piątek, 14 sierpnia 2015

15 polskich filmów czarno-białych, które musisz objerzeć | cz. 1/2

Nigdy nie ukrywałem swojego obrzydzenia do obecnej kinematografii głównego nurtu. Spójrzmy na rozkładówkę kina w pierwszym centrum handlowym. Większość to obraźliwe dla inteligencji produkcje amerykańskie, reszta to słabe polskie komedie romantyczne, wmawiające mi, że przeciętny polak jeździ szóstej serii BMW i mieszka w centrum Warszawy. Budzi to mój niesmak i niepokój. My, którzy posiadamy bogatą historię kina produkujemy takie głupoty? Oprócz daty bitwy pod Grunwaldem warto znać rodzimą kinematografie z czasów swej świetności.

W zamiarze miałem stworzenie zestawienia dziesięciu najlepszych Polskich filmów. Szybko okazało się żadnym sposobem nie zamknąłbym tej listy nawet w trzydziestu pozycjach. Polska kinematografia jest tak rozległa i niesamowita, że będę miał przyjemność podobnych list stworzyć kilka.

Tymczasem zajmujemy się kinem czarno-białym. Nie tylko ze względu na niezwykłą estetykę filmów czarno-białych, ale epokę, jaką pamiętały. Powojenne produkcje ruszyły pełną parą, jako znak dumy i niepodległości polskiej kinematografii. Polska Szkoła Filmowa, jak nazwa wskazuje, to nurt młodych wykształconych reżyserów, którzy stworzyli nowy standard w polskiej kinematografii, nie odbiegający jakością od sceny światowej. Mało tego - będący przykładem do naśladowania.

Pomijam naturalnie szlagiery, które każdy kojarzy z telewizji, jak Seksmisja czy Sami Swoi. Chcę przedstawić filmy, których nie wyświetla się rok w rok w czasie świąt, a powinno się, bo są arcydziełami i w pełni zasługują na publiczność, której nie posiadają. Cudzego nie chwal, swoje poznaj!

1. Popiół i diament (Polska 1958) - reż. Andrzej Wajda

Na zdj. Zbigniew Cybulski w kultowej scenie z kieliszkami spirytusu.

Prawdopodobnie najważniejszy polski film. Opiewany na zagranicznych festiwalach, wychwalany przez filmoznawców i co do przewidzenia - równie mocno krytykowany. Nie uważam, że jest najlepszym polskim film par excellence, ale nie mogło go zabraknąć na tej liście.

To historia żołnierza AK, odgrywanego przez Zbigniewa Cybulskiego, ikony Polskiej Szkoły Filmowej, który ostatniego dnia wojny zakochuje się w przepięknej barmance i ma wątpliwości moralne do prowadzonej walki zbrojnej i do kolejnej misji. Film jest ważny dlatego, że dzięki Cybulskiemu i Wajdzie wojna i partyzantka otrzymała zupełnie nowy wizerunek. Oto mamy młodego, dynamicznego aktora w ciemnych okularach, co samo w sobie było ewenementem, a wręcz dziwactwem, zachowaniem naśladującego Jamesa Deana, który gra akowca. Śmiertelnie poważny temat w ujęciu przystępnym dla publiczności, do której był kierowany. Dzięki temu został zapamiętany na lata.

Młodzi twórcy mieli dość patetyczności i sztywnego kina "starej szkoły". Wajda stworzył film o wyraźnie nietuzinkowym i humanistycznym nastawieniu. Teraz rozumiecie chyba, dlaczego wzbudza tyle skrajnych emocji? Udało mu się przy tym oddać odpowiedni szacunek wszystkim walczącym za niepodległą Polskę - scena podpalania kieliszków ze spirytusem jest doskonała. Temat wojny, co nie dziwi, był najpopularniejszy w kinie lat 1945-1970.

2. Matka Joanna od Aniołów (Polska 1961) - reż. Jerzy Kawalerowicz

Na zdj. Lucyna Winnicka w roli tytułowej Matki Joanny.

Film, który powinien obejrzeć każdy ceniący sobie estetykę w sztuce. Najlepiej sfotografowany polski film, co do tego nie mam wątpliwości. Kawalerowicz oddał go w ręce Jerzego Wójcika, uzdolnionego operatora odpowiedzialnego za zdjęcia do wielu produkcji, również z tej listy. Scenografia dobrana została idealnie, a kostiumy dopełniają piękna. Każdy kadr jest jak obraz, a całość wygląda oszałamiająco. Co więcej, zdjęcia te uchodziły wówczas za nowatorskie, podnosząc poprzeczkę dla każdej kolejnej produkcji.

Film traktuje o księdzu, który interweniuje w klasztorze pełnym [prawdopodobnie] opętanych sióstr. Trudno jednak, nie opisując fabuły, jednoznacznie stwierdzić o czym jest film. O złu, o potrzebie zrozumienia i poznania siebie, samospełnienia, usprawiedliwienia swojej egzystencji? Film podnosi te tematy biorąc rozterki bohaterów jedynie za pretekst. Niezwykłe spojrzenie na ludzką psychikę i duchowość. I wbrew pozorom nie jest to film antyreligijny, choć prawdopodobnie z takiego przypuszczenia trafił na ekrany bez problemu ze strony władz.

Pomimo swojej powagi jest tu jedna z najśmieszniejszych kwestii w polskim kinie. Bo zło jest duże i małe :D (minuta 1:26:53)

3. Kanał (Polska 1956) - reż. Andrzej Wajda

Na zdj. Teresa Iżewska i Tadeusz Janczar.

Najstarszy film z zestawienia. Ma się wrażenie większej aktualności - kwestii powstańców zamkniętych w kanałach, stamtąd walczących o stolicę. Jedna z produkcji, w której powaga tematu przyćmiewa wszystkie inne elementy filmu. Bynajmniej nie oznacza to, że jest źle nakręcony; inne elementy schodzą na po prostu na dalszy plan.

Jeden z pierwszych filmów Andrzeja Wajdy. Od samego początku reżyser był zainteresowany polską historią. Jak widać nawyk zawodowy pozostał do dziś. Wtedy jednak trudno było kręcić o czym innym. Wydawać by się mogło, że po pięciu latach wojny ludzie będą mieli dosyć wspominania. Jednak ilość filmów tematyki wojennej udowadnia jak wielki ślad w pamięci narodowej pozostawiła.

Wajda zawsze próbował spoglądać trochę inaczej na tematy wyniosłe. Bardziej przystępnie. Powstańcy, co widać na kadrze powyżej, są niemal hollywoodzkiej urody, a między nimi oczywiście zradza się uczucie. Nie uważam jednak, aby był to krok w złą stronę.

4. Żywot Mateusza (Polska 1967) - reż. Witold Leszczyński

Na zdj. kapitalny w każdej roli Franciszek Pieczka.

Ulubiony film w całym zestawieniu. Nie da się przejść obojętnie wobec tak naturalnego, bliskiego wsi i chłopa filmu. W jakiś sposób tego typu produkcje rozczulają mnie. Całe życie mieszkałem w mieście i zwykły film o chłopach to dla mnie zjawisko. Jak zresztą większość filmów tego autora, który w kadr mieści polską wieś. Tę tradycyjną, wschodnią, wydaje się bliższą korzeni. W Konopielce, gdzie nowa nauczycielka wprowadza zamęt w głowie chłopa i jest powiewem nowoczesnej Polski, Leszczyński pokazuje wieś w kontraście, ale nie negatywnie. Żywot Mateusza to historia bardziej hermetyczna, skupiona na jednostce wewnątrz strefy komfortu.

Kim właściwie jest główny bohater? Ni mo pola, ni mo obory, a jednak żyje sobie w domku ze swoją siostrą i czerpie z życia ile może. "Kto wcześnie wstaje..." i już ma świetny humor. Absolutnie bezpretesjonalne, proste podejście do życia. Przypomina nieco dziecko zamknięte w ciele dorosłego mężczyzny. Na pierwszy rzut oka film wygląda jak rozprawa o opóźnionym mężczyźnie, którym zajmuje się siostra, ale bez kontekstu interakcji ze grupą. Tylko relacje wewnątrz rodziny. Sytuacja, w której tak przywiązane do siebie rodzeństwo staje przed zagrożeniem rozdzielenia, ponieważ, cóż, kobieta prędzej czy później będzie chciała za mąż pójść. Absztyfikant staje się zagrożeniem, wielkim młotem burzący słodką sielankę życia pośród natury bez trosk i zmartwień.

