Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie (Stany Zjednoczone 2016) - reż. Gareth Edwards
Przede wszystkim muszę we wstępie opisać swoje oczekiwania. Dodać oczywiście jak zostały obniżone przez Przebudzenie Mocy sprzed roku. Zaznaczyć jakim tamta część była niewypałem, wymienić nazwisko reżysera i oczywiście zaznaczyć, że Disney, czyli posiadacz konta bankowego otrzymującego zysk boxoffice oraz wytwórnia BAJEK DLA DZIECI i wszystkich innych nowotworów przejęła Gwiezdne Wojny, używając przy tym słowa franczyzna. Ale ponieważ film mnie pozytywnie zaskoczył to i ja nie zachowam się szablonowo.
Na zdj. Felicity Jones i Diego Luna.
Film uderza od początku wieloma dziwnymi nazwiskami i jedną niezwykłą postacią – Orson Krennic. Człowiek tylko otwiera usta, a z nich płynie muzyka dla moich uszu. Żadnych potulnych, wpisujących się w schemat imperialnego dowódcy suchych poleceń, tylko prawdziwa arogancja i cynizm. To dobry znak już na samym początku, że postaci będą miały faktycznie jakieś barwy. Reżyser długo nie rozwleka wprowadzania do historii i już po 20 minutach mamy akcję. I ani na minutę widz się nie znudzi, ponieważ po każdym odetchnięciu natychmiast następuje powrót do akcji.
Oprócz tego film naprawił wielki błąd poprzednika. Korzysta z uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale nie kopiuje go w rozpaczliwej chęci przywołania nostalgii z lat 70. Pokazuje ten sam fragment świata, ale nie jest on identyczny z żadnym poprzednim elementem z oryginalnej trylogii. Kilka skrzyżowanych sytuacji z Nowej Nadzei przypomina w jakim czasie osadzona jest fabuła i przynosi odrobinę śmiechu w przeciwieństwie do zażenowania po Przebudzeniu Mocy, które kalkowało Lucasa bezwstydnie.
Elementy techniczne oceniam bardzo wysoko. Zarzuty braku charakterystycznej muzyki rozumiem, ale nie mogę powiedzieć, że nie pasował mi układ ze świeżą ścieżką dźwiękową. Należy pamiętać, że to osobny film, więc i muzyka była świeża. Nie ma nawet piśmiennego prologu ulatującego w przestrzeń. Wszystko jest doskonale wyważone między włączeniem wszystkich stworków, broni, maszyn wojennych i planet, które znamy, a chęcią stworzenia osobnego dzieła. Jestem pod wielkim wrażeniem intuicji twórców. Szczególnie scenarzystów. Tym bardziej, że paradoksalnie to osobne dzieło jest nierozerwalnie złączone z Nową Nadzieją, ponieważ ich akcje dzieją się równolegle.
Na zdj. robot K-2SO z modułem sarkastycznego poczucia humoru oraz Felicity Jones.
Dialogi są dopracowane, co dziwi w typie filmu nastawionego na efekty specjalne. Albo występują w nieznacznej ilości, zastąpione, jak należałoby oczekiwać od dzieła audiowizualnego, grą aktorską, albo bawią całą salę kinową. Postać robota K-2 zastąpiła z powodzeniem wszystkie poprzednie trzecioplanowe role C-3PO, R2-D2, Jar Jara, a nawet Chewbacci swoim poczuciem humoru i nie narzucającą się chęcią zdobycia sympatii widzów. Co prawda trudno mi zrozumieć jak robot może posługiwać się sarkazmem, ale nie zamierzam drążyć tematu, skoro efekt jest doskonały. Mówiąc o wątkach drugoplanowych, kolejnym elementem wspólnym z oryginalnym pomysłem Lucasa na stworzenie nowego rodzaju opery sci-fi była równoległa akcja. W Łotrze akcja odbywa się na kilku płaszczyznach czasowych, a wszystkie postaci są doskonale zdywersyfikowane i niebanalne.
Film opisywany jest często jako gratka dla fanów sagi. To prawda, bo przedstawia idealne podejście do marki, którą wykorzystuje subtelnie i z głową. Uważam jednak, że ze względu na wspaniałą chemię między głównymi bohaterami, autentyczne lokalizacje i prawdziwą charakteryzację, zamiast animacji komputerowych i doskonałą konstrukcję scenariusza film zaspokoi również typ widza, jak panią siedzącą za mną, która głośno zastanawiała się tuż przed seansem czy będzie zaraz oglądać kontynuację „tego filmu sprzed roku”. To film, który wzrusza, rozśmiesza i wciska w fotel, a za ujęcie z zamontowanej do X-winga wychodzącego z nadprzestrzeni kamery należy się nagroda publiczności. Wszystko jest opracowane i przymknę oko nawet na kilka jawnie marketingowo nastawionych scenek, mających na celu nakręcić sprzedaż figurek.
Imperialny niszczyciel. Reżyser ma do niech słabość.
Widać po niskiej elokwencji wypowiedzi, że jestem pod ogromnym wrażeniem seansu i wciąż układam go sobie w głowie. Poza tym jest późno. Tak, czy inaczej, film jest doskonały. Najlepsza nowa część Gwiezdnych Wojen. Proszę, powiedziałem to.
3. Tango i Cash (1989) - reż. Andriej Konczałowski, Albert Magnoli
Duet topowych złodupców, czyli Sylvester Stallone i Kurt Russell (ten ze szczególnie bezpretensjonalnym wyrazem twarzy zważywszy na przedmiot leżący w jego prawej ręce).
Idealnie autoironiczny, perfekcyjnie sensacyjny. Korzysta z klisz i sam jest kliszą. Alfa i Omega filmów sensacyjnych. Raz, ponieważ występuje w nim bóg tego gatunku - Stallone, oczywiście. Dwa, ponieważ ten film ma wszystko, co mieć powinien idealny obraz w takim zestawieniu - mięśnie, męską przyjaźń i lojalność, złego i dobrego glinę i powiedzmy to razem: pościgi, wybuchy, strzelaniny! Posiada również ładną panią (hasztag hasztag mikroblog, relewantne dyskusje polityczne), którą na pewno kojarzymy z tego dziwnego serialu o Supermenie. Poza tym scena otwierająca to majstersztyk. Zawiera definicję całego określenia amerykański film akcji w jednej sekwencji.
Scena wielkiej rozróby przypomina trochę tandetę ze Seagalem, albo Van Dammem, co zrzuca ten piękny okaz na trzecie miejsce. I tutaj nadarzyła się okazja, aby wyjaśnić dlaczego w takim zestawieniu mogło zabraknąć powyższych jełopów. Po pierwsze (być może naiwnie) kierując się plotkami doszły mnie słuchy, że oboje dżentelmenów to straszne szumowiny w życiu prywatnym. A my tu tego nie lubimy, prawda? Po drugie, nie dorastają Stallonowi do pięt. W człowieku widać prawdziwą pasję do filmu i zaangażowanie w to, w czym występuje. Jego osobowość okrywa cały film nadając mu charakteru. Tych dwóch rzezimieszków polega wyłącznie na swoich zdolnościach prania się po mordach i przerwa reklamowa nagle jawi się jako prawdziwe wybawienie od ich bezpłciowości. Seagal nawet w tej dyscyplinie okropnie zdziadział, nie wspominając już zupełnie o nie wyjściowej aparycji. W kinie powierzchownym właśnie powierzchowność powinna być atrakcyjna, więc nie wiem jakim cudem on w ogóle jest oglądany. Po trzecie, wprawki reżyserskie Stallone były całkiem niezłe, co daje podstawy podejrzewać, że wyższa jakość filmów, w których występuje jest bezpośrednio jego zasługą.
2. Cobra (1986) - reż. George P. Cosmatos
To nie kolejny duet, bo Cobra (w tej roli Stallone, po lewej, duh) dominuje uwagę filmu i jego partnera (Reni Santoni) trudno nazwać postacią nawet drugoplanową.
Niezwykle mnie ten film ujął. Po raz kolejny, wiem, że to nudne, ale ten człowiek po prostu stworzony został do grania twardzieli. Nie da się bardziej nonszalancko i złodupcowo. Stallone wygrywa to zestawienie jako gracz meczu. Oprócz tego posiada do znudzenia wspomniany zestaw elementów obligatoryjnych plus kilka upiększeń. Zamiast pieknej damskiej roli drugoplanowej gra absolutnie oszałamiająca i przyprawiająca o bezdech Brigitte Nielsen. Tutaj mógłbym pozostawić jeden cały akapit tylko na jej temat, ale wtedy musiałbym wprowadzić na blogu ograniczenie wiekowe. Oprócz tego występuje niedorzecznie ciekawy i równie mocno niepasujący do filmu samochód, czyli Mercury Monterey z 1950 roku po intensywnej modyfikacji. Mówię niepasujący, bo sztampowego złodupca wyobrażałbym sobie bardziej w amerykańskim muscle car, albo chociaż szybkim kabriolecie zasilanym oczywiście minimalnie sześcioma cylindrami. Mimo wszystko samochód osobowością nadąża za swoim właścicielem. Jest nietypowy, oryginalny i niezawodny w swojej roli.
