonizmu. Każde ujęcie jest rozkosznie symetryczne, bogate w żywe kolory. Film posiada optymalną ilość specyficznego humoru i jest prawdziwie optymistyczny. Nawet scena finalna, mimo pozornej grozy, odbywa się w sposób odrealniony, jak z komiksu. Film ma formę opowieści, o której z góry wiemy, że dobrze się kończy. Reżyser przede wszystkim kreuje świat na własne potrzeby, jak dziecko lepiące sobie zabawkę z plasteliny. Osadzone tylko we własnych realiach przedstawia oryginalną historię w specyficznej konwencji. Produkcja autorska z krwi i kości.

Wiem, że mam do czynienia z dziełem osobistym, jeśli ma ono wyraźną osobowość. Jest odbiciem lustrzanym autora, iluminującym z ekranu w intencji nawiązania kontaktu z widzem. Interakcja - tym jest kino. Przysparzaniem wrażliwego doznania w prawdziwie intymnych okolicznościach na unikatowe dzieło artystyczne. Nie ma dwóch takich samych płatków śniegu i dwóch takich samych reżyserów. Ile razy mam to powtarzać - jeszcze nie było wszystkiego! Wciąż będą nowe rzeczy, nowi twórcy ze świeżym podejściem, odkrywający przede mną część mojej emocjonalności, której sam nie znałem. Nie z rzemieślnictwem, ale ze sztuką mamy do czynienia. Najlepszego sortu, w przypadku Andersona. Nie ważna jest ocena, ale doznanie. Tutaj euforii nie ma końca. Tym z kolei jest sztuka - radością odczuwania.

Na zdj. urocza Kara Hayward.

Płodności i dalszej nietuzinkowości autorowi życzę. Przed tym młodym skądinąd reżyserem świetlana przyszłość filmowa spoczywa i ja z chęcią pozostanę jej oddanym odbiorcą.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Nostalgia za VHS w najlepszym wydaniu

Kung Fury (Szwecja 2015) - reż. David Sandberg

Oto historia filmu w pigułce: było kilku kolesi w kamizelkach do garnituru, z zegarkami na łańcuszkach i oni robili filmy. Ponieważ coś tam na teatrze się znali, to angażowali aktorów do odgrywania swoich ról przed dziwnymi skrzynkami na trójnogach. I to był zawód ekskluzywny, bo rzadki i ekscentryczny, bo kosztowny. Później, długo, monopol na twórczość filmową mieli tacy właśnie nadmiernie wyprostowani panowie, ale w kamizelkach moro z dużą ilością kieszeni. Uważali przez cały czas, że sztuka filmowa jest od wybranych dla wybranych. Jednak technologia postępowała błyskawicznie i japy zamknęły im kamery VHS, czyli takie urządzenia, co to nagrywały na kasetach. Kasety można było prosto z kieszeni kamery wsunąć do odtwarza w domu i rodzinie pokazać występ córki na jasełkach. A więc kamera, dzięki systemowi VHS, stanęła w finansowym zasięgu śmiertelników i świat stanął na głowie. Okazało się, że nie tylko nadęci brodacze z obcym akcentem mogą robić filmy fabularne. Powstał zupełnie nowy rynek - od każdego dla każdego.

Kung Fury (Szwecja 2015) - reż. David Sandberg

wtorek, 26 maja 2015

Festiwal krwi i oktanów

Mad Max: Na drodze gniewu (Australia 2015) - reż. George Miller

Nie należę do osób, które ukrywają swój brak sympatii. Podobnie zresztą chętnie mówię o filmach, które wyjątkowo mi się podobały. Do Mad Maxa posiadam jednak tak niejednoznaczne uczucia, że wypowiem się inaczej. Zastanówmy się razem dla kogo właściwie ten film jest? Kto będzie bawić się na nim najlepiej? Kto najczęściej będzie o nim wspominał na  najbliższym spotkaniu? Ale realistycznie, w granicach naszego kraju. Rozejrzyjmy się wokół, spójrzmy w niczego niedomyślające się twarze naszych przyjaciół, którzy twierdzą, że "lubią filmy" i zastanówmy się - czy jemu/jej ten film by się podobał? Realizm ten może się przypadkiem rozrosnąć, ponieważ pomimo znakomitych recenzji, zmora, która niszczy kino, czyli BOXOFFICE, pupy nie urywa. A nie ukrywajmy, o to chodzi w przypadku reaktywacji tytułu sprzed trzech dekad - o hajsik. Ukłon-w-stronę-widzów-łaknących-trochę-postapokaliptycznej-rozwałki my ass. Można było film nazwać Na drodze gniewu, a głównej postaci dać na imię Fryderyk. Ale dwa magiczne słowa Mad Max i każdy pędzi w piąteczek do kina.

