czwartek, 15 grudnia 2016

Huncwot raz

Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie (Stany Zjednoczone 2016) - reż. Gareth Edwards


Przede wszystkim muszę we wstępie opisać swoje oczekiwania. Dodać oczywiście jak zostały obniżone przez Przebudzenie Mocy sprzed roku. Zaznaczyć jakim tamta część była niewypałem, wymienić nazwisko reżysera i oczywiście zaznaczyć, że Disney, czyli posiadacz konta bankowego otrzymującego zysk boxoffice oraz wytwórnia BAJEK DLA DZIECI i wszystkich innych nowotworów przejęła Gwiezdne Wojny, używając przy tym słowa franczyzna. Ale ponieważ film mnie pozytywnie zaskoczył to i ja nie zachowam się szablonowo.

Na zdj. Felicity Jones i Diego Luna.

Film uderza od początku wieloma dziwnymi nazwiskami i jedną niezwykłą postacią – Orson Krennic. Człowiek tylko otwiera usta, a z nich płynie muzyka dla moich uszu. Żadnych potulnych, wpisujących się w schemat imperialnego dowódcy suchych poleceń, tylko prawdziwa arogancja i cynizm. To dobry znak już na samym początku, że postaci będą miały faktycznie jakieś barwy. Reżyser długo nie rozwleka wprowadzania do historii i już po 20 minutach mamy akcję. I ani na minutę widz się nie znudzi, ponieważ po każdym odetchnięciu natychmiast następuje powrót do akcji.

Oprócz tego film naprawił wielki błąd poprzednika. Korzysta z uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale nie kopiuje go w rozpaczliwej chęci przywołania nostalgii z lat 70. Pokazuje ten sam fragment świata, ale nie jest on identyczny z żadnym poprzednim elementem z oryginalnej trylogii. Kilka skrzyżowanych sytuacji z Nowej Nadzei przypomina w jakim czasie osadzona jest fabuła i przynosi odrobinę śmiechu w przeciwieństwie do zażenowania po Przebudzeniu Mocy, które kalkowało Lucasa bezwstydnie.

Elementy techniczne oceniam bardzo wysoko. Zarzuty braku charakterystycznej muzyki rozumiem, ale nie mogę powiedzieć, że nie pasował mi układ ze świeżą ścieżką dźwiękową. Należy pamiętać, że to osobny film, więc i muzyka była świeża. Nie ma nawet piśmiennego prologu ulatującego w przestrzeń. Wszystko jest doskonale wyważone między włączeniem wszystkich stworków, broni, maszyn wojennych i planet, które znamy, a chęcią stworzenia osobnego dzieła. Jestem pod wielkim wrażeniem intuicji twórców. Szczególnie scenarzystów. Tym bardziej, że paradoksalnie to osobne dzieło jest nierozerwalnie złączone z Nową Nadzieją, ponieważ ich akcje dzieją się równolegle.

Na zdj. robot K-2SO z modułem sarkastycznego poczucia humoru oraz Felicity Jones.

Dialogi są dopracowane, co dziwi w typie filmu nastawionego na efekty specjalne. Albo występują w nieznacznej ilości, zastąpione, jak należałoby oczekiwać od dzieła audiowizualnego, grą aktorską, albo bawią całą salę kinową. Postać robota K-2 zastąpiła z powodzeniem wszystkie poprzednie trzecioplanowe role C-3PO, R2-D2, Jar Jara, a nawet Chewbacci swoim poczuciem humoru i nie narzucającą się chęcią zdobycia sympatii widzów. Co prawda trudno mi zrozumieć jak robot może posługiwać się sarkazmem, ale nie zamierzam drążyć tematu, skoro efekt jest doskonały. Mówiąc o wątkach drugoplanowych, kolejnym elementem wspólnym z oryginalnym pomysłem Lucasa na stworzenie nowego rodzaju opery sci-fi była równoległa akcja. W Łotrze akcja odbywa się na kilku płaszczyznach czasowych, a wszystkie postaci są doskonale zdywersyfikowane i niebanalne.

Film opisywany jest często jako gratka dla fanów sagi. To prawda, bo przedstawia idealne podejście do marki, którą wykorzystuje subtelnie i z głową. Uważam jednak, że ze względu na wspaniałą chemię między głównymi bohaterami, autentyczne lokalizacje i prawdziwą charakteryzację, zamiast animacji komputerowych i doskonałą konstrukcję scenariusza film zaspokoi również typ widza, jak panią siedzącą za mną, która głośno zastanawiała się tuż przed seansem czy będzie zaraz oglądać kontynuację „tego filmu sprzed roku”. To film, który wzrusza, rozśmiesza i wciska w fotel, a za ujęcie z zamontowanej do X-winga wychodzącego z nadprzestrzeni kamery należy się nagroda publiczności. Wszystko jest opracowane i przymknę oko nawet na kilka jawnie marketingowo nastawionych scenek, mających na celu nakręcić sprzedaż figurek.

Imperialny niszczyciel. Reżyser ma do niech słabość.

Widać po niskiej elokwencji wypowiedzi, że jestem pod ogromnym wrażeniem seansu i wciąż układam go sobie w głowie. Poza tym jest późno. Tak, czy inaczej, film jest doskonały. Najlepsza nowa część Gwiezdnych Wojen. Proszę, powiedziałem to.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Podsumowanie miesiąca: czerwiec 2016

Kurcze, czasem podczas wakacji, ciężko zebrać się co długim dniu pracy, żeby coś napisać. Gorąco jest, lekki ból tyłka o znajomych nad morzem też jest, tylko się chce piwkować i oglądać serialiki. I tak było, do dzisiaj. Podsumowanie, później kolejne, za lipiec, ale potem naskrobię coś normalnego.

Kadr z filmu Wielki błękit w reżyserii Luca Bessona.

Raport z Europy (Stany Zjednoczone 2013) - reż. Sebastián Cordero
Nie jest hitem, o którym mówi się tak jak o Interstellar, nie bez powodu. Film porządny, ale brakuje tego nieuchwytnego czegoś co zachwyca i zmusza do chwalenia się udanym seansem każdej osobie przez kilka kolejnych dni.
Opowiada historię misji załogowej w kierunku Europy, podczas której oczywiście pojawiają się kłopoty. To ciekawe w jakim kierunku zaszedł współczesny film amerykański. W żywiołowym dążeniu do unikania klisz, czyli wszystkiego co już było w fabule i formie okazuje się, że zostaje niewiele filmu, a klisze, jak na ironię, i tak są powielane. Film jest zmontowany jedynie z ujęć kamer pokładowych lub wprost ze skafandra, co tworzy napięcie. Było parę razy, ale nie na taką skalę i to wciąż motyw świeży. W misji biorą udział oryginalne i unikatowe charaktery - stare jak Alien, ale motyw na tyle ładny, że można tylko pochwalić. Statek jest oczywiście megafuturystyczny (bo to nie NASA tylko zupełnie inna, bardzo bogata korporacja) i hipernowoczesny (bo kto ma najlepszą technologię na świecie?), a więc jest obecny delikatny patriotyzm pod sztandarem sci-fi. Fatalizm w kosmosie zdaje się być głównym motywem filmów amerykańskich o wyprawach międzygwiezdnych. I mimo, że film jest świeży jak pasta do zębów, to i tak naśladuje te wszystkie punkty po kolei.

Czas na miłość (Wielka Brytania 2013) - reż. Richard Curtis
Zawsze tak okropnie przejeżdżam się po kinie amerykańskim, a na angielskim się nie skupiam. A więc: oczywiście ciapowaty bohater w poszukiwaniu miłości, idzie jak po grudzie, ale ostatecznie wygrywa jego siermięgowaty urok osobisty, przesłodki obiekt wzdychań jest miłością, ale i podporą, uczy wiele głównego bohatera, co powoduje przełom w fabule, a wszystko kończy się szczęśliwie.
Warto jednak dodać, że Czas na miłość to film niezwykle nietypowy, ponieważ to komedia romantyczna fikcji naukowej. Wiem jakm to brzmi, ale efekt jest znakomity. Protagonista przenosi się w czasie, aby w ten sposób zdobyć kobietę marzeń i robi to aż do skutku. Oczywiście wiele się dzieje i na tym tylko film nie poprzestaje, ale to już trzeba obejrzeć na własne oczy. Nie trzeba, można.

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie (Stany Zjednoczone 2014) - reż. Seth MacFarlane
Ten sam reżyser, który stworzył Family Guy'a i raczej nie można się po nim spodziewać innego stylu. Żarty na poziomie licealisty (czyli na moim), jeden wielki pastisz wszystkiego (głównie westernu), antybohater, który jednak winszuje i wychodzi ze wszystkiego bogatszy o doświadczenia.
Film ujdzie, ale na pewno nie urywa czterech liter. Daję mu wysoką notę, ponieważ śmiałem się na głos. Ale to znane i wypróbowane poczucie humoru nie mogło mnie nie bawić. Jeśli kogoś bawi Family Guy, może sięgnąć i po to. Polecam i pozdrawiam.

Ugotowany (Stany Zjednoczone 2015) - reż. John Wells
Coś bardzo dziwnego. Film dla konkretnej profesji? Tak mocno sprofilowany gastronomicznie, że dziwie się, że da się to oglądać nie umiejąc gotować. Może zadowolić fanów tych dziwnych programów kulinarnych, gdzie każdy krzyczy, przeklina, rzuca talerzami, a rygor w kuchni jest jak w wojskowych barakach. Z drugiej strony strony nie mogę powiedzieć, że źle mi się to oglądało. Bo dobrze. Ale dziwnie.
A przecież występuje w nim Bradley Cooper, którym hojłud się niemal zachłysnął. Mam nadzieję, że cały ten zachwyt nie odbije się czkawką, a zdolny aktor za szybko się nie wypali. Tak, kulinarne metafory. 

Diabły (Wielka Brytania 1971) - reż. Ken Russell
Wielkie rozczarowanie. Przez moich filmowych mentorów film stawiany w ten sam szereg co najlepsze dzieła wszech czasów, i co? Nic, nuda, kupa, pretensjonalna sztuka filmowa i antyradykalna propaganda. Bardziej niż bezcelowych blockbusterów o superbohaterach nienawidzę kina kontrowersji. A ten film szuka ich natarczywie, byle tylko być bardziej skandalicznym, przesunąć tę granicę, pokazać więcej, móc się chwalić ilu to scen nie można wyświetlić w ilu to krajach. Mierzenie sukcesu w kontrowersji to oznaka niskich ambicji i to zresztą widać w tej produkcji. Uciekanie się do mieszania golizny, gore i tematu religii o tym świadczy. Ten film nic nie zmieni twojego życia. Powiem więcej. Nawet cię nie wkurzy. On po prostu sobie jest i właściwie nie wiem jakie miejsce mu się w kinematografii należy. Wymienianie go jako najbardziej kontrowersyjny to szczyt komplementu. Polecam fanom von Triera.

Odmienne stany świadomości (Stany Zjednoczone 1980) - reż. Ken Russell
Bożesz ty mój, jak bardzo mierzi mnie marnowanie potencjału. Niech ktoś, kto się nie zna na montażu,  bardzo proszę, nie zabiera się za film, który wymaga montażu z najwyższej półki.
Film ten opowiada o halucynogennych efektach badań niekonwencjonalnego naukowca. Można z tym pójść w dwie strony. Albo zrobić słodko tandetny horrorek, który po latach będzie się oglądąć dla rozrywki, albo pójść w całkowitą psychodelę i wywinąć film wyprzedzający swoje czasy pod względem formalnym. Russell jednak nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Poszedł w totalną przeciętność mieszając oba składniki, posypując to odrobiną hippiesowskich antywesternów i zupełnie niepotrzebnie dodając elementy melodramatyczne. Coś okropnego. A mogło wyjść dzieło na miarę Pi. Do tego jednak trzeba filmowego kunsztu, a nie partactwa.