Fabuła jest prosta, ale chyba nie ma czego innego oczekiwać. Kobieta w opałach, więc zblazowany glina zapewnia protekcję. Biega, strzela, poci się, nosi ciemne okulary i opróżnia kolejne magazynki - protekcja tym samym jest zapewniana. To nic, że paradoksalnie ściąga na nią wszystkie kłopoty, które w prawdziwym świecie skutkowałyby załamaniem nerwowym, a pościg samochodowy złamanym karkiem. Liczysz na gorący romans? To nie film z Michaelem Douglasem, a ucieczka od szablonu Jamesa Bonda, który sypia ze wszystkim co się rusza, to ładny element wyróżniający dotychczas znane kino akcji od amerykańskiego wzorca. Naturalnie jest on obecny w niektórych produkcjach, ale typowy amerykański twardziel, o którym mówimy, jest nie do zdobycia i najczęściej obojętny na zaloty (czyżby model zapoczątkowany przez Jamesa Deana? - pytanie na inny tekst). Daleko mu do szarmanckiego dżentelmena w garniturze. Zamiast tego wlewa w siebie piwo, jest wiecznie nieogolony, mieszka w zapchlonej dziurze i bekaniem nieświadomie zwabia samice. Oto amerykański twardziel. W spoconej podkoszulce i z wadą wymowy.
1. Robocop (1987) - reż. Paul Verhoeven
W rolę Robocopa wcielił się Peter Weller.
Dlaczego więc, skoro tako pieję nad resztą filmów, to właśnie Robocop piastuje stanowisko lidera? Ponieważ to najlepszy film akcji w historii kina amerykańskiego. Słowa te mogą wydawać się dość kontrowersyjne, bacząc na to, że w gruncie rzeczy jest on bardziej filmem fikcji naukowej zmieszanej z klimatem antyutopii i zdecydowanie odbiega od tandety reszty zestawienia. Mimo to nie wyobrażam sobie innego filmu na szczycie tej listy. To dzieło z przesłaniem, dopracowane, przerażające i satysfakcjonujące, prawdziwie brutalne i innowacyjne. Utrzymywałem wcześniej, że dużo przyjemność z seansu powyższych filmów płynie z klisz, które one powielają, ale pionier niezaprzeczalnie zasługuje na większe uznanie, niż najlepszy naśladowca.
Włączając to spodziewałem się dziwnego akcyjniaka w szatach sci-fi na brudnych ulicach amerykańskiej metropolii. Obejrzałem hardkorowy niemalże horror sci-fi o silnym wątku sensacyjnym, trzymający w napięciu do końca. I warto zaznaczyć, że oglądałem go dopiero teraz i nie piszę tego z pamięci o filmie lat chłopięcych. Wtedy robił wrażenie jako przerażający. Teraz doceniam go na innej płaszczyźnie, ale prawdopodobnie nawet bardziej.
Wszystkie negatywne określenia, których używałem do opisania filmów w tym zestawieniu są oczywiście pieszczotliwe. Szczerze uważam je za dobre produkcje. Oczywiście to kwestia subiektywna, ale pamiętajmy, że doznanie estetyczne nie zawsze musi się łączyć z artystyczną produkcją europejską, a czasami może być zza oceanu i opierać się głównie na po raz trzeci: eksplozjach, pościgach i strzelaninach! Są takie wieczory, podczas których człowiek chce się walnąć na kanapie z piwem i obejrzeć coś nieangażującego i niekoniecznie musi mieć ochotę na wieczny grymas zażenowania, który z pewnością towarzyszyłby seansowi któregoś z filmów ze Stevenem Seagalem. Powyższe zestawienie skupia odpowiednie na ów wieczór pozycje. Dla taką właśnie funkcję spełniły idealnie. Polecam i pozdrawiam cieplutko.
Albo które już widziałeś. Nie starałem się wykopywać VHS-owych perełek (choć większość z tej listy, jeśli nie całość, na pewno ukazała się na VHS-ie po premierze kinowej), specjalnie na tę okazję, choć z pewnością jest ich sporo. Bardziej skupiłem się na słodkiej tandecie wysokiej jakości, serwowanej na zachodzie, która wpłynęła na kino klasy B, a nawet i C na całym świecie. Jeśli ktoś posiada monopol na kompletnie odrealnione epickie filmy wariackiej rozróby, to nikt inny jak Amerykanie. Oczywiście wszystko zapakowane jest w zgrabne pudełko wspaniałych efektów specjalnych za grube miliony. Za to ich uwielbiamy, po to są i dlatego zawsze wracamy do ich kinematografii. Czujemy nostalgię to tego kina, chociaż żyjemy na innym kontynencie, znamy motywy i nawet używamy popularnych sloganów. Często wyrażam się niepochlebnie o kinie amerykańskim, ale w tym tekście patrzę prawdzie w oczy – kino zachodnie jest wszechobecne i często naprawdę znakomite. Na swój sposób.
Czym jest więc kino akcji lat 80.? Wygląda to mniej więcej tak: najlepiej tematyka kryminalna, ponieważ była najbardziej popularna, a poza tym umożliwia stworzenie filmu akcji. Później – akcja! Pościgi, to za mało, chcemy wychylonych przez okno luf rewolwerów, eksplozji, na które główny bohater nawet nie patrzy, lub takich, przez które przelatuje super furą. Następnie, nie zawsze, choć często, specjalne miejsce posiadać musi właśnie środek transportu. Nie ważne, czy szybki samochód, czy motocykl. Na pewno znajdować się powinien w posiadaniu nieokrzesanego gliny, który czyni z niego użytek w każdej scenie. Właśnie – glina, oczywiście twardziel. Czymże byłby amerykański film akcji bez triumfu dobra nad złem, a najczęściej policjanta nad złoczyńcą? Ktoś próbuje go wrobić, zabija jego partnera, albo chce przejąć kontrolę nad miastem. To wszystko się tu znajdzie. Do tego miasto. Każdy z tych filmów będzie się odbywał w mieście, jeśli nie będzie ono nawet osią wydarzeń. Jądro zła, występku i zepsucia to przecież metropolia. Ostatnie, ale nie najmniej ważne – często wątek fikcji naukowej. Choć w latach 80. nie brakuje klasycznych kryminałów to powstało wtedy tyle ciekawych akcyjnych sci-fi, że byłoby grzechem ich nie wymienić.
Wyobraź sobie taki krajobraz. Miasto po zachodzie słońca. Mokre i brudne ulice. Ze studzienek unosi się para. W tle słychać rozbrzmiewającą niespokojnie syrenę. Na horyzoncie pojawia się samochód. Kierowca w milczeniu spogląda na ulice pełne dilerów i alfonsów. Ma ciemne okulary, a w ustach zapałkę. Po karoserii przebiegają refleksy od ulicznych latarni. Taki nastrój posiadają te filmy. Nie mają w sobie za wiele realizmu, ale delektują się naciąganym wyobrażeniem Stanów Zjednoczonych. Jeżeli to nie pomaga, przypomnij sobie serial Miami Vice. Jest uosobieniem tego, co próbuję uchwycić w tej liście. Tam naturalnie dochodzą egzotyczne samochody i kobiety w bikini.
6. Ucieczka z Nowego Jorku (1981) – reż. John Carpenter
Kurt Russel w roli Snake'a Plisskena, trzymającego absurdalnie wielki karabin z tłumikiem i lunetą, którym strzela się z łokcia.
Na szarym końcu, ponieważ wydawać by się mogło, że idealnie spełnia wymagania, to jednak jako dzieło filmowe nie dorasta reszcie do pięt. Brakuje spójności, a potworna infantylność, o której wspominam zawsze do znudzenia, zbija go na ostatnie miejsce. Poza tym jest coś w twarzy Kurta Russella, co psuje ten film. Facet za bardzo się stara i wszystko rujnuje. Umówmy się, że grywał raczej w słabszych produkcjach, w porównaniu do Stallone’a, Douglasa, czy nawet Schwarzeneggera. Może właśnie dlatego? Nie mniej film ten nie mógł się nie znaleźć na tej liście (prosz, zdanie z trzema zaprzeczeniami).
Wykorzystano motyw sci-fi, z którym Amerykanom ciężko się rozstać. Czasami można odnieść wrażenie, że to efekt ich samouwielbienia na punkcie posiadanej technologii, ale kto to wie. Główny bohater zostaje wysłany na tajną misję odbicia prezydenta z wielkiego, nowoczesnego rezerwatu/więzienia ludzi wyjętych z spod prawa, którym jest oczywiście Nowy Jork, czyli drugie, po Waszyngtonie, ulubione miasto do fikcyjnego niszczenia. Naturalnie Snake Plissken (xD) wchodzi konflikt z największą szychą podziemnego gangu, ale nie muszę chyba mówić, że misja kończy się sukcesem.