Banda anonimowych psychopatów. Dużo ich w tym filmie.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Legalny trip

Za czarną tęczą (Stany Zjednoczone 2010) - reż. Panos Cosmatos

Posiadam kilka list "do obejrzenia", jak chyba każdy. Ale zdarza się tak, że mimo wszystko szukam czegoś innego, nietypowego. Psychodelia daje najlepszy odpoczynek od klasyki kina, od tych czarno-białych, śmiertelnie poważnych i artystycznych dzieł opisanych już w milionem słów. Trafiasz na coś takiego i nie wiesz co to jest, ale oglądasz. Coś nie pozwala ci tego wyłączyć. Coś cię zatrzymuje, wytwarzając siłę wpychającą w fotel. Z transu nagle budzą cię napisy końcowe. Minęło jakby pięć minut, a już po filmie. Tak wciąga Za czarną tęczą.

Na zdj. od lewej: Michael Rogers, Eva Bourne

wtorek, 24 marca 2015

Za co uwielbiam filmy postapokaliptyczne | cz. 2/2

3. Droga (Stany Zjednoczone 2009) - reż. John Hillcoat



Film złapał mnie z opuszczoną gardą. Spodziewałem się postapokaliptycznej papki amerykańskiej, a dostałem lewy prosty z silnych emocji, tak silny, że trudno mi było uwierzyć w to, co widzę. Dlatego polecam nie oglądać zwiastuna, po prostu nie jest w stanie oddać nastroju filmu (tak bardzo nie polecam, że nawet go nie podlinkuje, o!).

środa, 18 marca 2015

Za co uwielbiam filmy postapokaliptyczne | cz. 1/2

Kadr z filmu Księga ocalenia (Stany Zjednoczone 2010) w reż. Alberta i Allena Hughes.

W głębokim poczuciu niepewności odczuwam satysfakcję. Muzyka chaosu to motywujący mnie stymulator. Im mroczniej i głośniej, tym lepiej. Trzeba być złym i iść szybko przed siebie. Ze zmarszczonymi brwiami, zaciśniętymi pięściami. Sytuacja jest tragiczna, a będzie tylko gorzej. Na razie Gibson jest najbliżej prawdziwej wizji przyszłości, choć Lem z Kongresem Futurologicznym, Dick z Blade Runnerem (inspiracją dla Łowcy androidów Ridleya Scotta) i Dukaj z Czarnymi oceanami byli równie blisko. Skąd jednak ten pesymizm? Bardzo proszę, wyjdź i się rozejrzyj. Świat nie jest piękny, jest szorstki w dotyku i niebezpieczny. Spłyniemy we własnych fekaliach ściekami wszechświata w egocentrycznym przekonaniu swojej wielkości. Ale człowiek to istota krucha duchowo i fizycznie, a te filmy to uzmysławiają. Witaj w rzeczywistości, w której słowo postęp to tyle co zagłada, a symbolem technologii może równie dobrze zostać nabój 7,62 mm - potencjał i zabójczość.

środa, 11 marca 2015

Na pohybel pruderii

Pięćdziesiąt twarzy Greya (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Sam Taylor-Johnson

 Dyskurs akademicki wymaga kilku rzeczy. Po pierwsze, nie należy mówić o czymś, na czym się nie znamy, dlatego z ciekawością obejrzałem film. Po drugie, należy zachować pozorną chociaż obiektywność, taką, która dąży do rozwikłania problemu, nie przekonania o swojej wyższości, dlatego nie szukaj poniżej spinania pośladków i wymieniania samych minusów. Po trzecie, nie zajmujmy się śmieciami i rzeczami nieistotnymi, bo to marnowanie pieniędzy podatników, dlatego zamiast pisać o nowym filmie Królikiewicza, napiszę o Greyu. Dzisiaj nie złamię żadnej z tych zasad. Złamię inną, bo zamiast mówić tylko o filmie, skupię się na jego kontekście.

Na zdj. Dakota Johnson.




sobota, 28 lutego 2015

Western: Spaghetti vs. Burger | cz. 2/2


Pierwsza część tekstu dostępna tutaj.



5. Rzeka Czerwona (Stany Zjednoczone 1948) - reż. Howard Hawks

Na zdj. od lewej: Walter Brennan, Mickey Kuhn, John Wayne.