Zbrodnie i wykroczenia (Stany Zjednoczone 1989) - reż. Woody Allen
Cóż innego mogę napisać, jak tylko "typowy Allen". Już nie da się chyba bardziej typowo, jak Allen jest typowy. Idealny model małżeństwa klasy wyższej, gdzie mąż zdradza z miłości, ale jako człowiek zasad postawia zakończyć hańbiący związek. Decyduje się na bezinwazyjne wyjście... Morderstwa? No pewnie, to przecież historia amerykańska. Gdyby ten sam wzór przenieść na kino innych narodowości, powstałoby zwierciadło tych narodów i ich kina. Niesamowite jak typowy Allen jest typowy.
Tak, występuje w nim on sam, a swoją postacią stawia szereg postulatów społecznych i zawodowych. Owszem, sprawa dotyczy bogatej rodziny intelektualistów w średnim wieku z dużego miasta. Naturalnie, że film jest powolny i beznamiętny, mimo swojej pozornej ważkości. Wszystko jest takie miałkie i niechlujne, jakby gorszą wersją hitów Allena. Trudno.

Dope (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Rick Famuyiwa
Ciekawe połączenie współczesnej afroamerykańskiej kultury z nostalgią lat 80. i 90. Film zdecydowanie dla młodych, ponieważ nie stara się być żenująco na czasie, tylko jest faktycznie. Kilka wabików w postaci ładnych pań, dobrej muzyki i współczesnych internetowych odniesień schlebi młodemu widzowi i przykuje uwagę. Co ważniejsze film charakteryzuje świeży powiew nowego kina amerykańskiego, więc korzysta z mocarnego dziedzictwa w nalepszy sposób - nie kopiuje, tylko ewoluuje w lepszą formę (pykam ostatnio trochę w Pokemon GO, więc tego) co zawsze jest sygnałem dobrej zmiany. Szkoda, że na to nigdy nie ma wielu zwolenników.
Podoba mi się nurt nowego kina, który nie jest zapatrzony w kino minionych dekad jak w jedyne możliwe rozwiązanie, tylko korzysta z niego jak ze skryptu. Uczy się kina i na podstawie tej wiedzy tworzy rzeczy nowe. Oznaka posiadania zmysłu artystycznego, a nie dolarów za źrenice.

Wielki błękit (Francja, Stany Zjednoczone 1988) - reż. Luc Besson
Piękny, kolorowy, dobrze zmontowany i jeszcze lepiej sfotografowany, do tego bardzo nietypowy. Urywek świata, którego na co dzień się nie widzi, ale dzięki temu filmowi można go posmakować. Film traktuje o dwóch nurkach zawodowych, którzy trudnią się nurkowaniem bez sprzętu. Mało tego, biorą udział w zawodach, w których jednak oni stale stanowią czołówkę.
Film osiąga idealny balans między światem wyobraźni, komedii i dramatu. To po prostu dobre dzieło, a twórca znakomicie wie o co chodzi w tym co robi. Rzadko się to ostatnio zdarza, ponieważ czasy filmowych gigantów, którzy rozumieli tę sztukę, już minęły. Warto obejrzeć tylko dla twórczego aspektu, a historia również z pewnością nie rozczaruje.

Mały Wielki Człowiek (Stany Zjednoczone 1970) - reż. Arthur Penn
Antywestern, jak się patrzy. To taki nurt, w którym nie wstrętni, aroganccy, egocentryczni kowboje są w centrum uwagi, a rdzenni mieszkańcy Ameryki. Znajdzie się wielu przeciwników jak i zwolenników takiego nurtu. Dla mnie natomiast liczy się film jako dzieło. Ten stoi na poziomie przeciętnym, ale jeszcze nie to jest najgorsze. To gra Dustina Hoffmana, niezwykle ekspresywna i infantylna. Człowiek tak okropnie irytuje, że prawie nie da się tego oglądać.
Mimo wszystko jednak nie można zapomnieć o chwalebnym przekazie i nawarstwiającym się sarkazmie na temat stosunków amerykańsko-indiańskich. Film bywa śmieszny, smutny i na pewno jest bardzo długi. A niezaprzeczalnym plusem, który dominuje minusy jest fakt, że traktuje on o jednym niezwykłym człowieku, której on sam jest narratorem. Koniec końców na plus.


czwartek, 30 czerwca 2016

6 amerykańskich filmów akcji lat 80., które musisz zobaczyć | cz. 2/2

3. Tango i Cash (1989) - reż. Andriej Konczałowski, Albert Magnoli

Duet topowych złodupców, czyli Sylvester Stallone i Kurt Russell (ten ze szczególnie bezpretensjonalnym wyrazem twarzy zważywszy na przedmiot leżący w jego prawej ręce).

Idealnie autoironiczny, perfekcyjnie sensacyjny. Korzysta z klisz i sam jest kliszą. Alfa i Omega filmów sensacyjnych. Raz, ponieważ występuje w nim bóg tego gatunku - Stallone, oczywiście. Dwa, ponieważ ten film ma wszystko, co mieć powinien idealny obraz w takim zestawieniu - mięśnie, męską przyjaźń i lojalność, złego i dobrego glinę i powiedzmy to razem: pościgi, wybuchy, strzelaniny! Posiada również ładną panią (hasztag hasztag mikroblog, relewantne dyskusje polityczne), którą na pewno kojarzymy z tego dziwnego serialu o Supermenie. Poza tym scena otwierająca to majstersztyk. Zawiera definicję całego określenia amerykański film akcji w jednej sekwencji.

Scena wielkiej rozróby przypomina trochę tandetę ze Seagalem, albo Van Dammem, co zrzuca ten piękny okaz na trzecie miejsce. I tutaj nadarzyła się okazja, aby wyjaśnić dlaczego w takim zestawieniu mogło zabraknąć powyższych jełopów. Po pierwsze (być może naiwnie) kierując się plotkami doszły mnie słuchy, że oboje dżentelmenów to straszne szumowiny w życiu prywatnym. A my tu tego nie lubimy, prawda? Po drugie, nie dorastają Stallonowi do pięt. W człowieku widać prawdziwą pasję do filmu i zaangażowanie w to, w czym występuje. Jego osobowość okrywa cały film nadając mu charakteru. Tych dwóch rzezimieszków polega wyłącznie na swoich zdolnościach prania się po mordach i przerwa reklamowa nagle jawi się jako prawdziwe wybawienie od ich bezpłciowości. Seagal nawet w tej dyscyplinie okropnie zdziadział, nie wspominając już zupełnie o nie wyjściowej aparycji. W kinie powierzchownym właśnie powierzchowność powinna być atrakcyjna, więc nie wiem jakim cudem on w ogóle jest oglądany. Po trzecie, wprawki reżyserskie Stallone były całkiem niezłe, co daje podstawy podejrzewać, że wyższa jakość filmów, w których występuje jest bezpośrednio jego zasługą.

2. Cobra (1986) - reż. George P. Cosmatos

To nie kolejny duet, bo Cobra (w tej roli Stallone, po lewej, duh) dominuje uwagę filmu i jego partnera (Reni Santoni) trudno nazwać postacią nawet drugoplanową.

Niezwykle mnie ten film ujął. Po raz kolejny, wiem, że to nudne, ale ten człowiek po prostu stworzony został do grania twardzieli. Nie da się bardziej nonszalancko i złodupcowo. Stallone wygrywa to zestawienie jako gracz meczu. Oprócz tego posiada do znudzenia wspomniany zestaw elementów obligatoryjnych plus kilka upiększeń. Zamiast pieknej damskiej roli drugoplanowej gra absolutnie oszałamiająca i przyprawiająca o bezdech Brigitte Nielsen. Tutaj mógłbym pozostawić jeden cały akapit tylko na jej temat, ale wtedy musiałbym wprowadzić na blogu ograniczenie wiekowe. Oprócz tego występuje niedorzecznie ciekawy i równie mocno niepasujący do filmu samochód, czyli Mercury Monterey z 1950 roku po intensywnej modyfikacji. Mówię niepasujący, bo sztampowego złodupca wyobrażałbym sobie bardziej w amerykańskim muscle car, albo chociaż szybkim kabriolecie zasilanym oczywiście minimalnie sześcioma cylindrami. Mimo wszystko samochód osobowością nadąża za swoim właścicielem. Jest nietypowy, oryginalny i niezawodny w swojej roli.

Fabuła jest prosta, ale chyba nie ma czego innego oczekiwać. Kobieta w opałach, więc zblazowany glina zapewnia protekcję. Biega, strzela, poci się, nosi ciemne okulary i opróżnia kolejne magazynki - protekcja tym samym jest zapewniana. To nic, że paradoksalnie ściąga na nią wszystkie kłopoty, które w prawdziwym świecie skutkowałyby załamaniem nerwowym, a pościg samochodowy złamanym karkiem. Liczysz na gorący romans? To nie film z Michaelem Douglasem, a ucieczka od szablonu Jamesa Bonda, który sypia ze wszystkim co się rusza, to ładny element wyróżniający dotychczas znane kino akcji od amerykańskiego wzorca. Naturalnie jest on obecny w niektórych produkcjach, ale typowy amerykański twardziel, o którym mówimy, jest nie do zdobycia i najczęściej obojętny na zaloty (czyżby model zapoczątkowany przez Jamesa Deana? - pytanie na inny tekst). Daleko mu do szarmanckiego dżentelmena w garniturze. Zamiast tego wlewa w siebie piwo, jest wiecznie nieogolony, mieszka w zapchlonej dziurze i bekaniem nieświadomie zwabia samice. Oto amerykański twardziel. W spoconej podkoszulce i z wadą wymowy.


1. Robocop (1987) - reż. Paul Verhoeven

W rolę Robocopa wcielił się Peter Weller.

Dlaczego więc, skoro tako pieję nad resztą filmów, to właśnie Robocop piastuje stanowisko lidera? Ponieważ to najlepszy film akcji w historii kina amerykańskiego. Słowa te mogą wydawać się dość kontrowersyjne, bacząc na to, że w gruncie rzeczy jest on bardziej filmem fikcji naukowej zmieszanej z klimatem antyutopii i zdecydowanie odbiega od tandety reszty zestawienia. Mimo to nie wyobrażam sobie innego filmu na szczycie tej listy. To dzieło z przesłaniem, dopracowane, przerażające i satysfakcjonujące, prawdziwie brutalne i innowacyjne. Utrzymywałem wcześniej, że dużo przyjemność z seansu powyższych filmów płynie z klisz, które one powielają, ale pionier niezaprzeczalnie zasługuje na większe uznanie, niż najlepszy naśladowca.

Włączając to spodziewałem się dziwnego akcyjniaka w szatach sci-fi na brudnych ulicach amerykańskiej metropolii. Obejrzałem hardkorowy niemalże horror sci-fi o silnym wątku sensacyjnym, trzymający w napięciu do końca. I warto zaznaczyć, że oglądałem go dopiero teraz i nie piszę tego z pamięci o filmie lat chłopięcych. Wtedy robił wrażenie jako przerażający. Teraz doceniam go na innej płaszczyźnie, ale prawdopodobnie nawet bardziej.