Russel, opasany ciasną koszulką i piracką opaską na oko wymachuje karabinem i często w niewyartykułowanym bólu zaciska zęby. Zawsze w ostatnim momencie unika śmierci i jest w konflikcie z każdym – z własnym szefem, a nawet z prezydentem. Cóż taki jego urok, jeśli nie glina to najemnik-renegat. Panuje noc, jest twardziel, jest miasto, są strzelaniny. Nie można przejść obojętnie.
5. Czarny deszcz (1989) – reż. Ridley Scott
Kadr tak piękny, że mógłbym powiesić go sobie w formie plakatu nad łóżkiem. Uosobienie tego, co później przeradza się w nostalgię za kinem lat 80. Film kręcono m.in. w Osace w Japonii.
Wielkie nazwiska, bajeczne scenerie, piękne kobiety, szybkie motocykle. Czy coś mogło pójść nie tak? Owszem, i przejdę do tego za moment metodą kanapki czyli plus-minus-plus, bo tak się robi w XXI wieku. Przede wszystkim wpisanie się w kanon. Film pasuje w nim tak idealnie, że reprezentuje niemal idealną koncepcję filmu akcji lat 80. Główny bohater, grany przez największego przystojniaka minionej ery, czyli Michaela Douglasa, jest rozwodnikiem z kłopotami finansowymi, którego małym hobby są nielegalne wyścigi motocyklowe, w patriotycznym duchu Harleya bijącego Suzuki na głowę. Przy tym jest świetnym gliniarzem z Nowego Jorku, który ma niekonwencjonalne metody i często nagina prawo racjonalizując to sobie wyższym dobrem. Jeśli kiwasz teraz głową, bo takich filmów jest na pęczki, to ten jest prawdopodobnie najlepszy.
I wszystko idzie świetnie, aż do punktu kulminacyjnego. Sprawia wrażenie kompletnie odstającego od całego filmu. Poczynając od scenografii (wieś za dnia, bleh), przez kompletny brak realizmu (we dwóch na cały oddział Yakuzy), aż do ostatecznej konfrontacji. Jest nagrana tak beznadziejnie, że nawet kompletny laik zauważy tutaj silne powiązania ze Wściekłymi Pięściami Węża. Niedobrze, że filmu ostatnia scena jest parodią całości. Pojedynek, beznadziejnie zmontowany, najpierw odbywa się poprzez dziwny pościg motocyklowy, a później oczywiście rozwiązuje się przez walkę na pięści. Główny glina Nowego Jorku przeciwko głównemu gangsterowi Yakuzy. Jakie są szanse na takie spotkanie? Tandeta nad tandetę, ale w końcu sam wymieniłem ten element jako kluczowy dla gatunku. Trudno.
Mimo wszystko film pozostawia znakomite wrażenie. Jest to porządny kryminał o wspaniałym nastroju napięcia, a nawet niepokoju i intrygi w wielkiej, surowej, brutalnej metropolii. Z mojego doświadczenia nikt nie może się równać w tym gatunku z amerykanami, a japońskie filmy policyjne, które mają do tego potencjał są materiałem wtórnym. O nich jednak wspomnę przy innej okazji. Czarny deszcz wykorzystuje tło japońskiej metropolii, aby opowiedzieć własną historię na własnych warunkach. Mimo silnego poczucia wyższości sam tytuł sugeruje pewne rozliczenie z przeszłością amerykańsko-japońską, a pozytywna postać Matsumoto potwierdza szczere chęci i oddany szacunek. Cóż za rok dla padających murów!
4. Terminator (1984) – reż. James Cameron
Aktor pochodzenia austriackiego jako nikczemny terminator, ubrany w skórę, ciemne okulary (w nocy) i na motocyklu, sięgający po karabin automatyczny. You can't get more 80s then that.
Film jest nieco inny, niż pozostałe wyżej opisane, ponieważ ma w sobie więcej z horroru niż prawdziwej akcji, ale mimo wszystko zawiera zbyt wiele elementów charakterystycznych, żeby o nim nie wspomnieć. Jak byłem szczeniakiem to mnie pierwsza scena wystraszyła nie na żarty. Śniły mi się te nagie roboty kilka nocy i do teraz zostało o tym nieprzyjemne wspomnienie. Dzięki Cameron!
Film przerażający. Nieznane zło ściga bohaterów ciągle próbując ich zabić. Wspaniały pomysł na scenariusz, żeby osadzić go w czasach współczesnych (ówczesnych), ale nawiązywać do nieznanej przyszłości. To moment kiedy strach przed sztuczną inteligencją stał się realny i w tym filmie ukazano to lepiej niż gdziekolwiek indziej, a mimo wszystko duch apokalipsy jest obecny. Pomysł nie był przełomowy (zważywszy chociażby na Odyseję kosmiczną – o buntującym się w zabójczym amoku komputerze pokładowym), ale na pewno znakomicie wlany w formę akcji. Niesamowicie wartka akcja to niejedyny plus. Nieunikniona czarna chmura zagłady i wiecznego niebezpieczeństwa, to coś, w czym amerykanie się specjalizują. Nie wiesz skąd, ale mechaniczna łapa zabójczego androida dosięgnie cię. Musisz pozostać w ciągłym biegu.
Kolejna część próbowała być trochę zabawna, trochę obyczajowa. Pierwsza pozostała prawdziwą i nie odpuszcza widzowi ciągłego napięcia i ogromnej dawki bezpodstawnej przemocy. Oprócz tego pochodzi ona ze strony wielkiego jak góra chłopa z obcym akcentem. Największy strach Amerykanów – obca siła naruszająca niewidzialną kopułę krainy szczęścia i dobrobytu. Wiadomo jednak, że kto, jeśli nie oni za pomocą dębowego patyka powstrzymają watahę wilków. Wszystko kończy się pomyślnie, a niebezpieczeństwo, mimo żałośnie niskiego prawdopodobieństwa przeżycia, zostaje zażegnane. Ale gdzie ja mówię o realizmie, nie po to się tu zebraliśmy. Są wybuchy, są strzelaniny, są pościgi. Odfajkować.
Z czym kojarzy ci się określenie "film familijny"? Mi też – z płaską fabułą, beznadziejną infantylnością i ogólnie niską jakością pod każdym względem. Również z bolesnym seansem w niedzielne południe, który musi się odbyć, bo i tak nie masz nic innego do roboty, a stanowi to pewną formę spędzania czasu z rodziną. Jakież zdziwienie przeżyłem, kiedy podczas oglądania Krainy jutra nie nudziłem się i nie czułem się zażenowany! Film jest przeciwieństwem wszystkiego, co złego można powiedzieć o tradycyjnych produkcjach familijnych.
Przede wszystkim nie jest infantylny i spośród wielu to chyba jego największa zaleta. Wszystko wskazuje na to, że powinien być. Disney robi filmy dla dzieci. To prawda, ale również dla dużych dzieci, zwanych nastolatkami, a ja takim wciąż się czuję, więc bezwstydnie mogę sobie Disneya dla przyjemności oglądać. Zresztą granica filmu odpowiedniego dla każdej publiczności wciąż przesuwa się. Niedługo od dwunastu lat mogą być okropne filmy von Triera, a to może fatalnie wpłynąć na młodą psychikę! Ilość pretensjonalności i uporczywego poszukiwania kontrowersji może odbić się traumą.
Ale wracając do tematu, w Krainie jutra występują również dzieciaki, jako główni bohaterowie, co oczywiście znacznie ułatwia odbiór filmu młodym. I może byłoby gorzej, gdyby nie fakt, że główną bohaterkę nastolatkę grała 24 letnia aktorka, oraz to, że pozostali dwaj mali aktotrzy byli znakomici i grali bardziej przekonywająco niż połowa hojłudu. Oprócz tego główny wątek fabularny przenosi nas w świat odrealniony, kolorowy, błyszczący i tak nowoczesny, że aż niewiarygodny. Grząski grunt tego posunięcia wypuścił piękny kwiat niesamowitego świata w stylu retrofuturyzmu. A w końcu, mogło być nudno np. z powodu zakliszowanego na śmierć scenariusza. Akcja jest nieco przewidywalna, ale mimo wszystko nie przestaje ciekawić do samego końca.
Mam również wrażenie, co jest naturalnie oczywiste, ale wciąż należy zaznaczyć, że efekty specjalne znowu wskoczyły na poziom wyżej. Jeszcze niedawno Piraci z Karaibów i Władca pierścienia wyznaczali jakość, ale teraz poprzeczka wisi wyżej. Animacja komputerowa jest wpleciona zupełnie niezauważalnie w prawdziwe zdjęcia, a przedmioty ewidentnie animowane zachowują według podstawowych zasad fizyki tak wiarygodnie, że gotów jestem uwierzyć, że naprawdę istnieje plecak odrzutowy Electroluxa.
Naturalnie spełnione są wszystkie obligatoryjne elementy filmu amerykańskiego i nie, nie odpuszczę. Jest to produkcja nastawiona na boxoffice, a więc 1. posiada motyw miłosny, 2. aktorzy są przepiękni, 3. fabuła ma elementy moralizatorskie, 4. dobro tryumfuje, 5. ktoś umiera, wywołując łkanie i pospieszne wyciąganie chusteczek u publiczności. Mimo to urok i nastrój produkcji jest nie do podrobienia i bawi mnie ogromnie. Ciekawe, że film ten zupełnie umknął bacznemu oku krytyków i tej popularnej akademii, co to "najważniejsze na świecie" filmowe nagrody i nominacje wyraźnie ustawia sobie jak FIFA mecze. Hajs ma płynąć i będziesz pan zadowolony. Ale film to mi się podobał, polecam gorąco, bo fana czarujących wizji sci-fi nie może rozczarować. Nikogo nie powinien.
Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy (Stany Zjednoczone 2015) - reż. J. J. Abrams
Na parkingu wolne miejsca, a w kinie spokojnie. Sala nie była pełna, nikt się nie przepychał, ani nawet nie walczył o miejsce. Byłem jedynym klaunem w koszulce z nadrukiem Vadera. Zwiastunów było kilka i od razu, zupełnie bez ostrzeżenia, charakterystyczne napisy zaczęły ulatywać w bezdenną przestrzeń. Ktoś obok mnie świetnie się bawił - chyba przyszedł na komedię. Nie liczył się z tym, że ja tu przeżywam coś ważnego. I czy tylko ja? Po lewej też w sumie dobra impreza, a nie, jak się spodziewałem, trzech nerdów odchodzących od zmysłów. Były rodziny z dziećmi, całe grupy młodych kinomaniaków, kilka par na randkach. Czy ja pomyliłem sale? W pierwszym dniu największej premiery roku taki krajobraz?
Podtrzymanie tradycji GW na jednym zdjęciu. Na pierwszym planie Daisy Ridley.
Najwidoczniej przeliczyłem się z oczekiwaniem wielkiej ekscytacji i sukcesu kasowego w Polsce. Nie ważne, wróćmy do filmu. Mamy do czynienia z Gwiezdnymi Wojnami z krwi i kości. Co do tego nie ma wątpliwości w żadnej ze scen. Ale one są inne. To nie te same Gwiezdne Wojny. Te są bardziej surowe, mroczne i... realistyczne? Co wcześniej najbardziej wyróżniało te filmy to bajkowa otoczka. Wszystko bardziej kolorowe, z miękkimi krawędziami. Niby nastały straszne czasy dla rebelii, niby życie na Tatooine takie ciężkie, ale tak naprawdę tego nie było. Jedyne co ja widziałem, to prawdziwa pasja do fikcji naukowej, czyli zauroczenie kosmosem i jego eksploracją. W każdej scenie Lucas przekazywał swoją ciekawość głębokiej przestrzeni i spełniał niedoścignione pragnienie życia jak kosmiczny kowboj. Abrams skupił się na czym innym i podszedł to sprawy bardziej przygodowo. Mając takie, a nie inne narzędzie stworzył Indianę Jonesa w uniwersum GW. Dużo biegania, ratowania kogoś z opresji i bardzo szybki rozwój wydarzeń. To jak z tym sąsiadem, który jeździ 2,5 litrowym doładowanym Subaru Legacy do kościoła i na zakupy, jakby nie zdawał sobie sprawy co znajduje się pod jego prawą stopą. Patrzysz i serce ci pęka, że cały ten potencjał pozostaje niespożytkowany, nieużywany jak należy.
Mówiąc o mrocznej stronie mocy.
Realizm i przygodowość nie są złe. Można jednak zrealizować je w innym tytule. Biorąc na stół kreślarski coś takiego, jak GW, trzeba wiedzieć jak zaspokoić apetyt widzów. Abrams obrał inną strategię. Postanowił w nowym filmie zrobić kotlet mielony ze wszystkich poprzednich części. Zmielono tu postaci, scenografie, a w końcu fabułę. Każdy element filmu już był w nim wcześniej, ale w innej formie. Wydarzenia przypominają do złudzenia oryginalną trylogię. Droidy, planety, statki kosmiczne, nacje, stroje, a co najgorsze - dialogi - już były. To jest remake, a nie kontynuacja. Nie mówię tu o występie starych aktorów, ponieważ to jedyny pozytywny element ze strategii "wracamy do źródła, scena po scenie". Każda część, do tej pory, powoli rozwijała, dokładała coś do uniwersum, opowiadając nową historię. Abrams skondensował wszystkie GW, aby zadowolić każdego - młodego i starego fana obu trylogii. Ale to niemożliwe. Za dużo to i świnia nie chce. Film przypomina mi czytanie książki z uniwersum Gwiezdnych Wojen przeciętnego autora. Widzę te usilne nawiązania do głównych wątków, eksploatowanie do bólu kilku charakterystycznych elementów, ciągłe próby poprawienia wytykanych przez fanów błędów, ale to po prostu nie to. Człowiek za bardzo chciał, starał się, ale nie przystanął na chwilę i nie zastanowił co będzie lepsze, zamiast tego, czego ludzie oczekują. Niestety.
Harrison Ford - porównanie z czasów oryginalnej trylogii i Przebudzenia Mocy.
Oglądając film wciąż miałem wrażenie, że to już to widziałem. Było w Powrocie Jedi. A to oczywiście w Imperium Kontratakuje. A ta sama kwestia wybrzmiała w Nowej Nadziei. Ogromna ilość typowych hollywoodzkich klisz, wypowiedzi bohaterów mających na celu tłumaczenie widzowi fabuły i w końcu ten dziwny styl roztrzęsionej kamery. Przecież to film amerykański. Wszystko jest do przewidzenia, łącznie z punktem kulminacyjnym (walczę ze sobą, żeby niczego nie zdradzić). Ale znowu wychodzę na ponuraka, który tylko narzeka. Pisze coś, żeby się wyżalić. Ale nie, to JEST dobry film. To SĄ Gwiezdne Wojny, to JEST gratka dla fanów. Aktorzy zagrali świetnie, zarówno dawna ekipa jak i nowy duet na piątkę. Efekty specjalne, których tak bardzo nie lubię komentować, zapierały dech w piersiach. Często dałbym głowę, że użyto prawdziwego X-winga, albo autentycznych pocisków laserowych. Było również kilka prawdziwych lokalizacji, więc plus za nieużywanie studia z zielonymi ścianami. I te sceny bitewne statków kosmicznych. Niesamowita dynamika i realizm, prawdopodobnie największy atut filmu. Nie muszę chyba wspominać o kapitalnej ścieżce dźwiękowej.
X-wing kontra TIE fighter.
Koniec końców nic nie przywróci dawnych Gwiezdnych Wojen. Ale ja chcę kontynuacji i to co dostałem dziś mnie satysfakcjonuje. Jeśli Abrams przestanie wchodzić w tyłek wszystkim fanom sagi i skupi się na stworzeniu dobrego sci-fi z wykorzystaniem, a nie eksploatacją uniwersum, to Rogue One będzie jeszcze lepszym filmem. Jak tytuł sugeruje Przebudzenie Mocy to dopiero początek.
Matrix to nowe kino dla młodych ludzi. To kino pokolenia Y bez dwóch zdań. Pełnoprawny kandydat na klasyka naszej generacji i powinniśmy być z tego dumni. Kiedyś będziemy mogli powiedzieć, że za naszych czasów to było kino! Epickie w czystej postaci, zapierające dech w piersiach i pionierskie w każdym calu. Matrix już teraz widnieje na pierwszym miejscu rankingu Filmweba i piątym miejscu rankingu IMDB. W moim osobistym rankingu przegrywa tylko z Odyseją kosmiczną, a nieskromnie przyznam, że sci-fi się naoglądałem. Wykorzystuje wszystkie cechy gatunku, jak między innymi efekty specjalne i wizje futurystyczne, podnosząc przy tym poprzeczkę o kilka pięter. Żaden film od tej pory nie dokonał takiego poruszenia na scenie filmowej i nie podjął tematu konspiracyjno-fatalistycznego osiągając podobny sukces czy nawet zachwycając zwykle bezlitosną krytykę. Był pierwszy i wciąż jest najlepszy. Już się w historii zapisał. Już jest za późno, czy tego chcesz czy nie.
Może trudno w to uwierzyć, ale pierwsza część ma już 16 lat. Za dwa lata może legalnie spożywać alkohol. A efekty specjalne wciąż robią wrażenie, akcja nadal zdumiewa, film niezmiennie spoczywa na piedestale. Zachowuje aktualność mimo mijających dekad.
9. Animatrix
Animatrix to animowane wariacje na temat Matrixa, jak sugeruje nazwa. Jest to przedłużenie uniwersum, przedłużenie zajebistości, w dziewięciu odcinkach. Jeden opowiada o genezie programu i historii przed matrixem, inny o historii statku, który ostrzegł o mobilizacji maszyn na ofensywę przeciw ludziom, kolejny o historii Kida, młodocianego bohatera bitwy o Syjon. Wszystkie opisują fragment świata przedstawionego w trylogii. Cztery z nich wyreżyserowane są przez duet spokrewnionych ze sobą twórców, reszta została oddana w ręce reżyserów z całego świata. Każda jest w innym stylu, posiada inną koncepcję i styl animacji, ale co je spaja to dostrzeżony geniusz historii Wachowskich. To fan-fiction w oficjalnej Warnerowej animacji. Prawdziwa gratka dla entuzjastów trylogii i hołd dla reżyserów.