Niezwykły dramat, z pozoru odległy od realiów wielkomiejskich, jednak na tyle intymny i bliski widza, że w odbiorze uniwersalny. Polecam go z całego serca, razem z resztą twórczość tego reżysera.

5. Nóż w wodzie (Polska 1961) - reż. Roman Polański

Na zdj. od lewej Leon Niemczyk i Zygmunt Malanowicz.

Mechanizm z bólem zawył, przez kilka sekund nic się nie ruszyło, ale w końcu wrota drgnęły. Otworzyła się brama do zachodniej kariery człowieka, którego często skrótowo nazywam Romańskim. Wszystko zaczęło się od Noża w wodzie. W opisie Polskiej Szkoły Filmowej widnieje enigmatycznie, że zajmowała się tematem wojny i postaw ludzkich. Ten film dotyczyć będzie zdecydowanie drugiego zagadnienia.

Niepozorna konfrontacja. Młody przeciw starszemu, beztroski przeciw odpowiedzialnemu, a w tle kobieta. Ubezwłasnowolniona jak samica w stadzie, jak trofeum do zdobycia, nie dla złota tylko na dowód tryumfu. Akcja odbywa się na jachcie co jest pretekstem do bliskich, nowofalowych ujęć. Nowa szkoła zdjęć, nietuzinkowy scenariusz, znakomita reżyseria. Przełom w kinie, ponieważ w końcu dogoniliśmy zagraniczną konkurencję. Udowodniliśmy, że na polu kinematografii żadni z nas amatorzy. Film otrzymał Oscara i dzięki temu sukcesowi Romański przeskoczył przez ocean i tam nakręcił kilka porządnych dzieł z odpowiednim funduszami. Właściwy człowiek na właściwym miejscu, powód do dumy.

6. Pociąg (Polska 1959) - reż. Jerzy Kawalerowicz

Na zdj. Leon Niemczyk i Lucyna Winnicka.

Dzieła artystyczne odbijają w pewnym stopniu osobowość artysty. Sądząc po wywiadach Kawalerowicz to człowiek bardzo spokojny i skromny. Cichy obserwator życia, który kontempluje i interpretuje, pozostając na uboczu. Przygoda we własnej podróży natchnęła go do nakręcenia Pociągu. To historia o dwójce nieznajomych, skazanych na siebie w przedziale sypialnym, którzy czy chcąc nie chcąc dowiedzą się na swój temat wiele, a to ich do siebie zbliży. Nie szukałbym tu wątków silnie miłosnych czy erotycznych. Bardziej ciekawe w tej produkcji jest przekrój obywatela lat 60. Oprócz dwójki głównych bohaterów są równierz wątki poboczne, które skupiają się na postawach w konkretnych sytuacjach. Kopalnia wiedzy o tamtych czasach. No i Cybulski, jak wisienka na torcie, wpada na chwilę powiedzieć "cześć". Ten człowiek był wtedy wszędzie, chodzący symbol Polskiej Szkoły Filmowej.

Mam sentyment do tego reżysera, mimo iż nie wszystkie jego filmy mnie zachwycają. Zachwyca mnie on, swoją osobą i swoim nastawieniem. Cenię go tak bardzo, że jego filmy wchodzą łatwiej. Poza tym miał znakomity dar do wplatania w swoje produkcje estetycznych wątków erotycznych. Wystarczy spojrzeć na Lilianę Komorowską w Austerii czy Barbarę Brylską w Faraonie (NSFW). Piękno uchwycone ze smakiem i wyczuciem. Niewielu to potrafi. Wielki atut polskiego kina, swoją drogą.

7. Świadectwo urodzenia (Polska 1961) - reż. Stanisław Różewicz

Na zdj. Beata Barszczewska, dziewczynka o niezwykłych oczach.

Prawdopodobnie najbardziej chwytająca za serce produkcja filmowa o tematyce okupacji. Trzy nowele przedstawiające zagadnienie z kilku stron, ale zawsze z perspektywy dziecka. Nastrój w filmie jest ponury - ciemne oświetlenie, złowieszcze dźwięki, wzruszające występy dziecięcych aktorów. Podczas seansu poczujesz dreszcz na karku, tak bezkompromisowe podejście do tematu ma reżyser. Film nie na każdą okazję, ale pozycja zdecydowanie obowiązkowa, bo nie tylko poruszająca merytorycznie, ale również znakomicie nakręcona.

Film z pewnością pozostawi ślad . Ja wciąż słyszę dźwięk niemieckich czołgów przetaczających się przez las, w którym ukrywa się chłopiec czy sympatię do żydowskiej dziewczynki z sierocińca, którą zainteresowali się funkcjonariusze SS. Wszystkie zmartwienia odchodzą w niepamięć, kiedy na ekranie prezentowane jest niemal namacalne cierpienie i trwoga.

8. Rejs (Polska 1970) - reż. Marek Piwowski

Na zdj.  od lewej Wanda Stanisławska-Lothe i Irena Iżykowska oraz Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz, późniejszy legendarny duet komediowy.

Najzabawniejszy polski film, bez dwóch zdań. Zamiast oglądać w kółko Dzień Świra (który notabene nie jest komedią) czy Kilera, zobacz jak robili to kabareciarze w latach 70. Podczas seansu w kinie ryczałem na głos, co raczej rzadko mi się zdarza. Poziom dystansu do siebie i połączenia improwizacji z niezręcznymi scenami daje komedię, która przyprawi cię o ból brzucha, ze śmiechu oczywiście, przedłuży życie o dobrych kilka lat i udowodni, że kraj i obywatele PRLu wcale nie byli ponurzy. Przy okazji jest to trafny i wciąż aktualny obraz Polaka. Kto by się spodziewał, że tak niewiele zmieni się w mentalności przez 40 lat, i to 25 lat po transformacji ustrojowej.

Na planie podobno jakiś scenariusz był, ale od razu widać, że korzystano z niego raczej rzadko. Wielu aktorów występujących w filmie to albo kabareciarze, albo ludzie prosto z ulicy (np. Himilsbach), więc produkcja jest o tyle autentyczniejsza. Pomieszanie najzwyczajniejszych codziennych sytuacji z absurdalnymi PRLowski zjawiskami przemawia do mnie lepiej niż Bareja do potęgi. Tak powstał film kultowy, który trzeba znać!

 
Warto dodać, że pięknym ukłonem w stronę nas, widzów, była digitalizacja większości zbiorów (często po rekonstrukcji cyfrowej) prosto na kanał Youtube Studia Filmowego Tor i Studia Filmowego Kadr. Poniżej linki:


niedziela, 9 sierpnia 2015

Intymność

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (Stany Zjednoczone 2012) - reż. (i scen.) Wes Anderson


Pesymiści twierdzą, że filmów powstaje taka ilość, że nawet jeśli byśmy oglądali je 24 godziny na dobę, nie obejrzelibyśmy wszystkiego. Optymiści cieszą się, że źródło ich pasji nigdy nie wyschnie. Ja do kinematografii podchodzę raczej antymainstreamowo, co dało się zauważyć w moich poprzednich wpisach. Ja sobie filmy oglądam i na nikogo nie patrzę. Co mi tu krytyk będzie dyktował, że Grand Budapest Hotel mam oglądać. Że jakiś Wes Anderson podobno piękne filmy robi. A idź pan, ja sam wiem najlepiej. Jednak zdarza się, że filmu nie oglądam samemu, a w towarzystwie osoby wybrednej, z konkretnie określonymi wymaganiami. "Nowy, lekki, miłosny". Więc jeśli nie chcesz, człowieku, wylądować na wieczór z sagą Zmierzch na swoim ekranie lepiej pogłówkuj nad czymś sensownym. Pękłem - sięgnąłem po tak gorąco chwalonego Wesa Andersona.

Na zdj. od lewej Kara Hayward i Jared Gilman.