Wszystkie negatywne określenia, których używałem do opisania filmów w tym zestawieniu są oczywiście pieszczotliwe. Szczerze uważam je za dobre produkcje. Oczywiście to kwestia subiektywna, ale pamiętajmy, że doznanie estetyczne nie zawsze musi się łączyć z artystyczną produkcją europejską, a czasami może być zza oceanu i opierać się głównie na po raz trzeci: eksplozjach, pościgach i strzelaninach! Są takie wieczory, podczas których człowiek chce się walnąć na kanapie z piwem i obejrzeć coś nieangażującego i niekoniecznie musi mieć ochotę na wieczny grymas zażenowania, który z pewnością towarzyszyłby seansowi któregoś z filmów ze Stevenem Seagalem. Powyższe zestawienie skupia odpowiednie na ów wieczór pozycje. Dla taką właśnie funkcję spełniły idealnie. Polecam i pozdrawiam cieplutko.

czwartek, 23 czerwca 2016

Podsumowanie miesiąca: maj 2016

Kawał czasu minął, a nie za wiele filmów i nawet nie wiem co tu napisać.
Właśnie patrzę przez okno jak kot dachowiec balansuje na poręczy balkonu na pierwszym piętrze i czai się, żeby wskoczyć przez okno do mieszkania obok. Uda mu się? Powoli, kroczek po kroczku.
Dobra, teraz priorytetem jest wytrzeć pyszczek o ścianę. I nagle wskoczył, kto by się spodziewał! Stoi na parapecie, chyba bada teren, i właśnie zdecydował się wejść do środka. Ciekawe jak długo, zanim ktoś go stamtąd wykopie. Ale i tak będzie za późno, pchły zostały rozniesione.
Właśnie wyziera z obcego pokoju jak z własnego w tryumfalnym geście zamorskiej zdobyczy. Bezczelny kiciuch wie o co chodzi. Teraz odpoczywa w cieniu na wysokości, na której dzieciaki nie będą go męczyły. Wygląda dostojnie jak rzeźba lwa na gzymsie katedry. Ale to tylko szary w pręgi dachowiec na skraju parapetu. Każdy ma prawo do marzeń.

Kadr z filmu Victoria (Niemcy 2015) w reż. Sebastiana Schippera. Po prawej zakapiory, ale o złotych serduszkach.

Nieznajomi z pociągu (Stany Zjednoczone 1951) reż. Alfred Hitchcock
Była ochota na fiolm noir, wpadł film noir. Robię co chcę, duży ze mnie chłopiec. Zaraz upiekę sobie naleśników, bo TAKĄ MAM OCHOTĘ. Zanim, jeszcze wrócę Hitchcocka. Jak zwykle klasa. Raz na jakiś czas, kiedy wiara w kino powoli upada warto wrócić do dawnych fascynacji, nieżyjących mistrzów dwutonalnych arcydzieł i przypomnieć sobie o co chodzi w opowiadaniu historii.
Piękny thriller. Czarny bohater jeszcze sprzed ery infantylnych, nigdy-się-nie-uśmiechających czarnych bohaterów. Każdy facet to pan, dżentelmen wręcz, a cała zatarczka odbywa się na tych dziwnych, ale jasnych dla każdego zasadach. Są rzeczy, których niewolno i w takiej konwencji trzyma się film. Morderstwo to oczywiście co innego, nie było by thriller, bez zabójcy i trupa - ulubione tworzywo hitchcocka.
Dobrze, że człowiek robił filmy. Wzbogacił jakoś świat o swój geniusz, miło z jego strony.

Obsługiwałem angielskiego króla (Czechy, Słowacja 2006) - reż. Jiří Menzel
Przedziwny film. Miejmy to za sobą - nie przepadam za kinem czeskim, ok. Wiem, że jest ono uważane za kamień milowy światowej kinematografii i każdy pyta, ej, a widziałeś to a tamto. Niestety, najcześciej odpowiedź jest przecząca.
Więc chcąc odkupić winy czułem się w obowiązku obejrzeć w końcu coś czeskiego.
I proszę, trafiłem na czeskie Zezowate szczęście, jak ktoś to określił w komentarzu na Filmwebie, i faktycznie tak jest. Jakieś rozliczenie z wojenną przeszłością Czech, trochę wspominek, historia cywila podczas wojny oczywiście w wątku seksualnym, jak to Czesi lubią. Ekscentryzm filmu trzeba docenić, bo wyłamuje się on z jakichkolwiek ram do tej pory przyjętych. Aktor pierwszoplanowy jest znakomity - trochę jasiofasolowaty, trochę cyniczny. Film pozostawia dobre wrażenie, szczególnie ze względu na sposób opowiadania historii. Przelatuje przez niemal całe życie hotelowego kelnera, który to jest również narratorem. Angażuje w wydarzenia, starając się zaprzyjaźnić z widzem.
Można polecić, ale dla osób zainteresowanym taką tematyką i formą kina.

Victoria (Niemcy 2015) - reż. Sebastian Schipper
Póóóźny seans dopasował się do fabuły, również osadzonej późno w nocy. Jednoujęciowa historia miłości z porachunkami gangsterskimi na szczeblu osiedlowym w tle. Wzbudza to uczucia wspólnego spędzania czasu z bohaterami, co szybko skutkuje silną oceną ich postawy generalnie emocjonalnym podejściem do wydarzeń. Ciekawy zabieg, podoba mi się ten trend we współczesnym kinie.
Film jest nieco nierówny, raz szybki, potem wolniejszy, raz lepiej oświetlony, raz gorzej, raz lepiej zagrany, a raz gorzej, ale wciąga na tyle można to zignorować.
Jeden z filmów niszowych, który spokojnie można polecić każdemu. Spora odmiana od głównego nurtu, mimo popularnego motywu napadu na bank, bo naprawdę nie tym skupia się reżyser.

Tajemnica Andromedy (Stany Zjednoczone 1971) - reż. Robert Wise
Seans odbywany chyba na cztery razy. Choć to nie wina filmu, tylko moja, że zawsze zabierałem się za niego o porze, którą amerykinin określiłby "nad ranem", ale również nie należy do najbardziej fascynujących filmów pod słońcem. Zwykły, oldschoolowy sci-fi z mikroskopijnym morałem, którym jest przestroga przed rozwijającą się, coraz bardziej potężną technologią, która zamiast pomagać może niszczyć. Film raczej dla fanów gatunku, wtedy ucieszy się należącym mu się uznaniem.

Lewiatan (Rosja 2014) - reż. Andriej Zwiagincew
Mocna rzecz, nie ma co. Potwornie ciężka do oglądania ze względu na ilość niepowodzeń i nieprzyjemności, które dotykają głównych bohaterów. Chciałbym powiedzieć typowy krajobraz Rosji, ale co ja się na tym znam. Powiem więc: krajobraz chlaństwa, łapówkarstwa, bezprawia i postkomuny.
Oprócz tego film kręcony niedaleko wschodniej granicy Finlandii, co skutkowało niezwykłymi zdjęciami, a nawet kontrastem między wydarzeniami, a drugim planem. Przyzwyczajony jestem do Rosji zakopanej w brązowym, rozjeżdżonym przez stare Lady śniegu, w jakiś postkomunistycznym mieście z pomnikami czerwonej gwiazdy, szerokimi ulicami głównymi, i wielkimi puchowymi czapkami. Ale nie w tym malowniczym miejscu. Zupełnie inaczej się to ogląda. Krajobraz niejako usprawiedliwia bohaterów, że oni również są częścią tej pięknej planety i należy im się odrobina szczęścia. Cóż, nie w tym filmie. Polecam go jak najbardziej, ale uprzedzam, że nie jest lekki.

Spotlight (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Tom McCarthy
Podobno wygrał Oscara. Ja nie mogę, najlepszy dowód na to jak ta uroczystość jest poustawiana. Filmowi daję słabe 6. Jest bezcelowy. Wykorzystuje sztukę filmową jako narzędzie do wielkiego antykościelnego postulatu i przedstawia jakąś śmieszną fabułkę o pracy dziennikarzy, czy coś. To są nawet dobrzy aktorzy, ale film nie posiada tego fajnego klimatu rozwiązywania sprawy przez sprytnego i zaradnego dziennikarza śledczego. Jest płaski, ma formę prawie, że dokumentu. Brakuje w nim dynamiki, puenty, bo reżyser stwierdził, że sama tematyka wystarczy.
Nie wystarczy. Na takie tematy się zwykło pisywać książki. Więc problem nie leży w filmie, tylko w amerykańskiej publiczności. Książki nikt nie przeczyta, ale film obejrzy każdy, because movie night. Spoko, byle się przebić z ważną kwestią. Ale do tego wszystkiego dochodzi nagroda akademii filmowej, którą pewien opalony człowiek na YouTube nazwałby lewicową propagandą liberalnego establishmentu i miałby rację. Co złego to nie ja, pierwsza poprawka konstytucji USA, wolność słowa, opinii itd., ale to po prostu słaby film jest i tyle. I trzeba by czegoś więcej niż sam cel zwrócenia uwagi amerykańskiego widza. Bez czegoś więcej to tylko propaganda.

piątek, 6 maja 2016

Podsumowanie miesiąca: kwiecień 2016

W poprzednim podsumowaniu zauważyłem, że oglądam niepokojąco dużą ilość kina amerykańskiego, a resztę świata zupełnie zaniedbuję. W kwietniu postanowiłem to zmienić, przez odwyk od tej kinematografii. Poszło częściowo dobrze, o czym poniżej.

Kadr z filmu Turysta (2014) w reżyserii Rubena Östlunda.

Widzę, widzę (Austria 2014) - reż. Severin Fiala, Veronika Franz
Film, na który zwrócono moją uwagę licznymi recenzjami. Znakomity horror, mówiły, przewrotne zakończenie, ciężka atmosfera, świetnie nakręcony.
Cóż, nic dodać, nic ująć. Zresztą, niewiele można dodać, żeby nie zepsuć seansu. Najwyżej krótko zarysować fabułę. Rzecz się dzieje na kompletnym odludziu, w domu bogatej samotnej matki z bliźniakami. Wraca ona po operacji plastycznej do domu, lecz jej synowie mają wątpliwości co do jej prawdziwej tożsamości. Atmosfera w domu robi się coraz bardziej gęsta.
Film faktycznie ma wspaniałe zdjęcia. Każdy element występujący w filmie ma swoje znaczenie. Mam wrażenie, że nawet uroda aktorów. Odczuć można paranoiczny nastrój filmu austriackiego. Im więcej ich oglądam tym bardziej się zastanawiam, w czym leży przyczyna. Film jest znakomity. Przyrównać go można do greckiego Kła, tu jednak widać wyraźniejsze ramy horroru.

Trzy (Hongkong, Tajlandia, Korea Południowa 2002) - reż. Peter Chan, Nonzee Nimibutr, Jee-woon Kim
Trzy nowele filmowe, przedstawiające azjatyckie mity i legendy w formie horroru. Jak to bywa z nowelami filmowymi, reżyserowane są przez trzech różnych artystów i różnią się nie tylko stylem i treścią, ale i poziomem. Pierwsza przypomina klasyczny japoński horror, w którym straszą dziewczynki z długimi, zasłaniającymi bladą twarz włosami. Kolejna, niestety najniższa poziomem, opowiada o lalce rzucającej klątwy na rządnych władzy mistrzów. Lalka nie jest ożywiona, a aktorzy nie są utalentowani. Trzecia, pomimo że posiada wszelkie elementy porządnego dzieła, to pozostawia nieusatysfakcjonowanym. Jest nudnym melodramatem, w którym brakuje polotu i grozy.
Filmu nie polecam, chyba że ktoś jest fanem azjatyckich opowiastek grozy, ale wtedy zapewne zna lepsze pozycje spoza głównego nurtu.

The Ring - Krąg (Japonia 1998) - reż. Hideo Nakata
Oryginalny. Znaczy lepszy? Albo inny? Na pewno pierwszy. A reszta podlega osobistym preferencjom. Amerykański remake różni się podejściem do tematu w kwestii technicznej oraz w zamknięciu historii. Japońskie zakończenie może się wydawać rozczarowujące, ale pamiętajmy, że kino japońskie nie jest nastawione na zadowolenie szerokiej rzeszy widzów, tylko na stworzenie prawdziwego dzieła, a to się udało.
Poza tym warto dodać, że film wyznacza kanon i rozpoczyna modę na innego rodzaju horrory na całym świecie. Zamiast lejącej się krwi i wyskakujących nagle potworów dostajemy ogromne napięcie psychiczne i tylko kilka wstrętnych ujęć, jako dopełnienie. Film zdaje się być powolny i niezmierzający donikąd, ale można mu to wybaczyć, ponieważ od połowy ludzie zaczynają umierać, a nic tak nie ożywia atmosfery jak trup (szkoła Hitchcocka). Nie zdumiewa, ani nie powala, ale nie marnuje czasu. Oglądasz na własną odpowiedzialność.