Animacje są brudne, cyberpunkowe, więc nawiązują do prawdziwego Anime (japońskie bajki dla dorosłych, w skrócie), które wcześniej zainspirowały Wachowskich do napisania scenariusza. Jakie wspaniałe koło adoracji. W pozytywnym sensie, ma się rozumieć. Tutaj, trzeba przyznać, ignorujące grawitację bijatyki wyglądają autentyczniej, co jedynie utwierdza w przekonaniu jak świetną robotę zrobili Wachowscy przenosząc je na barki prawdziwych aktorów i speców od efektów. To spełnione marzenie nerdów na całym świecie.
10. Trylogia
Mimo, że cały czas odnoszę się do trylogii to i tak poświęcę jej osobny paragraf w kontrofensywie na spodziewany zarzut idealizowania jedynie pierwszej części. Jakkolwiek bym chciał, aby było inaczej, to nawet wewnątrz trylogii są trzy osobne filmy. Są wyodrębnionymi dziełami i tylko pewne elementy spajają je w całość. Są ściśle związane fabularnie, to oczywiste. Stoją natomiast w pewnej dysproporcji. Mianowicie dwie kolejne części kręcone były wspólnie i dopiero w montażowni rozdzielono je na dwa filmy. Nie udałoby się opowiedzieć tak rozległej historii w jednym filmie. Dlatego opinia krytyczna lubi rozdzielać je na opozycje, arcydzieła i sensacyjnej kontynuacji. Nic bardziej błędnego. Wspominałem już, że Matrix to od początku była trylogia, a kolejne dwie części stanowią nic, jak tylko naturalną kolej rzeczy. Bylibyście usatysfakcjonowani po wprowadzeniu w uniwersum Matrixa, by po pokonaniu jednego, zaledwie, agenta i zapowiedzi wyzwolenia całej ludzkości Neo po prostu odleciał sobie w niebo i na tym byłby koniec? Ja wiem, że nie. Poza tym historia, aż prosi się o kontynuację. Tyle mowy o wybrańcu, o przepowiedni, o ostatnim ludzkim mieście pod ziemią, żeby nawet nie otrzeć się o temat?
Nie czarujmy się, mawia Peja, więc nie będziemy się czarować. Choć pierwsza część jest faktycznie najlepsza, to przy poziomie jaki wyznaczyła druga i trzecia wciąż pozostają niedoścignione. Sceny walk są jeszcze efektowniejsze i bardziej pomysłowe. Jest również 10-minutowa scena pościgu, która zawiera przepiękne Ducati 996. Na jej potrzeby zbudowano ponad dwukilometrowy odcinek autostrady! A całość oczywiście kończy się wielką eksplozją i tryumfem tych dobrych. I to jest niesamowite w Matrixie - przemawia do części intelektualnej i prymitywnej. Każdy ma przynajmniej tą drugą.
Zresztą pierwsza część wydaje się być prologiem, jeśli spojrzymy na zakończenie trylogii. Neo nie mógł zdobyć całej tej siły, po to, by jej nie użyć. Wojna przenosi się do świata prawdziwego i nagle nasz superbohater zdzierany jest z nadprzyrodzonych zdolności manipulacji prawami fizyki. Główny czarny charakter wyrywa się spod zwierzchnictwa i wnika do prawdziwego świata. Grupa Nabuchodonozora jest osią wydarzeń w wielkiej bitwie o Syjon, podczas gdy wybraniec pertraktuje pokój z maszynami. Trzeba przyznać, że nie brzmi to jak fabuła kolejnego odsmażonego kotleta. To jest piękny dramat sci-fi z moralnymi rozterkami i próbą rozgryzienia zagadnienia człowieczeństwa, po raz setny powtórzę!
11. Mózg w naczyniu
Filozoficzna koncepcja sceptycyzmu autorstwa Hilarego Putnama, nie wykluczająca interpretacji otaczającego nas świata za wytwór [szalonego] naukowca, który umieścił nasz mózg w naczyniu i poddał go działaniu symulacji. Skąd mamy wiedzieć czy nie jesteśmy mózgiem w naczyniu? Czy samo myślenie o tym jest wskazówką o syntetyczności klawiatury, po której właśnie stukam? A wszystkie osoby, do których adresuje ten tekst są jedynie sfabrykowanym bodźcem?
Wachowscy wykorzystali tę zatrważającą koncepcję w najlepszy sposób z możliwych, czyli w thrillerze fikcji naukowej. I rozważają. "Ignorance is bliss", mówi Cypher w pewnym momencie, żałując, że nie wybrał niebieskiej pigułki. Może lepiej nie znać prawdy? Co, jeśli Neo nie wyzwala, a więzi w rzeczywistości wbrew woli? Agent Smith w ostatniej scenie pyta: "Why, Mr. Anderson, why do you do this, why get up, why keep fighting?", sugerując później, że życie ludzkie jest znaczenia, bez wyraźnego celu. Odpowiedź brzmi: "Because I choose to". Ponieważ taka jest jego wola. Wachowscy wybierają czerwoną pigułkę i pokazują nam walkę o wolność i autonomię. Wybór między pigułkami w rękach Morfeusza, należącego do ludzkiego ruchu oporu, to symbol. Każdy powinien być postawiony przed wyborem. Wybór to świadomość, a świadomość to wolność. Film traktuje o sytuacji bez wyboru, o stawianiu przed faktem dokonanym. O niewoli. O mózgu w naczyniu, o świecie zaprojektowanym do uciemiężania.
12. Podróż bohatera
Pamiętacie, jak mówiłem o przemyślanej konstrukcji? Matrix spełnia wszystkiego wymogi archetypu bohatera, autorstwa Josepha Campbella. W skrócie. To humanista, badający m.in. religie i mitologie. Zauważył w nich dwanaście etapów podróży bohatera, które jednak rzadko spełniane są w całości. Matrix spełnia je wszystkie. Co to oznacza dla filmu? Widoczne wzorowanie się na konstrukcji mitologii oznacza podążanie ich zamysłem i sposobem dociekania. Mity starają się wyjaśnić zasadność ludzkiego bytu. To samo przeprowadzają Wachowscy m.in. w licznych dialogach z Neo z Agentem Smithem czy z Architektem. Matrix to nowoczesny mit, a on nie potrzebuje twardego realizmu tylko niezliczonych metafor i symboli nawiązujących do całości ludzkości. Proste.
Zresztą podobne ciągotki widać również w kolejnych produkcjach Wachowskich, a w szczególności a Atlasie chmur. Wyczuwalny nastrój kryzysu egzystencjalnego może mieć również pewien związek z chęcią zmiany płci jednego z reżyserów podczas kręcenia trylogii, ale w tę stronę nie pójdę, bo nie chcę spekulować o czymś, na czym się nie znam.
13. Obsada
"Po warunkach" określa się obsadę, która pasuje do swojej roli jak ulał. Spójrzmy raz jeszcze na tę mordkę. Czy on nie pasuje idealnie do roli siermięgi-komputerowca wyciągniętego ze strefy komfortu, aby walczyć o ludzkość? Pasuje idealnie. Oczywiście kostiumy robią swoje, ale tych mechanicznych ruchów głowy i dziwnego stylu biegania nie da sie podrobić. Szepcze swoje kwestie i powieka mu nie drgnie w reakcji na największy komplement czy obelgę. Idealny materiał na wybrańca. Podobnie jest z Trinity. Nie wiem czy uśmiecha się choć raz przez całą trylogię, a sylwetkę ma, słowo daję, jak z żelaza. Najwięcej charakteru jednak nadaje jej dziwnie pociągająca żyła na czole. Morfeusz posiada coś z ojca-opiekuna, ciepło, ale i ostrą dyscyplinę. Wiarę we własne ideały ma wypisane na twarzy. A Cypher to łotr na pierwszy rzut oka. Brawa za casting, ktoś miał nosa.
14. Monica Bellucci
Argument ostatni, ale nie najmniej ważny. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej. I ten francuski akcent!
Hm... Hm... A zatem dlaczego Matrix wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego, gdy oglądamy heroiczne, brawurowe wyczyny Neo, wzbiera w nas poryw? Dlatego, panowie, że Matrix wielkim filmem był! Wielkim filmem! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego oglądamy? Bo był wielkim filmem. Wielkim filmem był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze do głowy.
Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale pewnego pięknego melanżu powstała nagonka na mnie i mój gust filmowy. Rozchodziło się ocenę jednego konkretnego filmu. Zostałem zmuszony do tłumaczenia się ze swojej sympatii do Matrixa, a już "w ogóle całej trylogii". Biedny ja. Zbyłem agresorów, ale jak się okazało - chwilowo. "Czekamy" - zostało rzucone złowieszczo w próbie publicznego zaszczucia. Beka została ze mnie kręcona, a rękawiczka rzucona. Przyjmuję ją godnie, bo jest to wyzwanie proste jak bułka z masłem. Nie czułem nigdy potrzeby tłumaczenia się ze swoich gustów. Ale Matrix broni się sam, jeśli zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Uznałem więc, że to znakomita okazja, aby nie tylko zamknąć jadaczki moim koleżkom, ale i przybliżyć wszystkim hejterom dlaczego Matrix wielkim filmem jest. Podaję ku temu irytująco nieokrągłą liczbę czternastu sążnistych argumentów, a wyżej wspomnianych gagatków zachęcam do polemiki.