Nie zgadzam się, żeby skłonność do oglądania romansów miały tylko kobiety. To raczej mężczyźni bardziej lubią filmy sensacyjne i wojenne. Miłość jest obiektywna, więc historie miłosne trafiają do obu płci jednakowo. Nie ma facetów niewrażliwych, są najwyżej zamknięci w sobie, więc twój luby odmawiając ci seansu komedii romantycznej po prostu utrzymuje pozory (albo sprytnie unika nieuchronnej klęski filmowej, ale to osobna kwestia). A ja lubię, tylko w odpowiedniej formie. Jak wszystkie filmy zresztą. A Wes formę ma niepowtarzalną i piękną. Pod tym względem przypomina Woodiego Allena. Filmy autorskie, jedyne w swoim rodzaju, do tego intelektualne i o ciepłym nastroju. Anderson w przeciwieństwie do Allena oferuje jednak mniej dialogów na rzecz języka obrazu. Cechy charakteru i nastroje bohaterów oddaje odpowiednimi zdjęciami i montażem. Korzysta z narzędzia jakim jest obraz, jak wprawny autor z atrybutów języka.

Porównanie to jest celowe, ponieważ Kochankowie z Księżyca jest jak ulubiona książka. Nawiązuje intymny związek z odbiorcą i przekonuje go do utożsamiania się z którymś z bohaterów lub którąś z sytuacji. Film ten otacza ciepłym kocem i angażuje w historię przez szczególny sposób narracji. Na tej samej zasadzie działa dobra książka. Obie aktywności po ukończeniu dzieła pozostawiają ślad emocjonalny. Uczucie smutnej nostalgii po tym, jak skończyło się coś pięknego. Nie chodzi tylko o przepiękną historię miłości pary dwunastolatków, ale sposób jej przedstawienia. Całość ma miejsce w romantycznej scenerii lat sześćdziesiątych - zamiast SMSów listy, zamiast metropolii dzikie wyspy Nowej Anglii. Wyraźne są również staroświeckie zwyczaje i w pewnym stopniu zaściankowość moralna. Niektórych rzeczy nie wolno z zasady i bez dyskusji. Dlatego miłość nastolatków jest silna, ponieważ istnieje na przekór.

Na zdj. na pierwszym planie Edward Norton - znakomity przykład prawdziwego aktorskiego kameleona.

Rzut oka na kilka kadrów z filmu zdradza jego ramę wizualną. Ale jest coś czego nie sposób uchwycić w obiektyw aparatu. Montaż, bodaj najsilniejsza broń Wesa, jest zaplanowany i dopracowany do ostatniego szczegółu. Odbywa się płynnie, logicznie i co najważniejsze satysfakcjonuje łaknienie perfekcjonizmu. Każde ujęcie jest rozkosznie symetryczne, bogate w żywe kolory. Film posiada optymalną ilość specyficznego humoru i jest prawdziwie optymistyczny. Nawet scena finalna, mimo pozornej grozy, odbywa się w sposób odrealniony, jak z komiksu. Film ma formę opowieści, o której z góry wiemy, że dobrze się kończy. Reżyser przede wszystkim kreuje świat na własne potrzeby, jak dziecko lepiące sobie zabawkę z plasteliny. Osadzone tylko we własnych realiach przedstawia oryginalną historię w specyficznej konwencji. Produkcja autorska z krwi i kości.

Wiem, że mam do czynienia z dziełem osobistym, jeśli ma ono wyraźną osobowość. Jest odbiciem lustrzanym autora, iluminującym z ekranu w intencji nawiązania kontaktu z widzem. Interakcja - tym jest kino. Przysparzaniem wrażliwego doznania w prawdziwie intymnych okolicznościach na unikatowe dzieło artystyczne. Nie ma dwóch takich samych płatków śniegu i dwóch takich samych reżyserów. Ile razy mam to powtarzać - jeszcze nie było wszystkiego! Wciąż będą nowe rzeczy, nowi twórcy ze świeżym podejściem, odkrywający przede mną część mojej emocjonalności, której sam nie znałem. Nie z rzemieślnictwem, ale ze sztuką mamy do czynienia. Najlepszego sortu, w przypadku Andersona. Nie ważna jest ocena, ale doznanie. Tutaj euforii nie ma końca. Tym z kolei jest sztuka - radością odczuwania.

Na zdj. urocza Kara Hayward.

Płodności i dalszej nietuzinkowości autorowi życzę. Przed tym młodym skądinąd reżyserem świetlana przyszłość filmowa spoczywa i ja z chęcią pozostanę jej oddanym odbiorcą.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Podsumowanie miesiąca: lipiec 2015

Kadr z filmu Podwodne życie ze Stevem Zissou (Stany Zjednoczone 2004) w reż. Wesa Andersona.



Dużo pozycji niemieckich, ku szlifowaniu języka. Nowa fascynacja Wesem Andersonem, mam nadzieję, że nie skończy się za szybko. Filmów mniej niż bym chciał, ale wakacje są, prawda, wszystko jasne.


Wszystkie opisy poniżej pojawiają się na bieżąco w Filmotece. Co miesiąc gromadzę je w jeden wpis.
 

A Field in England (Wielka Brytania 2013) - reż. Ben Wheatley
Dawna lista do obejrzenia, pamiętająca jeszcze chyba Odyseję filmową, mi to poleciła. Jak się można domyśleć po pochodzeniu (listy do obejrzenia i narodowości) było ciekawie. Podróż po czyśćcu, mówią jedni, poemat na temat angielskiego folkloru, mówią drudzy. Film jest i tym i tym.
Nakręcony sprawnie, szybko, zdecydowanie, co widać w każdej scenie. Nie ma tutaj zwykle pożądanej dbałości o szczegóły. Ma się wrażenie niejakiej beztroski w montażu i scenariuszu, ale współgra to doskonale z nie do końca jasną fabułą, dając obraz spójny. O dziwo.
Lubię te szerokokątne ujęcia, psychodeliczne scenki, jazdę po grzybkach i złowieszcze chmury. Ciekawa produkcja.


M - Morderca (Niemcy 1931) - reż. Fritz Lang
Jedno z arcydzieł kina lat trzydziestych. Z lekką wyrozumiałością oglądane, bowiem film sprzed 80 lat, jednak broni się znakomicie. Pokazuje społeczeństwo w reakcji na wiadomość o grasującym mordercy dzieci oraz samego mordercę, który najwyraźniej cierpi na chorobę umysłową. Widzę tu nowoczesny postulat propsychologiczny i rozprawkę na temat psychologii tłumu.
Dzieło niezwykle ambitne, dopracowane, niemieckie w każdym calu. No i dźwiękowe, co w tamtych czasach z pewnością robiło wrażenie.


Tylko Bóg wybacza (Stany Zjednoczone, Tajlandia 2013) - reż. Nicolas Winding Refn
Jestem zdecydowanie przeciwko przerostowi formy nad treścią. Jak ktoś ten film czuje i się jara, super, ale ja na pewno nie. Strata czasu, taśmy filmowej, czasu aktorów i reszty ekipy. Wariacja gatunkowa mnie nie przekonuje, a Ryan Gosling nie wystarczył. Wszystko jest nudne i bezsensu do tego stopnia, że posiadająca potencjał historia o honorze i męskich zasadach pociągnięta została do groteski. Końcówka to już w ogóle komiczna jest, nie dramatyczna. Wszystko jak psu w dupę.


Zakazana planeta (Stany Zjednoczone 1956) - reż. Fred M. Wilcox
Przeuroczy amerykański film sci-fi lat 50. Ten dziecięcy zachwyt eksploracją kosmosu, postępującą błyskawicznie technologią! Lada chwila powstanie amerykański program lotów kosmicznych, ale oni w wyobraźni już penetrowali nieskończoną przestrzeń w obco wyglądających spodkach kosmicznych. Widać rozmach, jak na ówczesne warunki. Jest też archaiczna konstrukcja hollywoodzka, czyli największy przystojniak zdobywa największą ślicznotkę, ma się rozumieć blondynkę o zniewalających kształtach i kokieteryjnie falującym głosiku. Wprowadzono robota - sztuczną inteligencję, odgrywającego rolę służącego/ochroniarza, to musiał być szał, skoro nawet w napisach początkowych się go wymienia.
Trudno powiedzieć, żeby film wciąż robił wrażenie, posiada jednak zupełnie inne walory. Mnie sam seans bardzo ucieszył, poprawił humor i opinię o fabryce snów. Wciąga i nie żenuje. Również plakat jest zniewalająco słodki. Amazing! Film niewątpliwie należy do klasyki gatunku.