Noroi (Japonia 2005) - reż. Kôji Shiraishi
Horror dokumentalizowany, jak twierdzi Filmweb. Słusznie, bo ma ciekawą formę, w której udaje autentyczny zapis filmowy poczynań dociekliwego dziennikarza na tropie nadprzyrodzonych, nierozwiązanych zagadek. Być może brzmi tandetnie, ale naprawdę nie jest. Kawał strasznego kina.
Film nie gubi się w swojej formie, ale wykorzystuje ją przez umiejętne łamanie czwartej ściany, przez co nawiązuje z widzem kontakt intymny i angażuje go w wydarzenia. Jest, przyznaję, kilka momentów mniej lotnych, ale całokształt zadowolił mnie, porządnie przestraszył i zapisał się w pamięci.
Pamiętam swoją nagonkę na udawany realizm filmów o zombie. Tutaj sytuacja jest nieco inna, bo mniej niedorzeczna. Mimo dociekania zjawisk nadprzyrodzonych, wszystko wciąż można zrzucić na choroby psychiczne, a styl found-footage (czyli dla przykładu Blair Witch Project czy Paranormal Activity) dodaje straszności przez swój realizm. Poza tym nie ma tutaj żadnych nieistniejących faktycznie zjawisk. Opętani ludzie, maski japońskich demonów i kilka tajemniczych postaci załapanych na taśmie filmowej.
Polecam, bo mocne, a może nawet komuś spodoba się gore'owe zakończenie.

Delicatessen (Francja 1991) - reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro
Nie do końca to chciałem oglądać. Przekonany, że włączam bałkański film Underground obejrzałem tę francuską komedię. Powiem szczerze, że nie widzę jej przekazu, oprócz tego najbardziej oczywistego, że ludzie podczas tragedii dziczeją. Jednak ogromną częścią filmu jest forma, na którą znowu w większości składają się zdjęcia i światło. Powykrzywiane, pomarańczowe twarze w szerokokątnym obiektywie wyglądają naprawdę groteskowo ułatwiając przy tym aktorom ekspresję skrajnych emocji i tworzenie gagów sytuacyjnych. Kilka miłych elementów w postaci wspaniałego montażu i film początkowo przypadkowy okazał się całkiem przyjemny.
Polecam fanom dużej formy i prostej treści.

101 Reykjavík (Islandia 2000) - reż. Baltasar Kormákur
Ogromne rozczarowanie. Film nudny, prosty jak budowa cepa, kompletnie nie angażujący uwagi i wcale nie ukazujący Islandii, a najwyżej życie jakiegoś nieudacznika. Męczący seans, zresztą dwuetapowy, bo przy pierwszym podejściu film mnie uśpił. Melodramat niskich lotów. Jeśli to jest "dobre islandzkie kino" to więcej po nie sięgać nie będę.
I jeszcze jaki ten główny aktor był irytujący.

Człowiek z żelaza (Polska 1981) - reż. Andrzej Wajda
Tragedia jakaś. Mamy w Polsce naprawdę kilka dobrych filmów, ale ten do nich nie należy. Patriotyczne kino, bleh po raz pierwszy. Długi jak skurczybyk, bleh po raz drugi. Fatalna gra dobrych na ogół aktorów, bleh po raz trzeci. Trzy razy nie, dziękujemy.
Wymęczony seans straszliwie, w końcu na telefonie w sobotni poranek skończyłem. Radości nie było końca.
Wajda to ten dziwny reżyser, który w mojej opinii posiada wzloty i upadki. Albo inaczej - robił dobre filmy na początku kariery. Od lat 80. było tylko gorzej. Spełnianie posłanniczej roli orędownika patriotyzmu nie wychodzi mu dobrze, bo w każdym dziele widać to paskudne umartwianie Polaków. Nie sądziłem, że to powiem, ale może powinien brać przykład z amerykańskiego kina pompatycznego, albo nawet z humorem spojrzeć na historię. Coś jak Forrest Gump w Wietnamie. Da się? Cenię człowieka jako filmowca, udziela ciekawych wywiadów, ale niektórych jego filmów po prostu nie trawię.

Wolf Creek (Australia 2005) - reż. Greg McLean
Interesujący, nieco szablonowy, ale mimo to wciągający horror z Australii. Na ich własnym podwórku chyba dość popularny sposób podróżowania w stylu filmowej trójki, czyli w tanio kupionym aucie i z namiotami. Nie wiem jednak, czy równie popularnym sposobem pozbywania się swoich turystów jest przedstawiona w filmie zbrodnia. Jednak po seansie, zaciekawiony zapewnieniem o opieraniu historii na faktach, pogrzebałem w żebrzącej o hajs Wikipedii. Naprawdę dużo ciekawych/przerażających historii wzięto na wzór do Wolf Creek. Czytając rozległe artykuły miałem jednak wrażenie, że stanowią gloryfikację morderców, a nie obiektywny opis. Patrząc na film nie ma wątpliwości kto jest zły. Szkoda jednak, że twarz aktora, który gra kata, nieraz zdradza przebłyski wspaniałego, dobrego charakteru. Zagrał naturalnie i naprawdę dobrze, ale za dobrze mu z oczu patrzy.
Bardzo dobry młodzieżowy horrorek, z konkretnym obiektem grozy. Służy do "orania się" i ma kilka dobrych "styków", yo.

Turysta (Szwecja 2014) - reż. Ruben Östlund
Szanuję reżysera. Potrafi z sytuacji błahej, albo niesztampowo niepokojącej wykrzesać maksimum emocji i pomyślnie przelać je na widza tak, aby czuł się zaangażowany i przejęty. Najpierw buduje napięcie, jeśli takie tu w ogóle występuje, później tłumaczy sytuację, a na końcu przeprowadza punkt kulminacyjny będący przełomem i szybko rozładowuje napięcie. Dość podobnie skonstruowana jest jego Gra. Tu jednak twórca zastanawia się nad męstwem XXI wieku, a może bardziej jej kryzysem. Przedstawia mężczyznę na jego współczesnym typowym tle, czyli z rodziną, którą stara się prowadzić najlepiej jak można. Wystarczy jedna głupia sytuacja, a jego przeciętna żona w zwykłych ciuchach i zwykłe dzieciaki o typowych zainteresowaniach stanęły przeciwko niemu, a to może być dla niego za dużo. Czy mężczyzna jest teraz naprawdę o tak stępionych zmysłach? Na tyle słaby i bezradny?
Przy tym wszystkim film nagrany jest wspaniale, dobrze zmontowany, a aktorzy zdają się czuć na planie jak na deskach własnego teatru. Wszystko jest super.

środa, 27 kwietnia 2016

6 amerykańskich filmów akcji lat 80., które musisz zobaczyć | cz. 1/2

Albo które już widziałeś. Nie starałem się wykopywać VHS-owych perełek (choć większość z tej listy, jeśli nie całość, na pewno ukazała się na VHS-ie po premierze kinowej), specjalnie na tę okazję, choć z pewnością jest ich sporo. Bardziej skupiłem się na słodkiej tandecie wysokiej jakości, serwowanej na zachodzie, która wpłynęła na kino klasy B, a nawet i C na całym świecie. Jeśli ktoś posiada monopol na kompletnie odrealnione epickie filmy wariackiej rozróby, to nikt inny jak Amerykanie. Oczywiście wszystko zapakowane jest w zgrabne pudełko wspaniałych efektów specjalnych za grube miliony. Za to ich uwielbiamy, po to są i dlatego zawsze wracamy do ich kinematografii. Czujemy nostalgię to tego kina, chociaż żyjemy na innym kontynencie, znamy motywy i nawet używamy popularnych sloganów. Często wyrażam się niepochlebnie o kinie amerykańskim, ale  w tym tekście patrzę prawdzie w oczy – kino zachodnie jest wszechobecne i często naprawdę znakomite. Na swój sposób.

Czym jest więc kino akcji lat 80.? Wygląda to mniej więcej tak: najlepiej tematyka kryminalna, ponieważ była najbardziej popularna, a poza tym umożliwia stworzenie filmu akcji. Później – akcja! Pościgi, to za mało, chcemy wychylonych przez okno luf rewolwerów, eksplozji, na które główny bohater nawet nie patrzy, lub takich, przez które przelatuje super furą. Następnie, nie zawsze, choć często, specjalne miejsce posiadać musi właśnie środek transportu. Nie ważne, czy szybki samochód, czy motocykl. Na pewno znajdować się powinien w posiadaniu nieokrzesanego gliny, który czyni z niego użytek w każdej scenie. Właśnie – glina, oczywiście twardziel. Czymże byłby amerykański film akcji bez triumfu dobra nad złem, a najczęściej policjanta nad złoczyńcą? Ktoś próbuje go wrobić, zabija jego partnera, albo chce przejąć kontrolę nad miastem. To wszystko się tu znajdzie. Do tego miasto. Każdy z tych filmów będzie się odbywał w mieście, jeśli nie będzie ono nawet osią wydarzeń. Jądro zła, występku i zepsucia to przecież metropolia. Ostatnie, ale nie najmniej ważne – często wątek fikcji naukowej. Choć w latach 80. nie brakuje klasycznych kryminałów to powstało wtedy tyle ciekawych akcyjnych sci-fi, że byłoby grzechem ich nie wymienić.

Wyobraź sobie taki krajobraz. Miasto po zachodzie słońca. Mokre i brudne ulice. Ze studzienek unosi się para. W tle słychać rozbrzmiewającą niespokojnie syrenę. Na horyzoncie pojawia się samochód. Kierowca w milczeniu spogląda na ulice pełne dilerów i alfonsów. Ma ciemne okulary, a w ustach zapałkę. Po karoserii przebiegają refleksy od ulicznych latarni. Taki nastrój posiadają te filmy. Nie mają w sobie za wiele realizmu, ale delektują się naciąganym wyobrażeniem Stanów Zjednoczonych. Jeżeli to nie pomaga, przypomnij sobie serial Miami Vice. Jest uosobieniem tego, co próbuję uchwycić w tej liście. Tam naturalnie dochodzą egzotyczne samochody i kobiety w bikini.

6. Ucieczka z Nowego Jorku (1981) – reż. John Carpenter

Kurt Russel w roli Snake'a Plisskena, trzymającego absurdalnie wielki karabin z tłumikiem i lunetą, którym strzela się z łokcia.

Na szarym końcu, ponieważ wydawać by się mogło, że idealnie spełnia wymagania, to jednak jako dzieło filmowe nie dorasta reszcie do pięt. Brakuje spójności, a potworna infantylność, o której wspominam zawsze do znudzenia, zbija go na ostatnie miejsce. Poza tym jest coś w twarzy Kurta Russella, co psuje ten film. Facet za bardzo się stara i wszystko rujnuje. Umówmy się, że grywał raczej w słabszych produkcjach, w porównaniu do Stallone’a, Douglasa, czy nawet Schwarzeneggera. Może właśnie dlatego? Nie mniej film ten nie mógł się nie znaleźć na tej liście (prosz, zdanie z trzema zaprzeczeniami).

Wykorzystano motyw sci-fi, z którym Amerykanom ciężko się rozstać. Czasami można odnieść wrażenie, że to efekt ich samouwielbienia na punkcie posiadanej technologii, ale kto to wie. Główny bohater zostaje wysłany na tajną misję odbicia prezydenta z wielkiego, nowoczesnego rezerwatu/więzienia ludzi wyjętych z spod prawa, którym jest oczywiście Nowy Jork, czyli drugie, po Waszyngtonie, ulubione miasto do fikcyjnego niszczenia. Naturalnie Snake Plissken (xD) wchodzi konflikt z największą szychą podziemnego gangu, ale nie muszę chyba mówić, że misja kończy się sukcesem.