Da się bardziej męsko? Bardziej nonszalancko, nieustępliwie, zdecydowanie? To przykład, że nie da się, nie. Żadnego pozowania, czysty testosteron. Uparte parcie przed siebie to oś scenariusza. Związany z nim konflikt samców alfa to jego główny motyw. Proste jak budowa cepa. Dorzućmy do równania zjawiskową Joanne Dru i powstaje filmowa nitrogliceryna. Chłonę jak gąbka każdą minutę.

piątek, 20 lutego 2015

Western: Spaghetti vs. Burger | cz. 1/2


Kadr z najpopularniejszej sceny filmu Dobry, zły i brzydki (Włochy, Hiszpania 1966), w reż. Sergio Leone.

Gdyby ktoś, rok temu, rzekł do mnie "Michale, za rok pokochasz westerny, będziesz oglądać je w ilościach hurtowych", to prychnąłbym mu w twarz, odpowiadając "postradałeś zmysły, głupcze!". Gatunek ten kojarzył mi się do tej pory z długimi, niedzielnymi popołudniami, kiedy ogląda się je z braku innych zajęć. Widok spoconych, brudnych twarzy tylko pogłębia uczucie dyskomfortu, bo za oknem też jest nieznośnie gorąco. Przez ponad dwie godziny ktoś galopuje, na chwilę wpada do Saloonu, wyrzuca innego kogoś przez okno i odgalopywuje w kierunku zachodzącego słońca. Tak, zaiste, podsumować można większość westernów. Teraz jednak widzę w tym urok. I większą różnorodność.

piątek, 30 stycznia 2015

Przepych, futra, dekolty!

Hiszpanka (Polska 2015) - reż. Łukasz Barczyk

Kamera kręci się, pochyla, lata pod sufit. Biel razi, rozmywa się, a soczewka pęcznieje. Dialogi słychać wyraźnie i nawet scenografia nie jest z tektury. Łypię na ekran okiem niedowierzającym, bo widzącym poziom zachodni na polskim ekranie! Przepych, futra, dekolty! Dwie szczypty patriotyzmu, byśmy nie zapomnieli skąd jesteśmy, bo Polska to krwista plama poświęcenia na białej koszuli honoru, ale i truskawki ze śmietaną. Miłość kochanków nieskalana uratuje powstanie, patriotyzm zwalczy chciwość. Wystarczą chęci i oczywiście nieco wkładu finansowego.

Na zdj. wspaniała Patrycja Ziółkowska i Jakub Gierszał

sobota, 20 grudnia 2014

Pasywna agresja

Gra (Szwecja 2011) - reż. Ruben Östlund

Dawno, od czasu Haneke i jego Funny Games, żaden film mnie tak nie poruszył. Nie zdenerwował, nie przestraszył, ani nie dał do myślenia. Tego mało, bo na dodatek był idealny pod każdym względem. Styl dokumentalizowany jeżył włosy na głowie a scena po scenie były dokładnie zaplanowane. Wrażenie dotkliwej realności powodowało nieświadome wciskanie się w fotel. Ja nie chcę wierzyć, że żyjemy w rzeczywistości, w której takie sytuacje w ogóle mają prawo bytu. Tak wiele rzeczy jest nie tak w tej historii, że po seansie trudno mi było wydusić z siebie choć słowo.

środa, 10 grudnia 2014

Ile skina w skinie, czyli filmy o neonazistach | cz. 2/2


Pierwsza część tekstu dostępna tutaj.



 4. Fanatyk (Stany Zjednoczone 2001) - reż. Henry Bean

Na zdj. Ryan Gosling.

W neonazistowskim maratonie nadeszła kolej Goslinga. Moje filmowe antyamerykańskie poglądy uzewnętrzniałem już wiele razy, więc nie muszę chyba mówić czego się tutaj spodziewałem. Miałkiej opowieści o buntowniku na życiowym zakręcie, być może o błędzie w wychowaniu, o tym czyja to wina i dlaczego nie samego bohatera, który jest oczywiście ofiarą. Nie, jest tu drugie dno. Za dość mętną wodą, przez którą nie widać jak głębokie to dno. Ale jest.

piątek, 21 listopada 2014

Malkontent

Obywatel (Polska 2014) – reż. Jerzy Stuhr

Określenie polska komedia bardzo dobrze mi się kojarzy. Spora historia znakomitych pozycji, które się po prostu nie starzeją. Podobnie nazwisko Stuhr. Zdziwiłem się, jak zobaczyłem, że bohater Amatora, Kilera i oczywiście Seksmisji również reżyseruje. Niestety Pogoda na jutro mnie nie zachwyciła. Film, który zupełnie nie zapada w pamięć. Zbyt osobisty, by miał wpływ na większą grupę. Ale cóż ja mówię, przedstawiciel potransformacyjnego pokolenia, któremu najczęściej zarzuca się brak wiedzy o życiu z braku doświadczenia stania w kolejkach. W przypadku Obywatela Stuhr twierdzi, że film jest właśnie do mnie, żeby uzmysłowić mi jakie to były czasy. Co więc idealny odbiorca sądzi na temat filmu?