Okręt (Niemcy - RFN 1981) - reż. Wolfgang Petersen
Kibicując wrogowi? Trochę tak. Filmy wojenne posiadają nastrój nie do podrobienia. W szczególności zaś te dotyczące łodzi podwodnych. Niezależnie od strony frontu.
Abstrahuję od ewidentnego wybielania się Niemców honorem i godnością ludzką żołnierzy Wehrmachtu.
Niezwykłe okoliczności, gdy kilkudziesięciu typa zamyka się w stalowej puszce i zrzuca się na dno oceanu, ostrzeliwując przy tym torpedami. Napięcie można nożem kroić i rosnące ciśnienie wraz z zanurzeniem czuć na własnej klatce piersiowej. Scenariusz jest znakomicie wyważony i nawet wersja reżyserska 3,5 godzinna nie nuży. Prawdziwy, zdrowy patos, trochę dramatyzmu i naturalnie wojennego fatalizmu. Dzieło doskonałe.


Światła wielkiego miasta (Stany Zjednoczone 1931) - reż. Charles Chaplin
Chaplin w najlepszym wydaniu. Facet się nie starzeje, bo wciąż bawi. Prawdziwy arcymistrz w swoim fachu.
Filmy nieme mają unikatową charakterystykę i ogląda się je nieco inaczej, ale produkcje Chaplina nie męczą i służą świetnie na rozpoczęcie przygody z tym kinem. Proste, slapstikowe skecze mogą wydawać się cierpkie, ale patrząc na żenujący poziom niektórych mówionych współczesnych komedii należy docenić geniusz uroczego włóczęgi, po tylu dekadach wciąż dominującego.


Sophie Scholl - ostatnie dni (Niemcy 2005) - reż. Marc Rothemund
Coś tak rutynowego, w jakości telewizyjnego, obrzydliwie sztucznego, źle nakręconego, w-wydającej-się-fałszywą-próbą-odkupienia ułudnego dawno nie widziałem. Intencje nie starczą. Film to film, a nie narzędzie demagogii. Fuj.


Biegnij Lola, biegnij (Niemcy 1998) - reż. Tom Tykwer
Pokolenie gier komputerowych robi filmy. Ej, stary, a jakby zrobić film, że coś się dzieje i główna bohaterka umiera, ale potem rodzi się i próbuje jeszcze raz? I, wiesz, wszystko tak nowocześnie, spoko nakręcić, i wziąć jakiś fajnych, wydziaranych i przefarbowanych aktorów? Jakiś napad, torba z hajsem, czarnych typów z beemki?
Kpię, film jest spoko, polecić można. Lekki sensacyjniak dla dzieciaków epoki GTA. Lola dziwna trochę, ale może przywykłem do filmów amerykańskich?


Okropna dziewczyna (Niemcy 1990) - reż. Michael Verhoeven
Kolejne rozliczenie z nieciekawą niemiecką historią. Ale podejście zupełnie inne, trochę satyryczne, sarkastyczne, teatralnie niepokorne. I moje mieszane uczucia rozstrzyga główna aktorka. Posiada tyle uroku, seksapilu i zaraźliwego optymizmu, że film można by obejrzeć dla niej tylko. Aż szkoda, że skończyła w kinie telewizyjnym.


Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom (Stany Zjednoczone 2012) - reż. Wes Anderson
Tak zaczęła się moja fascynacja Wesem Andersonem. Słyszałem o nim, widziałem zwiastuny, byłem świadkiem szumu medialnego z okazji premiery Grand Budapest Hotel, ale jakoś nie dałem się ponieść generalnemu zachwytowi, dopóki nie obejrzałem Moonrise Kingdom.
Piękne, magiczne, jedyne w swoim rodzaju. Symetryczne, pastelowe, przytulne. Taki nastrój mają jego filmy.
Ten jest jak ulubiona książka. Posiada rodzaj osobistego uroku, który, wydaje się, tylko my rozumiemy, który jest nasz i nikogo innego. To efekt niezwykłej intymności przedstawionej w filmie, notabene przy pomocy nieletnich aktorów, ale i znakomitego scenariusza.
Styl Wesa nie każdemu musi pasować. Jest jak sok pomidorowy. Spróbuj i albo nie będziesz mógł się bez niego obyć, albo nigdy do niego nie wrócisz. Soku pomidorowego nie cierpię, ale Wes mnie uwiódł.


Podwodne życie ze Stevem Zissou (Stany Zjednoczone 2004) - reż. Wes Anderson
Typowy Wes Anderson. Tak chyba można podpisać każdy jego film. Człowiek zajmuje we współczesnej kinematografii niezwykłą specjalną pozycję, ponieważ produkuje filmy, których nikt nie jest w stanie sfabrykować. To kino autorskie darzone uwielbieniem przez rzesze.
Bill Murray (uwielbiam człowieka, ale któż nie?) zajmuje podobną pozycję w kategorii aktora i otrzymujemy mieszankę idealną. Film jest ciekawy, dziwny, śmieszny i, jeśli to możliwe, pozytywnie melancholijny.
Mam wrażenie, że jest to zjawisko filmowe, którego nie da się podrobić. Oh well, będę zmuszony powtarzać to pod każdą produkcją Andersona.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Wielka obrona Matrixa | cz. 2/2

Pierwsza część tekstu tutaj.

8. Nowe kino


Matrix to nowe kino dla młodych ludzi. To kino pokolenia Y bez dwóch zdań. Pełnoprawny kandydat na klasyka naszej generacji i powinniśmy być z tego dumni. Kiedyś będziemy mogli powiedzieć, że za naszych czasów to było kino! Epickie w czystej postaci, zapierające dech w piersiach i pionierskie w każdym calu. Matrix już teraz widnieje na pierwszym miejscu rankingu Filmweba i piątym miejscu rankingu IMDB. W moim osobistym rankingu przegrywa tylko z Odyseją kosmiczną, a nieskromnie przyznam, że sci-fi się naoglądałem. Wykorzystuje wszystkie cechy gatunku, jak między innymi efekty specjalne i wizje futurystyczne, podnosząc przy tym poprzeczkę o kilka pięter. Żaden film od tej pory nie dokonał takiego poruszenia na scenie filmowej i nie podjął tematu konspiracyjno-fatalistycznego osiągając podobny sukces czy nawet zachwycając zwykle bezlitosną krytykę. Był pierwszy i wciąż jest najlepszy. Już się w historii zapisał. Już jest za późno, czy tego chcesz czy nie.

Może trudno w to uwierzyć, ale pierwsza część ma już 16 lat. Za dwa lata może legalnie spożywać alkohol. A efekty specjalne wciąż robią wrażenie, akcja nadal zdumiewa, film niezmiennie spoczywa na piedestale. Zachowuje aktualność mimo mijających dekad.

9. Animatrix


Animatrix to animowane wariacje na temat Matrixa, jak sugeruje nazwa. Jest to przedłużenie uniwersum, przedłużenie zajebistości, w dziewięciu odcinkach. Jeden opowiada o genezie programu i historii przed matrixem, inny o historii statku, który ostrzegł o mobilizacji maszyn na ofensywę przeciw ludziom, kolejny o historii Kida, młodocianego bohatera bitwy o Syjon. Wszystkie opisują fragment świata przedstawionego w trylogii. Cztery z nich wyreżyserowane są przez duet spokrewnionych ze sobą twórców, reszta została oddana w ręce  reżyserów z całego świata. Każda jest w innym stylu, posiada inną koncepcję i styl animacji, ale co je spaja to dostrzeżony geniusz historii Wachowskich. To fan-fiction w oficjalnej Warnerowej animacji. Prawdziwa gratka dla entuzjastów trylogii i hołd dla reżyserów.

Animacje są brudne, cyberpunkowe, więc nawiązują do prawdziwego Anime (japońskie bajki dla dorosłych, w skrócie), które wcześniej zainspirowały Wachowskich do napisania scenariusza. Jakie wspaniałe koło adoracji. W pozytywnym sensie, ma się rozumieć. Tutaj, trzeba przyznać, ignorujące grawitację bijatyki wyglądają autentyczniej, co jedynie utwierdza w przekonaniu jak świetną robotę zrobili Wachowscy przenosząc je na barki prawdziwych aktorów i speców od efektów. To spełnione marzenie nerdów na całym świecie.