Russel, opasany ciasną koszulką i piracką opaską na oko wymachuje karabinem i często w niewyartykułowanym bólu zaciska zęby. Zawsze w ostatnim momencie unika śmierci i jest w konflikcie z każdym – z własnym szefem, a nawet z prezydentem. Cóż taki jego urok, jeśli nie glina to najemnik-renegat. Panuje noc, jest twardziel, jest miasto, są strzelaniny. Nie można przejść obojętnie.

5. Czarny deszcz (1989) – reż. Ridley Scott

Kadr tak piękny, że mógłbym powiesić go sobie w formie plakatu nad łóżkiem. Uosobienie tego, co później przeradza się w nostalgię za kinem lat 80. Film kręcono m.in. w Osace w Japonii.

Wielkie nazwiska, bajeczne scenerie, piękne kobiety, szybkie motocykle. Czy coś mogło pójść nie tak? Owszem, i przejdę do tego za moment metodą kanapki czyli plus-minus-plus, bo tak się robi w XXI wieku. Przede wszystkim wpisanie się w kanon. Film pasuje w nim tak idealnie, że reprezentuje niemal idealną koncepcję filmu akcji lat 80. Główny bohater, grany przez największego przystojniaka minionej ery, czyli Michaela Douglasa, jest rozwodnikiem z kłopotami finansowymi, którego małym hobby są nielegalne wyścigi motocyklowe, w patriotycznym duchu Harleya bijącego Suzuki na głowę. Przy tym jest świetnym gliniarzem z Nowego Jorku, który ma niekonwencjonalne metody i często nagina prawo racjonalizując to sobie wyższym dobrem. Jeśli kiwasz teraz głową, bo takich filmów jest na pęczki, to ten jest prawdopodobnie najlepszy.

I wszystko idzie świetnie, aż do punktu kulminacyjnego. Sprawia wrażenie kompletnie odstającego od całego filmu. Poczynając od scenografii (wieś za dnia, bleh), przez kompletny brak realizmu (we dwóch na cały oddział Yakuzy), aż do ostatecznej konfrontacji. Jest nagrana tak beznadziejnie, że nawet kompletny laik zauważy tutaj silne powiązania ze Wściekłymi Pięściami Węża. Niedobrze, że filmu ostatnia scena jest parodią całości. Pojedynek, beznadziejnie zmontowany, najpierw odbywa się poprzez dziwny pościg motocyklowy, a później oczywiście rozwiązuje się przez walkę na pięści. Główny glina Nowego Jorku przeciwko głównemu gangsterowi Yakuzy. Jakie są szanse na takie spotkanie? Tandeta nad tandetę, ale w końcu sam wymieniłem ten element jako kluczowy dla gatunku. Trudno.

Mimo wszystko film pozostawia znakomite wrażenie. Jest to porządny kryminał o wspaniałym nastroju napięcia, a nawet niepokoju i intrygi w wielkiej, surowej, brutalnej metropolii. Z mojego  doświadczenia nikt nie może się równać w tym gatunku z amerykanami, a japońskie filmy policyjne, które mają do tego potencjał są materiałem wtórnym. O nich jednak wspomnę przy innej okazji. Czarny deszcz wykorzystuje tło japońskiej metropolii, aby opowiedzieć własną historię na własnych warunkach. Mimo silnego poczucia wyższości sam tytuł sugeruje pewne rozliczenie z przeszłością amerykańsko-japońską, a pozytywna postać Matsumoto potwierdza szczere chęci i oddany szacunek. Cóż za rok dla padających murów!

4. Terminator (1984) – reż. James Cameron

Aktor pochodzenia austriackiego jako nikczemny terminator, ubrany w skórę, ciemne okulary (w nocy) i na motocyklu, sięgający po karabin automatyczny. You can't get more 80s then that.

Film jest nieco inny, niż pozostałe wyżej opisane, ponieważ ma w sobie więcej z horroru niż prawdziwej akcji, ale mimo wszystko zawiera zbyt wiele elementów charakterystycznych, żeby o nim nie wspomnieć. Jak byłem szczeniakiem to mnie pierwsza scena wystraszyła nie na żarty. Śniły mi się te nagie roboty kilka nocy i do teraz zostało o tym nieprzyjemne wspomnienie. Dzięki Cameron!

Film przerażający. Nieznane zło ściga bohaterów ciągle próbując ich zabić. Wspaniały pomysł na scenariusz, żeby osadzić go w czasach współczesnych (ówczesnych), ale nawiązywać do nieznanej przyszłości. To moment kiedy strach przed sztuczną inteligencją stał się realny i w tym filmie ukazano to lepiej niż gdziekolwiek indziej, a mimo wszystko duch apokalipsy jest obecny. Pomysł nie był przełomowy (zważywszy chociażby na Odyseję kosmiczną – o buntującym się w zabójczym amoku komputerze pokładowym), ale na pewno znakomicie wlany w formę akcji. Niesamowicie wartka akcja to niejedyny plus. Nieunikniona czarna chmura zagłady i wiecznego niebezpieczeństwa, to coś, w czym amerykanie się specjalizują. Nie wiesz skąd, ale mechaniczna łapa zabójczego androida dosięgnie cię. Musisz pozostać w ciągłym biegu.

Kolejna część próbowała być trochę zabawna, trochę obyczajowa. Pierwsza pozostała prawdziwą i nie odpuszcza widzowi ciągłego napięcia i ogromnej dawki bezpodstawnej przemocy. Oprócz tego pochodzi ona ze strony wielkiego jak góra chłopa z obcym akcentem. Największy strach Amerykanów – obca siła naruszająca niewidzialną kopułę krainy szczęścia i dobrobytu. Wiadomo jednak, że kto, jeśli nie oni za pomocą dębowego patyka powstrzymają watahę wilków. Wszystko kończy się pomyślnie, a niebezpieczeństwo, mimo żałośnie niskiego prawdopodobieństwa przeżycia, zostaje zażegnane. Ale gdzie ja mówię o realizmie, nie po to się tu zebraliśmy. Są wybuchy, są strzelaniny, są pościgi. Odfajkować.


Kolejna część wkrótce...

środa, 20 kwietnia 2016

Podsumowanie miesiąca: marzec 2016

Filmy niepozorne, powolne, często oglądane na kacu. Towarzyski wyszedł marzec, więc mało czasu na hobby i zainteresowania, ale co wpadło, to opisałem. Smacznego.

Kadr z filmu Nói albinói, Tómas Lemarquis w roli tytułowego bohatera. Oczywiście, że w lusterku widać ekipę filmową.


Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część II (Stany Zjednoczone 2011) – reż. David Yates
Wielkie uwieńczenie potężnego zbioru wspaniałych filmów o przygodach niezdarnego społecznie magika. Jest odpowiednio epicki, odpowiednio przygodowy, wystarczająco mroczny, nawet trochę brutalny. Ma wszystko, co powinna mieć ostatnia część Harrego. Przy tym wszystkim nie jest dziecięca, a spokojnie zadowoli dorosłych nawet nastolatków.
Co tu dużo mówić, znakomity seans. Naturalnie tylko jeśli oglądane były poprzednie części. Przygodowo-magiczny przekaz Harrego na pewno nie trafi do osób, które zaczną oglądać od ostatniej części.

Kraina jutra (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Brad Bird
Tutaj napisałem o nim szerzej. Dodam tylko, że złe recenzje, na które trafiłem, jak się wydaje, są efektem „nudnej i przewidywalnej” akcji. Raczej – latem jest gorąco, a zimą zimno. Film familijny oznacza, że przeznaczony jest dla całej rodziny, z naciskiem na dzieciaki. A one nie lubią skomplikowanej akcji, zawiłych wątków detektywistycznych i tak modnego ostatnio przewrotnego zakończenia. Wszystko ma stać na swoim miejscu, tam, gdzie można się tego spodziewać. To scenografia ma zdumiewać, a efekty specjalne dopełniać kompozycji.
Ludzie oczekujo za wiele, jego mać. Ja ci mówię przeca, to je dobry film i basta.

Poznaj mojego tatę (Stany Zjednoczone 2000) – reż. Jay Roach
Dżiz, mieszane uczucia. Z pewnością nie jest to przełomowo śmieszna komedia, ale z drugiej strony nie jest żenująca. De Niro jest spoko zawsze, natomiast Stiller ma swoje momenty. Plus za kilka przezabawnych scen absurdu, ale gagi słowne leżą i kwiczą o lepszego scenarzystę. A było ich czterech. Taki wrzód na dupie ten film, żeby czterech chłopa się za niego brało i mimo wszystko napisało film średni? Ogólnie przejdzie, ale nie polecam, bo jeszcze będzie na mnie.
Czy nadszedł moment w kinie, kiedy brak chały odbiera się za sukces? Ten film o tym świadczy.

Basen (Francja 2003) – reż. François Ozon
Niezły kryminał erotyczny. Kryminał, bo jest zbrodnia. Erotyczny, bo są cycki. Przepis prosty jak na ciasto do naleśników i raczej trudno to spieprzyć.
Nie należę do wielkich zwolenników francuskiego kina, ale tego filmu nie wyobrażam sobie w innej formie. Każdy element jest wspaniale dopracowany i nie przekombinowany. Kunszt artystyczny reżysera stoi na wysokim, dojrzałym poziomie. Powoli buduje napięcie, którego później nie trwoni natychmiast, ale tworzy w scenariuszu kilka miłych zawijasów.
W filmie główna aktorka gra znaną pisarkę. To chyba nie przypadek, bo film do złudzenia przypomina klasyczną powieść kryminalną. Nie ma niczego złego w takim budowaniu konstrukcji filmowej. Jest to jednak decyzja, która stawia na utracenie niektórych ciekawych środków wyrazów kina. Co kto lubi.

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach (Stany Zjednoczone 2011) – reż. Rob Marshall
Jedna z popularnych serii filmowych, których nie kupuje i sam się sobie dziwię. Wartka akcja, ciekawe okoliczności (piraci i w ogóle), dobre efekty specjalne i spektakularnie dobry Johnny Depp.
Mimo wszystko seans przemęczony. Poprzednie części bardziej mnie bawiły. Tu odczuwa się bezcelowość fabuły, a punkt kulminacyjny jest rozczarowujący. Żarty usilnie próbują postawić ten film po stronie przygodowej, bardziej, niż po stronie fantasy, są żenujące. Motywy poboczne, są tak nieistotne dla fabuły, że wnoszę, iż powstały tylko dla uzyskania kinowej długości filmu.
Koniec końców film zadowoli tylko fanów serii.

Barbarella (Stany Zjednoczone 1968) – reż. Roger Vadim
Film fatalny i świetny jednocześnie. Ktoś dobrze wykumał, żeby boską Jane Fondę rozbierać do każdej sceny. Swoją drogą, czy mylę się jak mówię, że to początek trendu w kinie, kiedy seksualność jest środkiem samym dla siebie? Przecież ten film kręci się wokół seksu i ud Fondy, a nie ma to żadnego wpływu na fabułę. Powiedziałbym więcej. Ktoś chyba napisał scenariusz sci-fi tylko po to, żeby aktorkę można było przebierać w różne niedorzecznie seksowne stroje.
Nie mniej jest magia fikcji naukowej filmu amerykańskiego lat 60., a to wspaniały nurt był, zupełnie niepowtarzalny. I plusik za kilka przyjemnych, humanistycznych idei przemyconych do fabuły. Nawet jeśli mają tylko usprawiedliwiać istnienie filmu, żeby nie posiadał tylko nagiego ciała Fondy, to robią dobrą robotę. Hameryka już pięćdziesiąt lat temu była przed nami mentalnie o sto lat do przodu, a pięćdziesiąt plus sto daje w sumie sto pięćdziesiąt lat, a to dużo. Za dużo. A teraz przez kolejne cztery lata będzie tylko regres.