1. "Matriks"
Piętno, które wywarł ten film na postrzeganie efektownych bijatyk, ma tak na imię. Młode pokolenie, czyli moje, nie wie o czym jest film, czy w ogóle był o czymś, ale bieganie po ścianie i zawisanie w powietrzu kojarzy znakomicie. Nazywa to "matriksem". Niech będzie i tak, wyróżnienie na miarę przyzwyczajonego do płaskich akcyjniaków, niewyczuwającego zupełnie drugiego dna, przeciętnego odbiorcy. Smuci mnie to, ale docenić akcję trzeba, bo sceny walki są pierwszej klasy. Przepis na sukces Wachowskich, to zatrudnienie mistrza wschodnich sztuk walki - Yuen Woo-Ping. Wszyscy aktorzy przeszli gruntowny trening, kości chrobotały, karki się nadwyrężały, ale obsada była zadowolona. I jaki jest efekt? Nie ma odwracania głowy od kamery. Jak Keanu kopnie, wiem, że to był Keanu, a nie kaskader z jego fryzurą. W arcydziele nie ma kompromisów, a kompromisem są kaskaderzy na uprzężach. Plaga filmów naśladujących Matrixa wpadła w tę pułapkę.
2. Lateks
Będąc zaprojektowana jako wyraźnie odróżniająca się od szarego i ponurego Syjonu zielona rzeczywistość, potrzebowała wyraźnej barykady. Jest nią przede wszystkim otoczenie, czyli miejska dżungla, pełna budek telefonicznych. O to nie trudno, skoro część fabuły z akcją realną odbywa się pod ziemią. Drugi element to skórzane płaszcze, ciemne okulary i lateks. Skoro już bohaterowie posiadają znajomość wszystkich sztuk walki i obsługę maszyn militarnych w jednym paluszku, niech ubierają się adekwatnie wyróżniająco. Między tłumem umysłów wciąż podłączonych, a ekipą Nabuchodonozora jest wyraźna rozbieżność, dzięki temu reżyserzy nie muszą nam tłumaczyć kto jest z kim i przeciwko komu. Umiejętne posługiwanie się sztuczkami innym, niż dźwięk i filtr, które kochają filmy amerykańskie, to zawsze plus. Zresztą, tego typu ubiór stał się ikoną nie tylko filmu, ale i całego pokolenia. Symbolem walki z systemem, buntu przeciwko ignorancji i niewiedzy. A Kukiz wciąż w bluzie z kapturem.
Mimo, że sama koncepcja brzmi jak strzał w kolano, to Wachowskim udało się ją przeprowadzić bez grożącej obrazowi groteski. Należy docenić wyczucie smaku jakim posługiwali się autorzy, ubierając swoich aktorów w lateks i każąc im robić przewroty w tył do podkładu dźwiękowego Prodigy i P.O.D., wciąż nie ośmieszając przebijającej między wersami powagi. Wszystko funkcjonuje w fantastycznej równowadze. Również dzięki grze aktorskiej, do czego jeszcze przejdę.
3. Dzieło życia
Rodzeństwo Larry (Lana) i Andy Wachowscy
Ciekawa jest historia powstania trylogii. Otóż Andy i wówczas Larry (obecnie Lana) napisali Matrixa. Przewidzieli tę historię na filmową długość trylogii i z gotowym scenopisem powędrowali do Warner Bros.'a. Tam powiedzieli, że mają swoje dzieło życia, gwarantowany sukces, ale potrzebują 200 milionów na pierwszą część. Dyrekcja nerwowo się zaśmiała. Skończyło się na tym, że Wachowscy na próbę mieli machnąć film, aby udowodnić swoje możliwości dla pewności, że dziewięciocyfrowa kwota nie trafi w błoto. Chłopaki więc machnęli ów film i nazywa się on Brudne pieniądze. Traktuje o dwóch lesbijkach (zwiastun późniejszej przemiany Lany) kradnących pieniądze okrutnym gangsterom i widać w nim wyraźne początki techniki, którą później wykorzystano w trylogii. Podobna muzyka, unosząca się kamera i wartkość akcji. I puf! Tak 3 lata później do kin wszedł Matrix. Fala świeżego powietrza w kinematografii, napływ nieznanej do tej pory atmosfery.
Składał się on z zespołu pomysłów, które Wachowskim po głowach chodziły od dawna. Duża ilość oglądanych anime, fikcji naukowych, filmów walki i przeczytanej filozofii wystarczy, aby samemu napisać niesamowity scenariusz. Mieli na to wiele lat, więc jest on doszlifowany jak diament. Nie posiada żadnych wewnętrznych konfliktów, żadnych niedociągnięć, a wszystkie wydarzenia mają pełną argumentację mimo, że w dwóch godzinach filmów stawia się fundamenty niesamowicie oryginalnego uniwersum. Fundamenty osobnego świata, działającego na własnych, zupełnie odmiennych zasadach.
To nie scenariusz filmowego rzemieślnika, tylko arcydzieło zapaleńca.
4. Autentyczność i nowoczesność
Dlaczego jednak, wracając do poprzedniego wątku, nastało takie poruszenie wśród młodzieży? Dlaczego tak niepozorny akcyjniak, w którym ludzie w czarnych okularach biegają po ścianach, narobił takiego rabanu? Ponieważ był ich blisko. Dotyczył sieci komputerowej, a nie oklepanej sztucznej inteligencji czy obślizgłych kreatur z odległej przestrzeni kosmicznej. W roku 1999 minęła prawie dekada, od kiedy Internet nabrał komercyjnego rozpędu. Zamieszkał w każdym amerykańskim domu. Pokazał swe możliwości i przeraził swoimi zagrożeniami. Zagościł się na dobre, a my zgodziliśmy się bezrefleksyjnie na jego dobrodziejstwa. A co jeśli jesteś obserwowany przez nieznanych agentów? Każdy twój ruch monitorowany? Mogą zrobić nalot w twojej pracy, a przez samą działalność w sieci mają wystarczająco paragrafów, żeby posadzić cię na sto lat. Jesteś obserwowany i wykorzystywany. To realne zagrożenia, o nieładnym określeniu teorii spiskowej, o których młodzież chciała słuchać. A Matrix był pierwszy. Nikt wcześniej na taką skalę nie wyłożył problemu inwigilacji w języku młodzieży, czyli filmie sci-fi. Widzisz, bijatyki i lateks to tylko opakowanie.
Pomimo 16 lat karku, film jest wciąż aktualny, a ta tematyka wraca w kolejnych produkcjach Wachowskich. To bardzo na czasie twórcy ze świeżymi pomysłami, nie ci zapatrzeni w archaiczny model obcego najeźdźcy i jednoczącej się ludności w walce z nieznanym, najczęściej jednak pochodzącym z kosmosu. Mamy dosyć, chcemy czegoś nowego. Wachowscy to zapewniają.
5. Symbolika
Morfeusz występuje tu w roli orędownika wolności, który nie tylko walczy z systemem wewnątrz matrixa, ale również odłącza co silniejsze umysły i przenosi je do podziemnego Syjonu, ostatniego ludzkiego miasta. Brzmi znajomo? Neo to oczywiście wybrany, który według przepowiedni uwolni gatunek ludzki z niewoli. Wielopoziomowa symbolika trwa w nieskończoność, a nawiązania do Biblii i historii powszechnej to tylko fragment.
Na innym poziomie, często mowa jest o ludziach uwikłanych w swoją karierę służbową, pogoń za pieniędzmi i sławą, ku satysfakcji ego i, w domyśle, nieświadomemu służeniu wyższemu złu, czyli prawdopodobnie w boksach korporacji (z której mr. Anderson się wyrwał) w jednakowo nudnych garniturach i krawatach - na podobieństwo osób uśpionych w macierzy, podpiętych szeregowo do snu łudząco przypominającego rzeczywistość, swoją ciepłotą zapewniając energię elektryczną nieznanej formacji. Ciemne okulary noszone przez każdego w Matrixie są symbolem nieobecności i tajemniczości. Ich tu nie ma, to cyfrowa wizualizacja ego, stworzona przez ich umysły na potrzeby programu. To również symbol władzy, dlatego w odróżnieniu od szarego tłumu zarówno oni, jak i agenci je noszą. Dlatego również gdy Agent Smith dostaje wpierdziel od Neo, ten jednym ciosem skopuje mu je z twarzy w symbolu detronizacji.