10. Trylogia


Mimo, że cały czas odnoszę się do trylogii to i tak poświęcę jej osobny paragraf w kontrofensywie na spodziewany zarzut idealizowania jedynie pierwszej części. Jakkolwiek bym chciał, aby było inaczej, to nawet wewnątrz trylogii są trzy osobne filmy. Są wyodrębnionymi dziełami i tylko pewne elementy spajają je w całość. Są ściśle związane fabularnie, to oczywiste. Stoją natomiast w pewnej dysproporcji. Mianowicie dwie kolejne części kręcone były wspólnie i dopiero w montażowni rozdzielono je na dwa filmy. Nie udałoby się opowiedzieć tak rozległej historii w jednym filmie. Dlatego opinia krytyczna lubi rozdzielać je na opozycje, arcydzieła i sensacyjnej kontynuacji. Nic bardziej błędnego. Wspominałem już, że Matrix to od początku była trylogia, a kolejne dwie części stanowią nic, jak tylko naturalną kolej rzeczy. Bylibyście usatysfakcjonowani po wprowadzeniu w uniwersum Matrixa, by po pokonaniu jednego, zaledwie, agenta i zapowiedzi wyzwolenia całej ludzkości Neo po prostu odleciał sobie w niebo i na tym byłby koniec? Ja wiem, że nie. Poza tym historia, aż prosi się o kontynuację. Tyle mowy o wybrańcu, o przepowiedni, o ostatnim ludzkim mieście pod ziemią, żeby nawet nie otrzeć się o temat?

Nie czarujmy się, mawia Peja, więc nie będziemy się czarować. Choć pierwsza część jest faktycznie najlepsza, to przy poziomie jaki wyznaczyła druga i trzecia wciąż pozostają niedoścignione. Sceny walk są jeszcze efektowniejsze i bardziej pomysłowe. Jest również 10-minutowa scena pościgu, która zawiera przepiękne Ducati 996. Na jej potrzeby zbudowano ponad dwukilometrowy odcinek autostrady! A całość oczywiście kończy się wielką eksplozją i tryumfem tych dobrych. I to jest niesamowite w Matrixie - przemawia do części intelektualnej i prymitywnej. Każdy ma przynajmniej tą drugą.  

Zresztą pierwsza część wydaje się być prologiem, jeśli spojrzymy na zakończenie trylogii. Neo nie mógł zdobyć całej tej siły, po to, by jej nie użyć. Wojna przenosi się do świata prawdziwego i nagle nasz superbohater zdzierany jest z nadprzyrodzonych zdolności manipulacji prawami fizyki. Główny czarny charakter wyrywa się spod zwierzchnictwa i wnika do prawdziwego świata. Grupa Nabuchodonozora jest osią wydarzeń w wielkiej bitwie o Syjon, podczas gdy wybraniec pertraktuje pokój z maszynami. Trzeba przyznać, że nie brzmi to jak fabuła kolejnego odsmażonego kotleta. To jest piękny dramat sci-fi z moralnymi rozterkami i próbą rozgryzienia zagadnienia człowieczeństwa, po raz setny powtórzę!

11. Mózg w naczyniu


Filozoficzna koncepcja sceptycyzmu autorstwa Hilarego Putnama, nie wykluczająca interpretacji otaczającego nas świata za wytwór [szalonego] naukowca, który umieścił nasz mózg w naczyniu i poddał go działaniu symulacji. Skąd mamy wiedzieć czy nie jesteśmy mózgiem w naczyniu? Czy samo myślenie o tym jest wskazówką o syntetyczności klawiatury, po której właśnie stukam? A wszystkie osoby, do których adresuje ten tekst są jedynie sfabrykowanym bodźcem?

Wachowscy wykorzystali tę zatrważającą koncepcję w najlepszy sposób z możliwych, czyli w thrillerze fikcji naukowej. I rozważają. "Ignorance is bliss", mówi Cypher w pewnym momencie, żałując, że nie wybrał niebieskiej pigułki. Może lepiej nie znać prawdy? Co, jeśli Neo nie wyzwala, a więzi w rzeczywistości wbrew woli? Agent Smith w ostatniej scenie pyta: "Why, Mr. Anderson, why do you do this, why get up, why keep fighting?", sugerując później, że życie ludzkie jest znaczenia, bez wyraźnego celu. Odpowiedź brzmi: "Because I choose to". Ponieważ taka jest jego wola. Wachowscy wybierają czerwoną pigułkę i pokazują nam walkę o wolność i autonomię. Wybór między pigułkami w rękach Morfeusza, należącego do ludzkiego ruchu oporu, to symbol. Każdy powinien być postawiony przed wyborem. Wybór to świadomość, a świadomość to wolność. Film traktuje o sytuacji bez wyboru, o stawianiu przed faktem dokonanym. O niewoli. O mózgu w naczyniu, o świecie zaprojektowanym do uciemiężania.

12. Podróż bohatera


Pamiętacie, jak mówiłem o przemyślanej konstrukcji? Matrix spełnia wszystkiego wymogi archetypu bohatera, autorstwa Josepha Campbella. W skrócie. To humanista, badający m.in. religie i mitologie. Zauważył w nich dwanaście etapów podróży bohatera, które jednak rzadko spełniane są w całości. Matrix spełnia je wszystkie. Co to oznacza dla filmu? Widoczne wzorowanie się na konstrukcji mitologii oznacza podążanie ich zamysłem i sposobem dociekania. Mity starają się wyjaśnić zasadność ludzkiego bytu. To samo przeprowadzają Wachowscy m.in. w licznych dialogach z Neo z Agentem Smithem czy z Architektem. Matrix to nowoczesny mit, a on nie potrzebuje twardego realizmu tylko niezliczonych metafor i symboli nawiązujących do całości ludzkości. Proste.

Zresztą podobne ciągotki widać również w kolejnych produkcjach Wachowskich, a w szczególności a Atlasie chmur. Wyczuwalny nastrój kryzysu egzystencjalnego może mieć również pewien związek z chęcią zmiany płci jednego z reżyserów podczas kręcenia trylogii, ale w tę stronę nie pójdę, bo nie chcę spekulować o czymś, na czym się nie znam.

13. Obsada




"Po warunkach" określa się obsadę, która pasuje do swojej roli jak ulał. Spójrzmy raz jeszcze na tę mordkę. Czy on nie pasuje idealnie do roli siermięgi-komputerowca wyciągniętego ze strefy komfortu, aby walczyć o ludzkość? Pasuje idealnie.  Oczywiście kostiumy robią swoje, ale tych mechanicznych ruchów głowy i dziwnego stylu biegania nie da sie podrobić. Szepcze swoje kwestie i powieka mu nie drgnie w reakcji na największy komplement czy obelgę. Idealny materiał na wybrańca. Podobnie jest z Trinity. Nie wiem czy uśmiecha się choć raz przez całą trylogię, a sylwetkę ma, słowo daję, jak z żelaza. Najwięcej charakteru jednak nadaje jej dziwnie pociągająca żyła na czole. Morfeusz posiada coś z ojca-opiekuna, ciepło, ale i ostrą dyscyplinę. Wiarę we własne ideały ma wypisane na twarzy. A Cypher to łotr na pierwszy rzut oka. Brawa za casting, ktoś miał nosa.

14. Monica Bellucci



Argument ostatni, ale nie najmniej ważny. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie powyżej. I ten francuski akcent!



Hm... Hm... A zatem dlaczego Matrix wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego, gdy oglądamy heroiczne, brawurowe wyczyny Neo, wzbiera w nas poryw? Dlatego, panowie, że Matrix wielkim filmem był! Wielkim filmem! Zapamiętajcie to sobie, bo ważne! Dlaczego oglądamy? Bo był wielkim filmem. Wielkim filmem był! Nieroby, nieuki, mówię wam przecież spokojnie, wbijcie to sobie dobrze do głowy.
~Witold 'Majkel' Gombrowicz

środa, 22 lipca 2015

Wielka obrona Matrixa | cz. 1/2

Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale pewnego pięknego melanżu powstała nagonka na mnie i mój gust filmowy. Rozchodziło się ocenę jednego konkretnego filmu. Zostałem zmuszony do tłumaczenia się ze swojej sympatii do Matrixa, a już "w ogóle całej trylogii". Biedny ja. Zbyłem agresorów, ale jak się okazało - chwilowo. "Czekamy" - zostało rzucone złowieszczo w próbie publicznego zaszczucia. Beka została ze mnie kręcona, a rękawiczka rzucona. Przyjmuję ją godnie, bo jest to wyzwanie proste jak bułka z masłem. Nie czułem nigdy potrzeby tłumaczenia się ze swoich gustów. Ale Matrix broni się sam, jeśli zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Uznałem więc, że to znakomita okazja, aby nie tylko zamknąć jadaczki moim koleżkom, ale i przybliżyć wszystkim hejterom dlaczego Matrix wielkim filmem jest. Podaję ku temu irytująco nieokrągłą liczbę czternastu sążnistych argumentów, a wyżej wspomnianych gagatków zachęcam do polemiki.