czwartek, 13 listopada 2014

Hołd udany, świat uratowany

Interstellar (Stany Zjednoczone 2014) - reż. Christopher Nolan

Bardzo rzadko postrzegam film premierowy przez pryzmat reżysera. Staram się kierować emocjami przekazanymi w zwiastunie, wielkimi obietnicami autora, ogólnie płynąć z powszechną ekscytacją. Nie inaczej w przypadku Interstellara. Kupiło mnie hasło "hołd dla Odysei Kubricka". I choć mój wrodzony sceptycyzm mnie nie opuszczał, to już wiedziałem, że na pewno obejrzę to w kinie. Ciekawość wygrała z rozsądkiem i przeczytałem naprzód kilka recenzji, które nie zachęcały do obejrzenia. Film płytki, za długi, naiwny i przeciętny - twierdziły. Pseudonaukowe dywagacje były zarzutem numer jeden, ale powtarzały się opinie, że niepotrzebnie wmieszano religię, zmarnowano potencjał i tym samym pieniądze i czas widza. Daleki jestem od polemiki z autorami tych recenzji, ale wytłumaczę pokrótce dlaczego źle oceniono film.

Na zdj. od lewej: genialna Mackenzie Foy i Matthew McConaughey.

czwartek, 6 listopada 2014

Końska dawka patosu

Furia (Stany Zjednoczone 2014) - reż. David Ayer

Byłem, doświadczyłem, ubawiłem się, popłakałem. David Ayer dał mi to wszystko. Czegóż innego się jednak spodziewać po filmie targetowanym na KAŻDEGO. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, mawia mój dziadek i jest w tym dużo racji. Nie znajdziemy tu wybitnego dzieła artystycznego. Ale świetną, dwugodzinną rozrywkę owszem. Uwielbiam filmy wojenne, to podobno typowo męski gatunek. A temat drugiej wojny interesuje mnie szczególnie (i wojny w Wietnamie, czyli w sumie ok. 99% tematyki filmów wojennych). Z sali kinowej wychodziłem zadowolony, ale żadna amerykańska produkcja nie wyjdzie ode mnie bez słowa krytyki.


czwartek, 30 października 2014

Efekt spóźnionego zapłonu

Spirited Away: W krainie Bogów (Japonia  2001) - reż. Hayao Miyazaki

Nie będę ukrywał, że na Anime się nie znam, zakładając oczywiście, że gatunek ten wymaga obycia. Kinematografia japońska do tej pory oczarowywała mnie za każdym razem. Nie ważne czy chodzi o film aktorski, czy animowany. Tron we krwi to arcydzieło, ale Akira, choć z zupełnie innej beczki, trzyma ten sam, wysoki poziom. Po raz setny, pewnie nie ostatni, złapałem się w pułapkę własnych oczekiwań, które oczywiście były za wysokie (muszę przestać o tym mówić; przyjmijmy, że zawsze to robię). Nie daję szansy filmom na samoobronę, tylko oczekuję, że będzie taki jak tamten czy inny, że tak samo mi się spodoba, stworzy podobny świat i zauroczy postaciami. Bo tamten mi się podobał, więc ten też ma. Podejście zgubne, bo rzadko coś w ten sposób zaskoczy. Świat kinematografii pełen jest miernoty i trzeba ostrożnie lawirować, żeby nie wdepnąć. W tym przypadku poszczęściło mi się.


sobota, 18 października 2014

Wszystko już było

Chłód w lipcu (Stany Zjednoczone 2014) -reż. Jim Mickle

Są takie dni, kiedy nie ma się pomysłu na to jaki film obejrzeć. Trzeba wybrać coś dla szerszego grona, nie tylko dla siebie, więc brane pod uwagę wytyczne są ścisłe. Nie o miłości, nie horror, nie polski, nie stary, nie za długi. To jaki? Wybór pada najczęściej na nowość, o której się kiedyś czytało. Chłód w lipcu wygląda ciekawie na papierze, a pamiętam również kilka pochlebnych recenzji. Więc film, którego nikt w towarzystwie nie widział, raczej niszowy, nie starszy niż rok. Raz kozie śmierć.

Od lewej: Sam Shepard, Michael C. Hall, Don Johnson.