Nói albinói (Islandia 2003) – reż. Dagur Kári
Włączałem niechętnie. Pewnie kolejny niezrozumiały dla mnie film regionalny o nowoczesnym Romeo i Julii, tylko w innej scenerii.
I tak było, ale w zupełnie pozytywnym sensie. Mroźny klimat utrzymuje się nie tylko wizualnie, ale również w tzw. klimacie filmu. Blokowane uczucia, powstrzymywana miłość i nieudana ucieczka w nieznane idealnie pasuje do islandzkiej zimy. W koło puste wzgórza i drogi, po których nikt nie jeździ. Na tym tle Nói, próbuje ułożyć sobie życie po swojemu, nie po czyjemuś i wydawać się może, że jest kolejnym zbuntowanym młokosem, którego trzeba przytemperować. Ale im dłużej myślę o tym filmie widzę, że jedyne do czego rościł sobie pretensje to odrobina szczęścia.
Seans smutny, ale budujący. Pozwala docenić to, co się już ma.

Whiplash (Stany Zjednoczone 2014) – reż. Damien Chazelle
To nie prawda, że film jest przeznaczony tylko dla fanów muzyki jazzowej, a już najlepiej uczniów i studentów szkół muzycznych. Jednak obraca się on tylko w takim środowisku. Mimo wszystko to uniwersalny dramat motywujący do pogoni za swoimi marzeniami i do znalezienia tej jednak rzeczy, którą lubisz w życiu robić. A wniosek: mimo krwi, potu i łez – warto. Warto, bo sukces nie jest usłany uśmiechami i klepaniem się po plecach, ale kopniakami w tyłek i policzkami. Wtedy jednak smakuje lepiej i jest zdecydowanie bardziej niepodważalny.
Film polecam każdemu i nie sugerujcie się muzyczną otoczką. To tylko dodatek. A zakończenie musi docenić nawet największy muzyczny ignorant, bo zawiera po prostu spektakularną solówkę perkusji..

Ghosts... Of the Civil Dead (Australia 1988) – reż. John Hillcoat
Film znalazłem, bo szukałem czegoś ciężkiego i australijskiego. Futurystyczne więzienie? Biorę.
Film był całkiem średni, ale faktycznie ciężki więc oglądałem dalej. Aż tu nagle znajoma morda pojawia się na ekranie. Przeca to ten, no, jak mu tam, Nick Cave! Brat bliźniak Maleńczuka. Każdy wie kto to, nikt nie wie co on komponuje właściwie. Człowiek słynący z bycia muzykiem gra psychola. Ot, jako popkulturowa ciekawostka. Robi to tak, jakby trochę sam siebie się bał i brakuje mu typowego obejścia aktora profesjonalnego, ale stara się jak może i doceniam to. Film sobie trwa, zaraz się kończy. Dobre, mówię. Zobaczymy co bracia ze światu filmu mówio. Nick Cave, och, Nick Cave, ach, bo przecież on jest muzyk, ale zagrał w fimie, niebywałe. I to jaką trudną rolę, mhmmm. 
I tyle? To teraz wystarczy, żeby jakiś muzyk zagrał w filmie i już jest bogiem? A czy ktoś widział jak bardzo nieprzekonujący był? Zupełnie przytłumił ciekawy główny wątek swoim darciem japy. Trudno, zagrał to zagrał, nie ma co drążyć tematu.
Ale te zależności działają w obie strony i aktorom też zdarza się coś śpiewać, a czasem nawet płyty wydają. Niechaj się więc wykażą, a nie bazują na popularnym pseudonimie. Dlatego jestem sceptyczny w stosunku do celebrytów udających aktorów. Do ciebie mówię, Kuba.

Spectre (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Sam Mendes
Najgorszy Bond. Totalnie miałki, bezcelowy, niedynamiczny, nawet podczas pościgów. Nic już nie robi wrażenia, tylko irytuje. Typ od gadżetów jak wypalony agent ubezpieczeń daje te zabawki Bondowi, który i tak ma je gdzieś. Przełożona agenta ma gorszy dzień w robocie i żałuje, że nie wzięła L4, a wrogowie Bonda jacyś bezbarwni. Strata czasu, nie satysfakcjonuje nawet pod względem akcji. Omijać.
Aha, no i nie czarujmy się, to już nie jest brytyjski Bond. Hajs zachodni, aktorzy zachodni, ekipa tez zachodnia. To może wiele tłumaczyć.

Deep Web (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Alex Winter
Chciałem dokument na temat drugiego dna Internetu, a obejrzałem wstrętnie stronniczy film broniący kolesia, który został skazany za prowadzenie podziemnej platformy służącej do handlu narkotykami. Miał przy tym złudzenia, że z niego mentor i lider jakieś społecznej rewolty. Nie, po prostu umożliwiłeś złym ludziom robienie złych rzeczy bez wychodzenia z domu. A tę byczą kupę o wojnie z narkotykami, na której rząd amerykański zarabia miliony zarezerwowujcie sobie na lewicowe spotkania organizacyjne w modnych kawiarniach. Film dobry, ale nie na temat.
I brak dowodów nie równa się niewinny.

Big Short (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Adam McKay
Mimo formuły, która powinna tłumaczyć widzowi zjawiska ekonomiczne, które przedstawione są w filmie, jest on wciąż bardzo skomplikowany. Gra aktorska mimo swej zjawiskowości i wspaniałego klimatu Wall Street jest jakby na drugim planie w stosunku do formuły filmu, w której jeden z bohaterów jest również naszym lektorem i wtrąca się od czasu do czasu, przełamując barierę czwartej ściany.
Wszyscy mówią zajebisty, ja mówię może być. Brakuje czegoś, co dałoby mu rozgłos. Jakiejś szalonej sceny, przełomu, szaleństwa. A nie można odmówić mu amerykańskości, więc podczas seansu czułem niekompletność dzieła i mimo wszystko sporą przewidywalność. Poza tym dzieło korzysta z wielkiej ilości klisz, oblatanych pomysłów i znanych bajerów, co świadczy o lenistwie reżysera. Albo o niskiej wypłacie. Tak czy inaczej, można oglądać, ale czy trzeba?

Kocha, lubi, szanuje (Stany Zjednoczone 2011) – reż. Glenn Ficarra, John Requa
Jeden z tych wieczorów, kiedy po prostu włączasz pierwszą lepszą rzecz i nie zastanawiasz się nad niczym. Więc Gosling podrywa Emmę Stone? Ok, niech działa, ja sobie popatrzę. Steve Carell przeżywa kryzys pantofla wieku średniego? Cóż, zobaczmy co i jak, nie żeby mnie to przejmowało. Jakaś konfrontacja trzech wkurzonych facetów w ogródku czwartego? Prychnę, nie podnosząc głowy z wygodnego oparcia ręki.
Z takim nastawieniem można oglądać.

Rzeź (Stany Zjednoczone 2011) – reż. Roman Polański
Piękny! Wspaniały komediodramat konfrontacji. Coś, w czym Polański się specjalizuje.
Mamy dwa małżeństwa, które nigdy, jeśli nie w danych okolicznościach, by się nie spotkały. Padło jednak i trzeba rozwiązać sytuację. Dzieją się tu rzeczy niezwykłe i wszystko wygląda wiarygodnie. Natomiast praca reżyserka jest nienaganna. Aktorzy, którzy swoje szkoły ukończyli z pewnością, wciąż są prowadzeni przez artystę, który idealnie realizuje swoją wizję. Jeśli ten film nic nie wnosi, to z pewnością jest wysublimowaną rozrywką dla zwolenników zależności międzyludzkich, takich, jakim jestem na przykład ja.
Polecam film Polaka, zwanego w skrócie Romańskim.

Manglehorn (Stany Zjednoczone 2014) – reż. David Gordon Green
Ne wiem o co chodzi. Nie wiem też po co. Starszy pan i jego nie za dobre stosunki z otaczającym, warto zaznaczyć, że małym światem. Tu podrywa jakąs kobietę, zaraz nazywa swojego syna skurkowańcem, na koniec wywala po pijaku stół i już.
Jakieś dziwne kino kontemplacyjne, ale chyba postać musi jakoś korespondować z widzem, bo inaczej film staje się zwyczajnie bezcelowy.

Sekretne życie Waltera Mitty (Stany Zjednoczone 2013) – reż. Ben Stiller
To zawsze ciekawe zjawisko kiedy znany lub rozpoznawalny aktor bierze się za reżyserię. Czy robi to dla nowego doświadczenia? Albo żeby przekonać się jak to jest? A może od zawsze siedziała w nim chęci reżyserii, ale producenci będą liczyć się z nim dopiero po wyrobionej jako aktor marce?
Tak czy inaczej powstało ciekawe dzieło, choć trochę chłopczykowate. Nie oceniłbym go jako film dla dzieci, ale jakoś też nie dla facetów. Takich z siłowni facetów, którzy nie schodzą z drogi nawet mamie z wózkiem na parkingu idąc w kierunku swojego Passata B5 TDI.
Ale ja nie jeżdżę Passatem i film uważam za zaskakująco dobry. Mimo próby skondensowania kilku gatunków w jednym dziele. Jakby Stiller obawiał się, że na więcej produkcji szansy już nie dostanie. A to przecież nie pierwsze jego dzieło, a na pewno najlepsze, z tych które oglądałem. Ciekawy tylko jest motyw miłosny, który powoli traci na sile i swojej istocie z biegiem filmu. Miałem wrażenie, że z kolejną zrealizowaną przygodą bohatera zdobywa on na tyle pewności siebie, że potwierdzenie jego męskości w postaci afirmacji ze strony wybranki nie ma już takiego znaczenia. Ale możliwe, że dopatruje się głębi tam, gdzie jej nie ma.

Wyspa (Stany Zjednoczone 2005) – reż. Michael Bay
Film reżysera słynącego z prób pogodzenia ognia i wody, czyli wciśnięcia jakiejkolwiek ideologii do filmu akcji. Słynący z filmów mainstreamowych i uznawany za "porządnego". Jaka to musi być obelga, być nazywanym przyzwoitym. Albo jest się najlepszym, albo w ogóle się nie jest.
Wracając o filmu. Posiada on dwie warstwy, które, co ciekawe, ułożone są chronologicznie, czyli jedna po drugiej. Najpierw jest refleksja nad człowieczeństwem, wartością życia ludzkiego, wolnością. Refleksja ta oczywiście szybko ulatuje w płomieniu eksplozji i strzelanin. Tak bardzo jak uwielbiam zarówno McGregrora jak i Johansson to film jest raczej przeciętny, bo nawet nie przyzwoity. Najgorsza jest ta płytkość, której po prostu nie da się nie zauważyć i kłuje w oczy przez cały seans.
W THX 1138 klimat jest podobny, ale dużo bardziej namacalny, gęsty jak zupa. Tutaj wszystko jest tandetne, wygląda jak teledysk Darude – Sandstorm, i do tego wszystkiego jeszcze stara się udawać poważne. Żarty jakieś.

piątek, 25 marca 2016

Podsumowanie miesiąca: luty 2016

Miesiąc zdominowany przez Harrego Pottera i filmy typu feel-good, ale przede wszystkim przez kino amerykańskie. Może być i tak, nie zawsze trzeba oglądać wielką kinematografię. Powiem więcej - im częściej oglądam tandetę tym bardziej ją lubię. Niby kinem się interesuję, ale słoma z butów wiadomo co. Co tam, poużywać sobie trzeba, więc na ruszt zarzuciłem megahity w TVNie i wychwalane fantasy spod znaku okrągłych okularków. Harrego dalej nie zamierzam czytać, niechaj spłonę w bibliotekoznawczym piekle, ale doceniam go po obejrzeniu samych filmów i więcej mi nie trzeba. Okej?