1. "Matriks"


Piętno, które wywarł ten film na postrzeganie efektownych bijatyk, ma tak na imię. Młode pokolenie, czyli moje, nie wie o czym jest film, czy w ogóle był o czymś, ale bieganie po ścianie i zawisanie w powietrzu kojarzy znakomicie. Nazywa to "matriksem". Niech będzie i tak, wyróżnienie na miarę przyzwyczajonego do płaskich akcyjniaków, niewyczuwającego zupełnie drugiego dna, przeciętnego odbiorcy. Smuci mnie to, ale docenić akcję trzeba, bo sceny walki są pierwszej klasy. Przepis na sukces Wachowskich, to zatrudnienie mistrza wschodnich sztuk walki - Yuen Woo-Ping. Wszyscy aktorzy przeszli gruntowny trening, kości chrobotały, karki się nadwyrężały, ale obsada była zadowolona. I jaki jest efekt? Nie ma odwracania głowy od kamery. Jak Keanu kopnie, wiem, że to był Keanu, a nie kaskader z jego fryzurą. W arcydziele nie ma kompromisów, a kompromisem są kaskaderzy na uprzężach. Plaga filmów naśladujących Matrixa wpadła w tę pułapkę. 


2. Lateks


Będąc zaprojektowana jako wyraźnie odróżniająca się od szarego i ponurego Syjonu zielona rzeczywistość, potrzebowała wyraźnej barykady. Jest nią przede wszystkim otoczenie, czyli miejska dżungla, pełna budek telefonicznych. O to nie trudno, skoro część fabuły z akcją realną odbywa się pod ziemią. Drugi element to skórzane płaszcze, ciemne okulary i lateks. Skoro już bohaterowie posiadają znajomość wszystkich sztuk walki i obsługę maszyn militarnych w jednym paluszku, niech ubierają się adekwatnie wyróżniająco. Między tłumem umysłów wciąż podłączonych, a ekipą Nabuchodonozora jest wyraźna rozbieżność, dzięki temu reżyserzy nie muszą nam tłumaczyć kto jest z kim i przeciwko komu. Umiejętne posługiwanie się sztuczkami innym, niż dźwięk i filtr, które kochają filmy amerykańskie, to zawsze plus. Zresztą, tego typu ubiór stał się ikoną nie tylko filmu, ale i całego pokolenia. Symbolem walki z systemem, buntu przeciwko ignorancji i niewiedzy. A Kukiz wciąż w bluzie z kapturem.

Mimo, że sama koncepcja brzmi jak strzał w kolano, to Wachowskim udało się ją przeprowadzić bez grożącej obrazowi groteski. Należy docenić wyczucie smaku jakim posługiwali się autorzy, ubierając swoich aktorów w lateks i każąc im robić przewroty w tył do podkładu dźwiękowego Prodigy i P.O.D., wciąż nie ośmieszając przebijającej między wersami powagi. Wszystko funkcjonuje w fantastycznej równowadze. Również dzięki grze aktorskiej, do czego jeszcze przejdę.


3. Dzieło życia

Rodzeństwo Larry (Lana) i Andy Wachowscy

Ciekawa jest historia powstania trylogii. Otóż Andy i wówczas Larry (obecnie Lana) napisali Matrixa. Przewidzieli tę historię na filmową długość trylogii i z gotowym scenopisem powędrowali do Warner Bros.'a. Tam powiedzieli, że mają swoje dzieło życia, gwarantowany sukces, ale potrzebują 200 milionów na pierwszą część. Dyrekcja nerwowo się zaśmiała. Skończyło się na tym, że Wachowscy na próbę mieli machnąć film, aby udowodnić swoje możliwości dla pewności, że dziewięciocyfrowa kwota nie trafi w błoto. Chłopaki więc machnęli ów film i nazywa się on Brudne pieniądze. Traktuje o dwóch lesbijkach (zwiastun późniejszej przemiany Lany) kradnących pieniądze okrutnym gangsterom i widać w nim wyraźne początki techniki, którą później wykorzystano w trylogii. Podobna muzyka, unosząca się kamera i wartkość akcji. I puf! Tak 3 lata później do kin wszedł Matrix. Fala świeżego powietrza w kinematografii, napływ nieznanej do tej pory atmosfery.

Składał się on z zespołu pomysłów, które Wachowskim po głowach chodziły od dawna. Duża ilość oglądanych anime, fikcji naukowych, filmów walki i przeczytanej filozofii wystarczy, aby samemu napisać niesamowity scenariusz. Mieli na to wiele lat, więc jest on doszlifowany jak diament. Nie posiada żadnych wewnętrznych konfliktów, żadnych niedociągnięć, a wszystkie wydarzenia mają pełną argumentację mimo, że w dwóch godzinach filmów stawia się fundamenty niesamowicie oryginalnego uniwersum. Fundamenty osobnego świata, działającego na własnych, zupełnie odmiennych zasadach.

To nie scenariusz filmowego rzemieślnika, tylko arcydzieło zapaleńca.


4. Autentyczność i nowoczesność


Dlaczego jednak, wracając do poprzedniego wątku, nastało takie poruszenie wśród młodzieży? Dlaczego tak niepozorny akcyjniak, w którym ludzie w czarnych okularach biegają po ścianach, narobił takiego rabanu? Ponieważ był ich blisko. Dotyczył sieci komputerowej, a nie oklepanej sztucznej inteligencji czy obślizgłych kreatur z odległej przestrzeni kosmicznej. W roku 1999 minęła prawie dekada, od kiedy Internet nabrał komercyjnego rozpędu. Zamieszkał w każdym amerykańskim domu. Pokazał swe możliwości i przeraził swoimi zagrożeniami. Zagościł się na dobre, a my zgodziliśmy się bezrefleksyjnie na jego dobrodziejstwa. A co jeśli jesteś obserwowany przez nieznanych agentów? Każdy twój ruch monitorowany? Mogą zrobić nalot w twojej pracy, a przez samą działalność w sieci mają wystarczająco paragrafów, żeby posadzić cię na sto lat. Jesteś obserwowany i wykorzystywany. To realne zagrożenia, o nieładnym określeniu teorii spiskowej, o których młodzież chciała słuchać. A Matrix był pierwszy. Nikt wcześniej na taką skalę nie wyłożył problemu inwigilacji w języku młodzieży, czyli filmie sci-fi. Widzisz, bijatyki i lateks to tylko opakowanie.

Pomimo 16 lat karku, film jest wciąż aktualny, a ta tematyka wraca w kolejnych produkcjach Wachowskich. To bardzo na czasie twórcy ze świeżymi pomysłami, nie ci zapatrzeni w archaiczny model obcego najeźdźcy i jednoczącej się ludności w walce z nieznanym, najczęściej jednak pochodzącym z kosmosu. Mamy dosyć, chcemy czegoś nowego. Wachowscy to zapewniają.


5. Symbolika

 
Morfeusz występuje tu w roli orędownika wolności, który nie tylko walczy z systemem wewnątrz matrixa, ale również odłącza co silniejsze umysły i przenosi je do podziemnego Syjonu, ostatniego ludzkiego miasta. Brzmi znajomo? Neo to oczywiście wybrany, który według przepowiedni uwolni gatunek ludzki z niewoli. Wielopoziomowa symbolika trwa w nieskończoność, a nawiązania do Biblii i historii powszechnej to tylko fragment.

Na innym poziomie, często mowa jest o ludziach uwikłanych w swoją karierę służbową, pogoń za pieniędzmi i sławą, ku satysfakcji ego i, w domyśle, nieświadomemu służeniu wyższemu złu, czyli prawdopodobnie w boksach korporacji (z której mr. Anderson się wyrwał) w jednakowo nudnych garniturach i krawatach - na podobieństwo osób uśpionych w macierzy, podpiętych szeregowo do snu łudząco przypominającego rzeczywistość, swoją ciepłotą zapewniając energię elektryczną nieznanej formacji. Ciemne okulary noszone przez każdego w Matrixie są symbolem nieobecności i tajemniczości. Ich tu nie ma, to cyfrowa wizualizacja ego, stworzona przez ich umysły na potrzeby programu. To również symbol władzy, dlatego w odróżnieniu od szarego tłumu zarówno oni, jak i agenci je noszą. Dlatego również gdy Agent Smith dostaje wpierdziel od Neo, ten jednym ciosem skopuje mu je z twarzy w symbolu detronizacji.