Przykładów mnożyć można w setki (symbolizm z chrześcijaństwa, symbolika imion i symbolika wizualno-ideologiczna - w sieci jest tego dużo więcej), ponieważ film jest nimi naszpikowany, więc nie będę poświęcał im więcej czasu. Tym właśnie charakteryzuje się arcydzieło - wielopoziomowością i niebezpośrednim językiem wyrazu. Morfeusz często nawiązuje do Alicji w krainie czarów, ponieważ nie wszystko jest takie, jakie jawi się na pierwszy rzut oka. Nie zastanawiałeś się kiedyś co jest po drugiej stronie lustra? Mirażu akcyjnej, lateksowej otoczki? Czy przypadkiem reżyserzy nie przemawiają do nas sensownie nieco bardziej hollywoodzkimi słowami?
6. Najlepszy monolog wszech czasów
Tak, dobrze usłyszeliście. Monolog, w którym Agent Smith dzieli się swoimi przemyśleniami na temat ludzkości. Dość trafne wnioski, jak na sztuczną inteligencję.
W razie, gdyby YouTube zdjął film z powodu praw autorskich, oto transkrypcja:
I'd like to share a revelation that I've had during my time here. It came to me when I tried to classify your species. I've realized that you are not actually mammals. Every mammal on this planet instinctively develops a natural equilibrium with the surrounding environment. But you humans do not. You move to an area and you multiply and multiply until every natural resource is consumed and the only way you can survive is to spread to another area. There is another organism on this planet that follows the same pattern. Do you know what it is? A virus. Human beings are a disease, a cancer of this planet. You are a plague. And we are... the cure.
W skrócie: próbując sklasyfikować ludzki gatunek, Smith uznał, że nie jesteśmy ssakami, które w ekosystemie współpracują z przyrodą, ale wirusem, ponieważ eksploatujemy fragment planety i rozmnażamy się na kolejny.
Pełna scena w filmie jest wypełniona równie ciekawymi spostrzeżeniami, ale ten minutowy fragment to wisienka na torcie bądź co bądź intelektualnej postaci Smitha. To koronny argument, dla którego ludzkości, według maszyn, nie należy się nawet cal ziemskiej przestrzeni. Zresztą wątek ten, do czego jeszcze przejdę, rozwinięty został w The Animatrix.
A więc Wachowscy rozwodzili się nie tylko nad przyziemnymi kwestiami, typowymi dla nurtu cyberpunkowego - grupka przeciw korporacji i hegemoni inwigilacyjnej, ale też sensem istnienia ludzkości i jej wątpliwej przyszłości. Dlatego właśnie ludzie zeszli pod ziemię i tam stworzyli ostatnią barykadę przeciw maszynom - ponieważ na nic innego nie zasługiwali. [SPOILER] Jak się dowiemy po obejrzeniu trylogii, wojna z maszynami zakończy się pokojem, którego trwałość od początku opatrzona komentarzem wypełnionym wątpliwością. Wachowscy nie tylko zadają pytania, ale i proponują odpowiedzi. Po raz kolejny - oznaka dzieła pełnego, czyli przemyślanego.
7. Nostalgia
Sztandarowy przykład przekłamanej recepcji w przypływie nostalgicznych wspomnień - Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja (Stany Zjednoczone 1977) w reż. George'a Lucasa. Na zdj. Mark Hamill jako Luke Skywalker.
Głęboka, słodka nostalgia. Nie ukrywajmy, że cały hajp na nowe Gwiezdne Wojny pochodzi z tego przedziwnego uczucia. Stara trylogia to nic w porównaniu do Zemsty Sithów, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że Nowa Nadzieja i koniec. Bo oglądali z tatusiami w kinach "za dzieciaka" i koniec tematu (co złego to nie ja, jestem największym fanem wszystkich Gwiezdnych Wojen, ale nie oszukujmy się - stara trylogia nie była lepsza). Nie wiemy czemu, ale chcemy, pragniemy, nie możemy się oprzeć, by nie wrócić do tytułu. To wcale nie czyni go lepszym. Czyni go, kurwa, nietykalnym. Niech nikt słowa złego nie powie, bo do gardła skoczę - tak to mniej więcej wygląda. Przypomina to trochę obelgę w kierunku któregoś z rodziców. Niby nic strasznego, ale konflikt wkracza na inny poziom.
Odbiegłem trochę. Wystarczy, że tytuł zapracował na pozytywne wspomnienie dzieciństwa/dorastania/lepszych czasów, a już jawi jako atrakcyjniejszy. Nie zwracałeś wtedy uwagi na mankamenty, tylko tkwiłeś zahipnotyzowany, z jakiegoś powodu, przed ekranem. Wady znikają, zalety się wyolbrzymiają i śmiać ci się chce, jak ktoś powie, że Powrót do przeszłości jest tak naprawdę fatalnym filmem. Nie jest dla ciebie, więc nie jest w ogóle. A do Matrixa czuję ogromny sentyment.
Kolejne siedem niezwykle rzeczowych argumentów niebawem!
Kadr z filmu Człowiek z blizną (Stany Zjednoczone 1983) w reż. Briana De Palma.
Czasami film pamiętamy dzięki roli głównego aktora, czasami dzięki ścieżce muzycznej. Zdarza się jednak, że jest ta jedna scena, ten jeden monolog, który w pamięci cytujemy na okrągło. Odbija się echem i nie opuszcza. Wracamy później do konkretnej sceny z filmu, by zobaczyć jeszcze raz popis aktora, dokładne słowa ze scenariusza. Oto mój wybór dziesięciu takich scen.
1. The Matrix (Stany Zjednoczone 1999, reż. Andy i Lana Wachowscy)
Najlepszy monolog w historii kina, bez dwóch zdań. Są to przemyślenia Agenta Smitha (Hugo Weavinga) nad ludzkim gatunkiem i ich klasyfikacją. Każde słowo złote, jeszcze lepszy popis aktora.
Zaczyna się od 1:50.
I'd like to share a revelation that I've had during my time here. It came to me when I tried to classify your species. I've realized that you are not actually mammals. Every mammal on this planet instinctively develops a natural equilibrium with the surrounding environment. But you humans do not. You move to an area and you multiply and multiply until every natural resource is consumed and the only way you can survive is to spread to another area. There is another organism on this planet that follows the same pattern. Do you know what it is? A virus. Human beings are a disease, a cancer of this planet. You are a plague. And we are... the cure.
Najbardziej otwierający oczy monolog wszech czasów. Gdyby tylko ktoś naliczył ile razy był on cytowany w filmach, książkach i artykułach! Niezwykła charyzma Petera Fincha.
Zaczyna się w 1:00.
I don't have to tell you things are bad. Everybody knows things are bad. It's a depression. Everybody's out of work or scared of losing their job. The dollar buys a nickel's worth. Banks are going bust. Shopkeepers keep a gun under the counter. Punks are running wild in the street and there's nobody anywhere who seems to know what to do, and there's no end to it. We know the air is unfit to breathe and our food is unfit to eat, and we sit watching our TVs while some local newscaster tells us that today we had fifteen homicides and sixty-three violent crimes, as if that's the way it's supposed to be.
We know things are bad — worse than bad. They're crazy. It's like everything everywhere is going crazy, so we don't go out anymore. We sit in the house, and slowly the world we are living in is getting smaller, and all we say is: 'Please, at least leave us alone in our living rooms. Let me have my toaster and my TV and my steel-belted radials and I won't say anything. Just leave us alone.'
Well, I'm not gonna leave you alone. I want you to get MAD! I don't want you to protest. I don't want you to riot — I don't want you to write to your congressman, because I wouldn't know what to tell you to write. I don't know what to do about the depression and the inflation and the Russians and the crime in the street. All I know is that first you've got to get mad. [shouting] You've got to say: 'I'm a human being, god-dammit! My life has value!' (...)
3. Człowiek z blizną (Stany Zjednoczone 1983, reż. Brian De Palma)
Naćpany Tony Montana (Al Pacino) żali się na żonę, ale szybko przeradza się to w tyradę całej klasy wyższej i opinii publicznej. Absolutny popis Ala, zresztą jeden z wielu w tym filmie.
What you lookin' at? You all a bunch of fuckin' assholes. You know why? You don't have the guts to be what you wanna be. You need people like me. You need people like me so you can point your fuckin' fingers and say, "That's the bad guy." So... what that make you? Good? You're not good. You just know how to hide, how to lie. Me, I don't have that problem. Me, I always tell the truth. Even when I lie. So say good night to the bad guy! Come on. The last time you gonna see a bad guy like this again, let me tell you. Come on. Make way for the bad guy. There's a bad guy comin' through! Better get outta his way!
Każdy z filmów o Rockym posiada niezwykły potencjał motywacyjny. Jest kilka monologów, ale ten najbardziej chwyta za serce i pozostawia bez słowa. Sylvester po raz kolejny udowadnia swoją wartość nie tylko aktorską, ale i reżyserską.
Zaczyna się w 0:40.
Let me tell you something you already know. The world ain't all sunshine and rainbows. It's a very mean and nasty place, and I don't care how tough you are, it will beat you to your knees and keep you there permanently if you let it. You, me, or nobody is gonna hit as hard as life. But it ain't about how hard you hit. It's about how hard you can get hit and keep moving forward; how much you can take and keep moving forward. That's how winning is done! Now, if you know what you're worth, then go out and get what you're worth. But you gotta be willing to take the hits, and not pointing fingers saying you ain't where you wanna be because of him, or her, or anybody. Cowards do that and that ain't you. You're better than that! I'm always gonna love you, no matter what. No matter what happens. You're my son and you're my blood. You're the best thing in my life. But until you start believing in yourself, you ain't gonna have a life.