Kadr z filmu Harry Potter i Insygnia Śmierci Część II, na zdjęciu Daniel Radcliffe.

Ucieczka z Nowego Jorku (1981) - reż. John Carpenter
W poszukiwaniu ostatecznego filmu sensacyjnego w stylu kiczowatych lat 80. padło na to. Rozczarowaujący w tym sensie, że nie był to dobry wyznacznik nurtu, o który mi chodzi. Gdyby jednak obiektywnie oglądać to jako megahit polstau - dalej rozczarowywał. Nieco lepszy od Czarnego deszczu, ale traktowanie tego jako pochwałę to oznaka niskich ambicji.
Russell gra śmiesznie nazywającą się postać (Snake Plissken) i podobne odczucie posiadam na temat jej charakteru. Pusty heroizm, puste złodupstwo, ale ta opaska na oko to strzał w dyszkę. Jakby tu zaznaczyć, że nasza postać jest niepokorna? O, tak, atrybut każdego pirata! Dajcie mu jeszcze prostetyczną wysoce zaawansowaną technologicznie rękę i w ogóle nie trzeba będzie tej postaci grać, tylko wystarczy, że wystąpi przed kamerą. Totalna tandeta, ale w złym sensie.

Harry Potter i Czara Ognia (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2005) - reż. Mike Newell
Ostatni “dziecięcy” Harry Potter. Nostalgia i te sprawy. Bez kpiny - jest naprawdę ciekawy. Dzieje się dużo, akcja jest dynamiczna, a punkt kulminacyjny jest po prostu niesamowity. Ale nie wiem czy mam do powiedzenia więcej na jego temat.

Harry Potter i Zakon Feniksa (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2007) - reż. Davd Yates
Dzieciątko Harry już dorosło, a wraz z nim filmy i to pierwsza część kiedy gówno stało się prawdziwe. W takim sensie, że nie czuję się niezręcznie oglądając film dla nastolatków.
Ta i wszystkie kolejne części są po prostu dobre. To nie są filmy znakomite, ale mają inną, większą siłę. Są wciągające. Ich magia, w niedosłownym sensie, sprawia, że kolejne części można wciągać jedna za drugą. I tak było.
Trochę mi się one po czasie zlały w jedną, ale to ta część o złej pani dyrektor i Dumbledorze, który pokazuje na co go stać? Znakomite sceny pojedynków magicznych, przyznaję. Szkoda tylko, że od tej z każdą częścią progresywnie odchodzi się od tematyki szkoły magii na rzecz wojny złych z dobrymi. Ale heroizm Harrego potrzebuje odpowiednich warunków, aby się ujawnić. Poza tym koleś jest zawsze w centrum wydarzeń, co jest niezwykłym zbiegiem okoliczności. Film byłby okropnie nudny, gdyby dotyczył np. Draco Malfoya. Całe szczęście.

Harry Potter i Książę Półkrwi (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2009) - reż. David Yates
Trochę zabawna, trochę intrygująca, ma to wszystko. Świetne wprowadzenie do zakończenia, jakimi są obie części Insygni Śmierci. Zastanawiam się też czy nawet nie lepsze, ale przez powtarzany schemat od samego początku sagi można odnieść wrażenie odgrzewanego kotleta. W każdym razie w ciągu fabularnym ładnie kontynuuje tradycję i raczy widza kolejną porcją przygód, podczas których Harry dowiaduje się jeszcze więcej na temat Voldemorta, przyjaźn z boską “hermajni” i Ronem się zacieśnia i każdy zadaje sobie pytanie - jezu, jezu, co będzie dalej?! A więc świetnie pobudza apetyt na wydawanie pieniędzy na oglądanie kolejnych części. Przykład dobrze zrobionego tasiemca finansowego.

Ucieczka Logana (Stany Zjednoczone 1976) - reż. Michael Anderson
Wybrałem go, bo miałem ochotę na ten komicznie infantylny, stary film sci-fi ze Stanów. Takiej infantylności się nie spodziewałem. Jest wszystko czego można się spodziewać w tym gatunku z tych lat. Aktorzy mają okropnie dziwny rodzaj urody i są opaleni jakby właśnie wrócili z Włoskiej Riwiery, scenografia wykonana jest z dykty i tektury, co chwilę napotykamy wykorzystywanie motywów biblijnych, a ramą konceptualną jest moralitet antyutopijny.
Mieszane uczucia na temat filmu. Część mnie chce napisać, że kompletna klapa, bo gra aktorska śmieć, scenariusz śmieć, główne postaci totalny śmieć. Jednak zdjęcia nowoczesnych miast, które są znakomicie wykonanymi makietami naprawdę robią robotę, a ogólna pointa w filmie jest całkiem ambitna, nawet jak na współczesne standardy. To oczywiście żaden wyznacznik, bowiem co nie jest lepsze od współczesnego kina komercyjnego, ale mimo wszystko trzeba to docenić. Nie polecę, bo raczej odradzę, ale dla uzupełnienia sobie kanonu sci-fi przed latami 90. może się nadać.

Galaktyczny wojownik (Stany Zjednoczone 1998) - reż. Paul W. S. Anderson
Nieambitne kino, więc nie można wiele wymagać. Z takim podejściem może się nawet podobać. Russell wygląda jakby… Właściwie, to jak w każdym swoim filmie. Totalnie tandetnie, nieimponująco, ale chyba po to tam właśnie jest.
Zresztą, proponuje kupić sobie czteropak i zapuścić film dla odmóżdżenia. Wtedy pasuje idealnie.

World War Z (Stany Zjednoczone 2013) - reż. Marc Forster
Chociaż bardzo chciałem tym pogardzić i aby mi się to w ogóle nie podobało (z zasady - bo film o zombie), to wciągnąłem się w cholerstwo i obejrzałem zaciekawiony do końca, nawet z przerwami na reklamy (jak w ogóle można oglądać telewizję, kiedy co chwilę ci film przerywają, żeby zaprezentować produkty, których nie potrzebujesz? Ale to osobna kwestia).
Film jest skrzyżowaniem kilku innych dobrych przedstawicieli gatunku, czyli powiedzmy Jestem legendą i 28 dni później, ale oczywiście w gorszej jakości. Brad Pitt nie ustrzelił hitu, ale kto człowiekowi zabroni eksperymentować ze swoją karierą, kiedy ma już na koncie kilkanaście sukcesów kinowych.
Jest jednak coś czego nie rozumiem. Bo umówmy się - coś takiego jak zombie jest równie niedorzeczne jak istnienie duchów, albo ożywionych lalek brzuchomówców. Mimo wszystko twórcy usiłują urealnić i podeprzeć racjonalnym rozumowaniem istnienie nieumarłych. Po co? Zamiast zombie nazywają ich zarażonymi, wymyślają jakiegoś wirusa, który ma uczynić ich istnienie prawdopodobnym. Ludzie tego chcą? Co, wtedy bardziej się boją? Nikt chyba nie wierzy, że podobne wydarzenia w ogóle mogą mieć miejsce? Dla mnie wystarczy podejście twórców gry Left4Dead, gdzie zombie po prostu sobie są i należy wyrżnąć ich w pień i nie zadawać pytań. Jeszcze w Resident Evil miało to jakiś swój dziwny sens, bo taki jest przywilej prekursora, ale tutaj jest to po prostu sikaniem pod wiatr.
Tak czy inaczej, filmowi daje mocne 6/10 za niesamowitą scenę skradania się w ciszy po zarażonym oddziale szpitalu. Silne konotacje z grą F.E.A.R robią robotę.

Tango i Cash (Stany Zjednoczone 1989) - reż. Andriej Konczałowski, Albert Magnoli
Król po prostu, bez dwóch zdań. Jeśli zastanawiasz się jeszcze czy ten film jest coś warty, po prostu włącz pierwszą scenę. Jest tak niedorzeczna, że aż zajebista. Ten film niczego nie udaje. Króluje na scenie tandety lat 80. i nic tego nie zmieni. Pistolet z laserowym celownikiem? Czemu nie! Bezlitosny glina, ale troskliwy brat? Jasne! Scena głównej rozpierduchy pociągnięta do maksimum - ogromna liczba automatycznych karabinów na wyposażeniu tajemniczych najemników, samochodów opancerzonych i skakania w stronę kamery tuż przed eksplozją. Ten film powoduje stały uśmiech podczas seansu, a duet Stallone i Russell jest autentycznie udany. Ale wisienką na torcie są te beznadziejne dialogi, a właściwie krótkie wymiany między głównymi bohaterami. Ktokolwiek to pisał wiedział co robi.

Doskonały świat (Stany Zjednoczone 1993) - reż. Clint Eastwood
Wyciskacz łez dla facetów. Zresztą jak wszystko w czym gra Kevin Costner.
Wspaniałe czasy chromowanych samochodów, flanelowych koszul, papierosów bez filtra i ostatnich prawdziwych szeryfów. Film jest nieco przewidywalny i mało pomysłowy, ale mimo wszystko wysokiej jakości. Niewątpliwym atutem, oprócz wyżej wymienionych, jest reżyseria. Rękę fachowca widać w każdej scenie, a [podobno] niełatwa jest praca z dzieckiem na planie. Poza tym ten południowy akcent jest nie do podrobienia! Film natychmiast zyskuje klimat, co dodaje mu mnóstwo uroku.

Dobry agent (Stany Zjednoczone 2006) - reż. Robert De Niro
Coś strasznego. Matt Damon gra gorzej od kawałka drewna z oczami z jarzębiny. Fabuła uśpiłaby dziecko z ADHD. Angelina Jolie ma tutaj najzwyklejsza rolę pod słońcem, kiedy ja przywykłem, że zwykle grywa postaci niezwykle barwne. Wszystko jest beznadziejnie bezsmakowe, a już najgorszy jest ten skrajny amerykański patriotyzm. Wszyscy inni oprócz amerykanów to goście? Przecież to kraj złożony z imigrantów. Co za hipokryzja. De Niro okropnie stracił w moich oczach, ale to tylko kolejny przykład tego, że niektórzy aktorzy powinni pozostać przy swoim pierwotnym fachu i reżyserię zostawić ludziom, którzy mają dystans i wiedzą co robią. Do śmieci idzie.

American Psycho (Stany Zjednoczone 2000) - reż. Mary Harron
Uf, co za seans. Film uderzył jak mnie podbródkowy. Nie wyobrażam sobie nikogo innego w głównej roli jeśli nie Chistiana Bale’a i coś mi się wydaję, że sam aktor ma coś w sobie z odgrywanej przez siebie roli. Ta arogancja, niepokorność, wręcz sadyzm jest wyczuwalny niemal namacalnie. Każda kolejna scena to małe dzieło sztuki. Na pierwszy rzut oka widać, że film jest dopracowany i ktoś włożył w niego kawał talentu i poświęcenia. A rozwiązanie z narracją pierwszej postaci zmienia charakter filmu w taki, w którym widz, chcąc nie chcąc, jest częścią wydarzeń. Zaczynamy myśleć i nawet rozumieć bohatera. Zupełnie jakby jego morderstwa miały jakiekolwiek usprawiedliwienie. Film jedyny w swoim rodzaju, nie obejrzeć to grzech.