Przykładów mnożyć można w setki (symbolizm z chrześcijaństwa, symbolika imion i symbolika wizualno-ideologiczna - w sieci jest tego dużo więcej), ponieważ film jest nimi naszpikowany, więc nie będę poświęcał im więcej czasu. Tym właśnie charakteryzuje się arcydzieło - wielopoziomowością i niebezpośrednim językiem wyrazu. Morfeusz często nawiązuje do Alicji w krainie czarów, ponieważ nie wszystko jest takie, jakie jawi się na pierwszy rzut oka. Nie zastanawiałeś się kiedyś co jest po drugiej stronie lustra? Mirażu akcyjnej, lateksowej otoczki? Czy przypadkiem reżyserzy nie przemawiają do nas sensownie nieco bardziej hollywoodzkimi słowami?


6. Najlepszy monolog wszech czasów

Tak, dobrze usłyszeliście. Monolog, w którym Agent Smith dzieli się swoimi przemyśleniami na temat ludzkości. Dość trafne wnioski, jak na sztuczną inteligencję.




W razie, gdyby YouTube zdjął film z powodu praw autorskich, oto transkrypcja:
I'd like to share a revelation that I've had during my time here. It came to me when I tried to classify your species. I've realized that you are not actually mammals. Every mammal on this planet instinctively develops a natural equilibrium with the surrounding environment. But you humans do not. You move to an area and you multiply and multiply until every natural resource is consumed and the only way you can survive is to spread to another area. There is another organism on this planet that follows the same pattern. Do you know what it is? A virus. Human beings are a disease, a cancer of this planet. You are a plague. And we are... the cure.

W skrócie: próbując sklasyfikować ludzki gatunek, Smith uznał, że nie jesteśmy ssakami, które w ekosystemie współpracują z przyrodą, ale wirusem, ponieważ eksploatujemy fragment planety i rozmnażamy się na kolejny.

Pełna scena w filmie jest wypełniona równie ciekawymi spostrzeżeniami, ale ten minutowy fragment to wisienka na torcie bądź co bądź intelektualnej postaci Smitha. To koronny argument, dla którego ludzkości, według maszyn, nie należy się nawet cal ziemskiej przestrzeni. Zresztą wątek ten, do czego jeszcze przejdę, rozwinięty został w The Animatrix.

A więc Wachowscy rozwodzili się nie tylko nad przyziemnymi kwestiami, typowymi dla nurtu cyberpunkowego - grupka przeciw korporacji i hegemoni inwigilacyjnej, ale też sensem istnienia ludzkości i jej wątpliwej przyszłości. Dlatego właśnie ludzie zeszli pod ziemię i tam stworzyli ostatnią barykadę przeciw maszynom - ponieważ na nic innego nie zasługiwali. [SPOILER] Jak się dowiemy po obejrzeniu trylogii, wojna z maszynami zakończy się pokojem, którego trwałość od początku opatrzona komentarzem wypełnionym wątpliwością. Wachowscy nie tylko zadają pytania, ale i proponują odpowiedzi. Po raz kolejny - oznaka dzieła pełnego, czyli przemyślanego.


7. Nostalgia

Sztandarowy przykład przekłamanej recepcji w przypływie nostalgicznych wspomnień - Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja (Stany Zjednoczone 1977) w reż. George'a Lucasa. Na zdj. Mark Hamill jako Luke Skywalker.

Głęboka, słodka nostalgia. Nie ukrywajmy, że cały hajp na nowe Gwiezdne Wojny pochodzi z tego przedziwnego uczucia. Stara trylogia to nic w porównaniu do Zemsty Sithów, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że Nowa Nadzieja i koniec. Bo oglądali z tatusiami w kinach "za dzieciaka" i koniec tematu (co złego to nie ja, jestem największym fanem wszystkich Gwiezdnych Wojen, ale nie oszukujmy się - stara trylogia nie była lepsza). Nie wiemy czemu, ale chcemy, pragniemy, nie możemy się oprzeć, by nie wrócić do tytułu. To wcale nie czyni go lepszym. Czyni go, kurwa, nietykalnym. Niech nikt słowa złego nie powie, bo do gardła skoczę - tak to mniej więcej wygląda. Przypomina to trochę obelgę w kierunku któregoś z rodziców. Niby nic strasznego, ale konflikt wkracza na inny poziom.

Odbiegłem trochę. Wystarczy, że tytuł zapracował na pozytywne wspomnienie dzieciństwa/dorastania/lepszych czasów, a już jawi jako atrakcyjniejszy. Nie zwracałeś wtedy uwagi na mankamenty, tylko tkwiłeś zahipnotyzowany, z jakiegoś powodu, przed ekranem. Wady znikają, zalety się wyolbrzymiają i śmiać ci się chce, jak ktoś powie, że Powrót do przeszłości jest tak naprawdę fatalnym filmem. Nie jest dla ciebie, więc nie jest w ogóle. A do Matrixa czuję ogromny sentyment.



Kolejne siedem niezwykle rzeczowych argumentów niebawem!

piątek, 17 lipca 2015

10 najlepszych scen mówionych w historii kina

Kadr z filmu Człowiek z blizną (Stany Zjednoczone 1983) w reż. Briana De Palma.

Czasami film pamiętamy dzięki roli głównego aktora, czasami dzięki ścieżce muzycznej. Zdarza się jednak, że jest ta jedna scena, ten jeden monolog, który w pamięci cytujemy na okrągło. Odbija się echem i nie opuszcza. Wracamy później do konkretnej sceny z filmu, by zobaczyć jeszcze raz popis aktora, dokładne słowa ze scenariusza. Oto mój wybór dziesięciu takich scen.


1. The Matrix (Stany Zjednoczone 1999, reż. Andy i Lana Wachowscy)

Najlepszy monolog w historii kina, bez dwóch zdań. Są to przemyślenia Agenta Smitha (Hugo Weavinga) nad ludzkim gatunkiem i ich klasyfikacją. Każde słowo złote, jeszcze lepszy popis aktora.
Zaczyna się od 1:50.




I'd like to share a revelation that I've had during my time here. It came to me when I tried to classify your species. I've realized that you are not actually mammals. Every mammal on this planet instinctively develops a natural equilibrium with the surrounding environment. But you humans do not. You move to an area and you multiply and multiply until every natural resource is consumed and the only way you can survive is to spread to another area. There is another organism on this planet that follows the same pattern. Do you know what it is? A virus. Human beings are a disease, a cancer of this planet. You are a plague. And we are... the cure.

2. Network (Stany Zjednoczone 1976, reż. Sidney Lumet)

Najbardziej otwierający oczy monolog wszech czasów. Gdyby tylko ktoś naliczył ile razy był on cytowany w filmach, książkach i artykułach! Niezwykła charyzma Petera Fincha.
Zaczyna się w 1:00.




I don't have to tell you things are bad. Everybody knows things are bad. It's a depression. Everybody's out of work or scared of losing their job. The dollar buys a nickel's worth. Banks are going bust. Shopkeepers keep a gun under the counter. Punks are running wild in the street and there's nobody anywhere who seems to know what to do, and there's no end to it. We know the air is unfit to breathe and our food is unfit to eat, and we sit watching our TVs while some local newscaster tells us that today we had fifteen homicides and sixty-three violent crimes, as if that's the way it's supposed to be.
We know things are bad — worse than bad. They're crazy. It's like everything everywhere is going crazy, so we don't go out anymore. We sit in the house, and slowly the world we are living in is getting smaller, and all we say is: 'Please, at least leave us alone in our living rooms. Let me have my toaster and my TV and my steel-belted radials and I won't say anything. Just leave us alone.'
Well, I'm not gonna leave you alone. I want you to get MAD! I don't want you to protest. I don't want you to riot — I don't want you to write to your congressman, because I wouldn't know what to tell you to write. I don't know what to do about the depression and the inflation and the Russians and the crime in the street. All I know is that first you've got to get mad. [shouting] You've got to say: 'I'm a human being, god-dammit! My life has value!' (...)


3. Człowiek z blizną (Stany Zjednoczone 1983, reż. Brian De Palma)

Naćpany Tony Montana (Al Pacino) żali się na żonę, ale szybko przeradza się to w tyradę całej klasy wyższej i opinii publicznej. Absolutny popis Ala, zresztą jeden z wielu w tym filmie.