5. W pogoni za szczęściem (Stany Zjednoczone 2006, reż. Gabriele Muccino)
Bardzo smutna opowieść o historii od zera do bohatera, czyli jak ojciec z synem próbują osiągnąć godne życie. Wypowiedź krótka, ale przepiękna. Zresztą Will Smith ma smykałkę do krótkiego, lecz treściwego motywowania. Polecam pełny film, ale uprzedzam, że może rozłożyć nawet największego twardziela.
Zaczyna się od 1:00.
Don't ever let someone tell you you can't do something. Not even me. All right?
Film obrazoburczy i nonszalancki, a ten monolog jest jego kwintesencją. Wyciąga najgorsze brudy na temat człowieka stojącego u progu milenium. W stylu Wall Street, dziecino. Polecam film, chociażby dla sceny kulminacyjnej, gdy John Milton (Al Pacino) wyjawia prawdę na swój temat. 10/10, prawdziwe filmowe zjawisko.
Eddie Barzoon! Eddie Barzoon! Ha! I nursed him through two divorces, a cocaine rehab, and a pregnant receptionist. God's creature, right? God's special creature. I've warned him, Kevin. I've warned him every step of the way. Watching him bounce around like a fucking game. Like a wind-up toy. Like 250 pounds of self-serving greed on wheels. The next thousand years is right around the corner. Eddie Barzoon... take a good look, because he's the poster child for the next millennium. These people, it's no mystery where they come from.
You sharpen the human appetite to the point where it can split atoms with its desire. You build egos the size of cathedrals. Fiber-optically connect the world to every eager impulse. Grease even the dullest dreams with these dollar-green gold-plated fantasies until every human becomes an aspiring emperor, becomes his own god. Where can you go from there? As we're scrambling from one deal to the next, who's got his eye on the planet? As the air thickens, the water sours, even bees' honey takes on the metallic taste of radioactivity... and it just keeps coming, faster and faster. There's no chance to think, to prepare; it's buy futures, sell futures... when there is no future. We got a runaway train, boy. We got a billion Eddie Barzoons all jogging into the future. Every one of them is getting ready to fistfuck God's ex-planet, lick their fingers clean, as they reach out toward their pristine, cybernetic keyboards to tote up their fucking billable hours. And then it hits home. You got to pay your own way, Eddie. It's a little late in the game to buy out now. Your belly's too full, your dick is sore, your eyes are bloodshot and you're screaming for someone to help. But guess what — there's no one there! You're all alone, Eddie. You're God's special little creature. Maybe it's true. Maybe God threw the dice once too often. Maybe He let us all down.
7. Requiem dla snu (Stany Zjednoczone, reż. Darren Aronofsky)
Smutny jak cholera, ale prawdziwy bardziej. Nagrany i zmontowany metodami, które wyżymają umysł do sucha. Mało dialogów i monologów, ale ten to złoto - o samotności i potrzebie uwagi.
Harold, I'm gonna be on television.
(...) I'm somebody now, Harry. Everybody likes me. Soon, millions of people will see me and they'll all like me. I'll tell them about you, and your father, how good he was to us. Remember? It's a reason to get up in the morning. It's a reason to lose weight, to fit in the red dress. It's a reason to smile. It makes tomorrow all right. What have I got Harry, hm? Why should I even make the bed, or wash the dishes? I do them, but why should I? I'm alone. Your father's gone, you're gone. I got no one to care for. What have I got, Harry? I'm lonely. I'm old. Now when I get the sun, I smile.
(...) I like the way I feel. I like thinking about the red dress and the television and you and your father. Now when I get the sun, I smile.
8. Dyktator (Stany Zjednoczone 1940, reż. Charles Chaplin)
Pierwszy występ w filmie dźwiękowym i od razu genialny monolog. Przemowa wówczas ogromnie ważna, bo aktualna. Rok 1940 i Chaplin parodiuje Hitlera, po czym staje nieruchomo przed kamerą i przypomina ludziom czym jest miłość i współczucie, w tym niezwykle silnym przekazie. Długie, ale naprawdę warto.
I'm sorry, but I don't want to be an emperor. That's not my business. I don't want to rule or conquer anyone. I should like to help everyone, if possible, Jew, gentile, black man, white. We all want to help one another. Human beings are like that. We want to live by each other's happiness — not by each other's misery. We don't want to hate and despise one another.
In this world there is room for everyone. And the good earth is rich and can provide for everyone. The way of life can be free and beautiful, but we have lost the way. Greed has poisoned men's souls, has barricaded the world with hate, has goose-stepped us into misery and bloodshed. We have developed speed, but we have shut ourselves in. Machinery that gives abundance has left us in want. Our knowledge has made us cynical. Our cleverness, hard and unkind. We think too much and feel too little. More than machinery we need humanity. More than cleverness we need kindness and gentleness. Without these qualities, life will be violent and all will be lost.
The aeroplane and the radio have brought us closer together. The very nature of these inventions cries out for the goodness in men, cries out for universal brotherhood, for the unity of us all. Even now my voice is reaching millions throughout the world — millions of despairing men, women and little children — victims of a system that makes men torture and imprison innocent people. To those who can hear me, I say — do not despair. The misery that is now upon us is but the passing of greed — the bitterness of men who fear the way of human progress. The hate of men will pass, and dictators die, and the power they took from the people will return to the people and so long as men die, liberty will never perish.
Soldiers! Don't give yourselves to brutes — men who despise you — enslave you — who regiment your lives — tell you what to do — what to think or what to feel! Who drill you, diet you, treat you like cattle, use you as cannon fodder. Don't give yourselves to these unnatural men — machine men with machine minds and machine hearts! You are not machines! You are not cattle! You are men! You have the love of humanity in your hearts. You don't hate! Only the unloved hate — the unloved and the unnatural!
Soldiers! Don't fight for slavery! Fight for liberty! In the 17th Chapter of St. Luke it is written: "the Kingdom of God is within man" — not one man nor a group of men, but in all men! In you! You, the people have the power — the power to create machines. The power to create happiness! You, the people, have the power to make this life free and beautiful, to make this life a wonderful adventure.
Then, in the name of democracy, let us use that power! Let us all unite! Let us fight for a new world, a decent world that will give men a chance to work, that will give youth the future and old age a security. By the promise of these things, brutes have risen to power, but they lie! They do not fulfill their promise; they never will. Dictators free themselves, but they enslave the people! Now, let us fight to fulfill that promise! Let us fight to free the world, to do away with national barriers, to do away with greed, with hate and intolerance. Let us fight for a world of reason, a world where science and progress will lead to all men's happiness.
Soldiers! In the name of democracy, let us all unite!
9. Informator (Stany Zjednoczone 1999, reż. Michael Mann)
Zapierający dech w piersiach dialog Ala Pacino i Russella Crowe'a. Nierówna walka z koncernem tytoniowym z perspektywy przegrywającej jednostki.
Jeffrey Wigand: A can opener! A $39.95 can opener. I cancelled payment... it was junk. You ever bounce a check, Lowell? You ever look at another woman's tits? You ever cheat a little on your taxes? Whose life, if you look at it under a microscope, doesn't have any flaws...? Lowell Bergman: Well that's the whole point, Jeffrey. That's the whole point. Anyone's. Everyone's. They are gonna look under every rock, dig up every flaw, every mistake you've ever made. They are going to distort and exaggerate everything you've ever done, man. Don't you understand? Jeffrey Wigand: What does this have to do with my testimony? Lowell Bergman: That's not the point. Jeffrey Wigand: What does this have to do with my testimony? I told the truth! It's valid and true and provable...! Lowell Bergman: That's not the fucking point, whether you told the truth or not!... Hello? Jeffrey Wigand: I told the truth... I told the truth... I've got to teach class. I've got to go. I've got to teach class. Lowell Bergman: And I've got to refute every fucking accusation made in this report before The Wall Street Journal runs... I am trying to protect you, man. Jeffrey Wigand: Well, I hope you improve your batting average.
Nie jestem fanem Scotta, ale Łowca androidów mu się udał. Niesamowity nastrój, ładna równowaga między sci-fi a motywem miłosnym i oczywiście ten krótki monolog. Android bardziej ludzki niż człowiek. Szczerze wzruszające.
I've seen things you people wouldn't believe. Attack ships on fire off the shoulder of Orion. I've watched c-beams glitter in the dark near the Tannhäuser Gate. All those ... moments will be lost in time, like tears...in rain. Time to die.
Bonus - Brudny Harry (Stany Zjednoczone 1971, reż. Don Siegel)
Ani dialog, ani mowa motywacyjna, ale prawdopodobnie mój ulubiony filmowy cytat.
Zaczyna się w 1:45, ale cała scena warta obejrzenia.
(...) this is a .44 Magnum, the most powerful handgun in the world, and would blow your head clean off, you've got to ask yourself one question: "Do I feel lucky?" Well, do ya, punk?