Love (Francja 2015) - reż. Gaspar Noé
Kolejny pretensjonalny filmowiec, próbujący przesunąć granicę kina w sztuczny sposób; wybić się tylko przy pomocy kontrowersji. “Ej, ponoć nie było jeszcze w kinie sceny męskiego wytrysku? To ja zrobię.”
Ustalmy sobie coś - porno to porno, a kino to kino. Żeby jeszcze ten film był seksowny, albo wysmakowany, albo chociaż naprawdę szokujący. A prawda jest taka, że wyszedł przedziwny twór pornograficzno-pruderyjny. Wydaje się niemożliwe, a jednak - jedyne osiągnięcie reżysera. Zrobić film, który pomimo ukazywania autentycznych scen seksu był przy tym na tyle powściągliwy, żeby kompletnie znudzić widza. Jeśli koleś nie potrafi przyciągnąć uwagi seksem, to naprawdę rozpieprzył potencjał po kątach. Jeżeli jedynym atutem tego filmu ma być ejakulacja w 3D to coś po drodze nie pykło i ktoś chyba powinien zmienić fach. Na przykład otworzyć knajpę z kebabem.
Fabuła banalna jak nigdy, ujęcia po pewnym czasie zaczynają być dla człowieka wyczerpujące, aktorzy to półamatorzy, a jedyny atut filmu, czyli wyżej wymieniona scena jest wspomagana efektami specjalnymi. Ja to nazwę kompletną porażką. Ale hipsterzy będą mieli o czym dyskutować na domówkach zakrapianych yerbą i smakowym tytoniem.
Poza tym co to za cholerny podwójny standard, żeby typ z fiutem wystawionym przez rozporek latał przez całą długość filmu, a wypinająca się laska miała ocenzurowane  krocze przy pomocy komputerowej smugi? Żałosne. Wkurzyłem się. Gaspar, idź do domu.

Marsjanin (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Ridley Scott
Jak już pisałem - ni to sci-fi, ni to dramat. Mi to przypomina komedię, szkoda tylko, że reżyser nie rozwinął tego wątku, tylko użył go jako ulepszacz mający na celu poprawienie atrakcyjności w oczach publiczności. Główny bohater to kosmonauta o osobowości korespondującej z typowym amerykańskim geekiem. Totalnie nie dla mnie, mimo swojej sympatii do fikcji naukowej.
Mimo to film jakoś wchodził i atuty przeważyły wady. Poczucie humoru całkiem dobre, wprawne wykorzystanie formuły filmu, w którym samotny kosmonauta musi zmierzyć się z trudnym zadaniem.
Swoją drogą - wkroczyliśmy w niezwykły moment zalewu kina komercyjnego. I teraz wszystkie filmy nastawione są na oglądalność, a nie jakość. Każde sci-fi od pięciu lat (może nawet dziesięciu?) zrobione jest tak samo. W podobny sposób usiłuje być realistyczne. Są podobne zdjęcia, podobny schemat scenariusza, wybiórcze dbanie o realizm. W końcu przyjdzie ktoś, prawdziwy filmowy mesjasz, i wszystko zmieni za sprawą swojego pomysłowego i dopracowanego dzieła, które nie będzie nastawione na boxoffice. Czekam z niecierpliwością.

Mów mi Vincent (Stany Zjednoczone 2014) - reż. Theodore Melfi
Świetny przykład kiedy podstarzały aktor folguje sobie na scenie filmowej korzystając jedynie ze swojej reputacji i nie jest to żenujące.
Film groził kiczem, sztucznym wyciskaczem łez. Było w porządku, chociaż do Między słowami trochę brakuje. Jest przewidywalny, sztampowy i okropnie powolny. Oglądasz na własną odpowiedzialność.

Cop Land (Stany Zjednoczone 1997) - reż. James Mangold
Jeden z najlepszych dramatów policyjnych jakie widziałem od dawna. Znajduje idealny balans między ukazaniem gangsterskich poczynań nowojorskich gliniarzy, a prawdziwymi rozterkami człowieka honoru. Oczywiście powiem to - Stallone gra wspaniale. Idealnie zinterpretował rolę i nie mam nic do zarzucenia żadnemu z aktorów, ale zostali po prostu przyćmieni przez występ Sylvestra. Znakomita konstrukcja, która pozwala nam zrozumieć obie strony konfliktu, wczuć się w uczucia każdej postaci, aż w końcu poznać wszystkie okoliczności wydarzeń konkludujących film. Polecam każdemu, bo to znakomity dramat nie tylko dla fanów filmów kryminalnych.
Po raz kolejny dziwię się niepochlebnym opiniom w Internecie i małej popularności filmu. Dla mnie to lider gatunku.

Całkiem zabawna historia (Stany Zjednoczone 2010) - reż. Ryan Fleck, Anna Boden
Film od nastolatków dla nastolatków. Nie wiem jakim cudem na to trafiłem i dlaczego to oglądałem. Nie mówię, że czas stracony i zakała jakaś od razu, ale infantylność i błahość problematyki poruszonej w filmie uderza i nie opuszcza do końca. Zrozumieją go tylko zbuntowani nastolatkowie, którym brakuje atencji i potrzebują potaplać się w melancholii, żeby dobrze spędzić wieczór. Każdy inny się tylko filmem rozczaruje, albo znudzi.
Mimo wszystko przyzwoita gra aktorska, ciekawy scenariusz (w miarę) i scenografia tworząca ciekawy klimat psychodelii.

Praktykant (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Nancy Meyers
Pocieszny do granic możliwości, przez co niektórzy mogą dostać raka. Szczególnie przez grę Hathawayówny. Ale jeśli nastrój jest odpowiedni to film się spodoba nawet bardzo. Poza tym dotyka ciekawej tematyki, której filmowcy nie wiedzieć dlaczego wciąż unikają, a mianowicie współczesnych korporacji i firm, które nie do końca wiadomo czym się zajmują, ale robią kupę hajsu. W to wszystko wrzucony jest problem praktykantów, pracujących za trzech, a zarabiających jedną trzecią. Chociaż kompletnie nie tego dotyczy film, doceniam, że ktoś tych motywów nie odrzucił i zgrabnie wkomponował w fabułę.
Natomiast film wywołuje miłe uczucie, że nie każda ludzka istota to zwierzę i czasami może coś się w życiu udać, może przyjść szczęście.

Zanim odejdą wody (Stany Zjednoczone 2010) - reż. Todd Phillips
Klasyczna komedia drogi, w której dwie skrajne osobowości są na siebie skazane i wpadają w wir nieprawdopodobnych wydarzeń, próbując dotrzeć do punktu B. Postać odgrywana przez Galifianakisa jest nieco przekolorowana, ale w duecie z Downeyem Juniorem i tak radzi sobie znakomicie. Film jest śmieszny mimo żenującego poziomu niektórych gagów. Ale może o to chodzi? Sytuacje, w których się znajdują są coraz bardziej niedorzeczne, przez co czasami śmiech jest raczej z litości, ale ogólne wrażenia po filmie na pewno pozytywne. Ot, nieambitna komedyjka na nudny wieczór.

Kac Vegas w Bangkoku (Stany Zjednoczone 2011) - reż. Todd Phillips
Ten pierwszy film reżyserowi wyszedł, więc jak tylko źrenice producentów zamieniły się w symbole dolara, natychmiast zaproponowali mu kolejną część. On nie odmówił, bo źrenice miał podobne. “Ale chłopaki, teraz musimy zrobić coś jeszcze bardziej odjechanego, coś jeszcze bardziej hardkorowego od pierwszej części.” Więc fabułę pociągnięto do absurdu, wrzucono kilka elementów, które tylko amerykańska komedia mogła mieć, jak małpka-diler narkotyków, albo kobiety z penisem i sala na pewno zapełni się studenciakami żądnymi pijackich wrażeń, z którymi mogliby się w mniejszym lub większym stopniu utożsamiać. Proszę, zreferowałem całą twórczość tego reżysera i pełną sagę American Pie.
Nie gardzę, ale nie pochwalam.

Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część I (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2010) - reż. David Yates
Pierwsza część ostatniej części. Do tego wszystko zmierzało. Harry na dobre wyszedł poza mury Hogwartu, aby walczyć ze złem. Film trochę się przeciąga, bo konkrety będą dopiero w części kolejnej, ale mimo wszystko ładnie buduje napięcie i pozostawia łaknienie kolejnej porcji wydarzeń. Zresztą, film dobrze wykorzystuje rozbudowane już uniwersum i nie skupia się na każdym nowym elemencie jak na przełomowym, tylko przedstawia je niby mimowolnie. W ten sposób magia Harrego, która tak bardzo przyciąga do filmów i książek, robi się jeszcze badzie uzależniająca. Zupełnym przypadkiem stałem się fanem Harrego Pottera.

środa, 16 marca 2016

Mówię, obejrzyj Disneya, a zobaczysz

Kraina jutra (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Brad Bird


Z czym kojarzy ci się określenie "film familijny"? Mi też – z płaską fabułą, beznadziejną infantylnością i ogólnie  niską  jakością pod każdym względem. Również z bolesnym seansem w niedzielne południe, który musi się odbyć, bo i tak nie masz nic innego do roboty, a stanowi to pewną formę spędzania czasu z rodziną. Jakież zdziwienie przeżyłem, kiedy podczas oglądania Krainy jutra nie nudziłem się i nie czułem się zażenowany! Film jest przeciwieństwem wszystkiego, co złego można powiedzieć o tradycyjnych produkcjach familijnych.

Przede wszystkim nie jest infantylny i spośród wielu to chyba jego największa zaleta. Wszystko wskazuje na to, że powinien być. Disney robi filmy dla dzieci. To prawda, ale również dla dużych dzieci, zwanych nastolatkami, a ja takim wciąż się czuję, więc bezwstydnie mogę sobie Disneya dla przyjemności oglądać. Zresztą granica filmu odpowiedniego dla każdej publiczności wciąż przesuwa się. Niedługo od dwunastu lat mogą być okropne filmy von Triera, a to może fatalnie wpłynąć na młodą psychikę! Ilość pretensjonalności i uporczywego poszukiwania kontrowersji może odbić się traumą. 


Ale wracając do tematu, w Krainie jutra występują również dzieciaki, jako główni bohaterowie, co oczywiście znacznie ułatwia odbiór filmu młodym. I może byłoby gorzej, gdyby nie fakt, że główną bohaterkę nastolatkę grała 24 letnia aktorka, oraz to, że pozostali dwaj mali aktotrzy byli znakomici i grali bardziej przekonywająco niż połowa hojłudu. Oprócz tego główny wątek fabularny przenosi nas w świat odrealniony, kolorowy, błyszczący i tak nowoczesny, że aż niewiarygodny. Grząski grunt tego posunięcia wypuścił piękny kwiat niesamowitego świata w stylu retrofuturyzmu. A w końcu, mogło być nudno np. z powodu zakliszowanego na śmierć scenariusza. Akcja jest nieco przewidywalna, ale mimo wszystko nie przestaje ciekawić do samego końca.

Mam również wrażenie, co jest naturalnie oczywiste, ale wciąż należy zaznaczyć, że efekty specjalne znowu wskoczyły na poziom wyżej. Jeszcze niedawno Piraci z Karaibów i Władca pierścienia wyznaczali jakość, ale teraz poprzeczka wisi wyżej. Animacja komputerowa jest wpleciona zupełnie niezauważalnie w prawdziwe zdjęcia, a przedmioty ewidentnie animowane zachowują według podstawowych zasad fizyki tak wiarygodnie, że gotów jestem uwierzyć, że naprawdę istnieje plecak odrzutowy Electroluxa. 


Naturalnie spełnione są wszystkie obligatoryjne elementy filmu amerykańskiego i nie, nie odpuszczę. Jest to produkcja nastawiona na boxoffice, a więc 1. posiada motyw miłosny, 2. aktorzy są przepiękni, 3. fabuła ma elementy moralizatorskie, 4. dobro tryumfuje, 5. ktoś umiera, wywołując łkanie i pospieszne wyciąganie chusteczek u publiczności. Mimo to urok i nastrój produkcji jest nie do podrobienia i bawi mnie ogromnie. Ciekawe, że film ten zupełnie umknął bacznemu oku krytyków i tej popularnej akademii, co to "najważniejsze na świecie" filmowe nagrody i nominacje wyraźnie ustawia sobie jak FIFA mecze. Hajs ma płynąć i będziesz pan zadowolony. Ale film to mi się podobał, polecam gorąco, bo fana czarujących wizji sci-fi nie może rozczarować. Nikogo nie powinien.