What you lookin' at? You all a bunch of fuckin' assholes. You know why? You don't have the guts to be what you wanna be. You need people like me. You need people like me so you can point your fuckin' fingers and say, "That's the bad guy." So... what that make you? Good? You're not good. You just know how to hide, how to lie. Me, I don't have that problem. Me, I always tell the truth. Even when I lie. So say good night to the bad guy! Come on. The last time you gonna see a bad guy like this again, let me tell you. Come on. Make way for the bad guy. There's a bad guy comin' through! Better get outta his way!


4. Rocky Balboa (Stany Zjednoczone 2006, reż. Sylvester Stallone)

Każdy z filmów o Rockym posiada niezwykły potencjał motywacyjny. Jest kilka monologów, ale ten najbardziej chwyta za serce i pozostawia bez słowa. Sylvester po raz kolejny udowadnia swoją wartość nie tylko aktorską, ale i reżyserską.
Zaczyna się w 0:40.




Let me tell you something you already know. The world ain't all sunshine and rainbows. It's a very mean and nasty place, and I don't care how tough you are, it will beat you to your knees and keep you there permanently if you let it. You, me, or nobody is gonna hit as hard as life. But it ain't about how hard you hit. It's about how hard you can get hit and keep moving forward; how much you can take and keep moving forward. That's how winning is done! Now, if you know what you're worth, then go out and get what you're worth. But you gotta be willing to take the hits, and not pointing fingers saying you ain't where you wanna be because of him, or her, or anybody. Cowards do that and that ain't you. You're better than that! I'm always gonna love you, no matter what. No matter what happens. You're my son and you're my blood. You're the best thing in my life. But until you start believing in yourself, you ain't gonna have a life.


5. W pogoni za szczęściem (Stany Zjednoczone 2006, reż. Gabriele Muccino)

Bardzo smutna opowieść o historii od zera do bohatera, czyli jak ojciec z synem próbują osiągnąć godne życie. Wypowiedź krótka, ale przepiękna. Zresztą Will Smith ma smykałkę do krótkiego, lecz treściwego motywowania. Polecam pełny film, ale uprzedzam, że może rozłożyć nawet największego twardziela.
Zaczyna się od 1:00.




Don't ever let someone tell you you can't do something. Not even me. All right?


6. Adwokat diabła (Stany Zjednoczone 1997, reż. Teylor Hackford)

Film obrazoburczy i nonszalancki, a ten monolog jest jego kwintesencją. Wyciąga najgorsze brudy na temat człowieka stojącego u progu milenium. W stylu Wall Street, dziecino. Polecam film, chociażby dla sceny kulminacyjnej, gdy John Milton (Al Pacino) wyjawia prawdę na swój temat. 10/10, prawdziwe filmowe zjawisko.




Eddie Barzoon! Eddie Barzoon! Ha! I nursed him through two divorces, a cocaine rehab, and a pregnant receptionist. God's creature, right? God's special creature. I've warned him, Kevin. I've warned him every step of the way. Watching him bounce around like a fucking game. Like a wind-up toy. Like 250 pounds of self-serving greed on wheels. The next thousand years is right around the corner. Eddie Barzoon... take a good look, because he's the poster child for the next millennium. These people, it's no mystery where they come from.

You sharpen the human appetite to the point where it can split atoms with its desire. You build egos the size of cathedrals. Fiber-optically connect the world to every eager impulse. Grease even the dullest dreams with these dollar-green gold-plated fantasies until every human becomes an aspiring emperor, becomes his own god. Where can you go from there? As we're scrambling from one deal to the next, who's got his eye on the planet? As the air thickens, the water sours, even bees' honey takes on the metallic taste of radioactivity... and it just keeps coming, faster and faster. There's no chance to think, to prepare; it's buy futures, sell futures... when there is no future. We got a runaway train, boy. We got a billion Eddie Barzoons all jogging into the future. Every one of them is getting ready to fistfuck God's ex-planet, lick their fingers clean, as they reach out toward their pristine, cybernetic keyboards to tote up their fucking billable hours. And then it hits home. You got to pay your own way, Eddie. It's a little late in the game to buy out now. Your belly's too full, your dick is sore, your eyes are bloodshot and you're screaming for someone to help. But guess what — there's no one there! You're all alone, Eddie. You're God's special little creature. Maybe it's true. Maybe God threw the dice once too often. Maybe He let us all down.


7. Requiem dla snu (Stany Zjednoczone, reż. Darren Aronofsky)

Smutny jak cholera, ale prawdziwy bardziej. Nagrany i zmontowany metodami, które wyżymają umysł do sucha. Mało dialogów i monologów, ale ten to złoto - o samotności i potrzebie uwagi.





Harold, I'm gonna be on television.
(...) I'm somebody now, Harry. Everybody likes me. Soon, millions of people will see me and they'll all like me. I'll tell them about you, and your father, how good he was to us. Remember? It's a reason to get up in the morning. It's a reason to lose weight, to fit in the red dress. It's a reason to smile. It makes tomorrow all right. What have I got Harry, hm? Why should I even make the bed, or wash the dishes? I do them, but why should I? I'm alone. Your father's gone, you're gone. I got no one to care for. What have I got, Harry? I'm lonely. I'm old. Now when I get the sun, I smile.
(...) I like the way I feel. I like thinking about the red dress and the television and you and your father. Now when I get the sun, I smile.


8. Dyktator (Stany Zjednoczone 1940, reż. Charles Chaplin)

Pierwszy występ w filmie dźwiękowym i od razu genialny monolog. Przemowa wówczas ogromnie ważna, bo aktualna. Rok 1940 i Chaplin parodiuje Hitlera, po czym staje nieruchomo przed kamerą i przypomina ludziom czym jest miłość i współczucie, w tym niezwykle silnym przekazie. Długie, ale naprawdę warto.

  
I'm sorry, but I don't want to be an emperor. That's not my business. I don't want to rule or conquer anyone. I should like to help everyone, if possible, Jew, gentile, black man, white. We all want to help one another. Human beings are like that. We want to live by each other's happiness — not by each other's misery. We don't want to hate and despise one another.
In this world there is room for everyone. And the good earth is rich and can provide for everyone. The way of life can be free and beautiful, but we have lost the way. Greed has poisoned men's souls, has barricaded the world with hate, has goose-stepped us into misery and bloodshed. We have developed speed, but we have shut ourselves in. Machinery that gives abundance has left us in want. Our knowledge has made us cynical. Our cleverness, hard and unkind. We think too much and feel too little. More than machinery we need humanity. More than cleverness we need kindness and gentleness. Without these qualities, life will be violent and all will be lost.
The aeroplane and the radio have brought us closer together. The very nature of these inventions cries out for the goodness in men, cries out for universal brotherhood, for the unity of us all. Even now my voice is reaching millions throughout the world — millions of despairing men, women and little children — victims of a system that makes men torture and imprison innocent people. To those who can hear me, I say — do not despair. The misery that is now upon us is but the passing of greed — the bitterness of men who fear the way of human progress. The hate of men will pass, and dictators die, and the power they took from the people will return to the people and so long as men die, liberty will never perish.
Soldiers! Don't give yourselves to brutes — men who despise you — enslave you — who regiment your lives — tell you what to do — what to think or what to feel! Who drill you, diet you, treat you like cattle, use you as cannon fodder. Don't give yourselves to these unnatural men — machine men with machine minds and machine hearts! You are not machines! You are not cattle! You are men! You have the love of humanity in your hearts. You don't hate! Only the unloved hate — the unloved and the unnatural!
Soldiers! Don't fight for slavery! Fight for liberty! In the 17th Chapter of St. Luke it is written: "the Kingdom of God is within man" — not one man nor a group of men, but in all men! In you! You, the people have the power — the power to create machines. The power to create happiness! You, the people, have the power to make this life free and beautiful, to make this life a wonderful adventure.
Then, in the name of democracy, let us use that power! Let us all unite! Let us fight for a new world, a decent world that will give men a chance to work, that will give youth the future and old age a security. By the promise of these things, brutes have risen to power, but they lie! They do not fulfill their promise; they never will. Dictators free themselves, but they enslave the people! Now, let us fight to fulfill that promise! Let us fight to free the world, to do away with national barriers, to do away with greed, with hate and intolerance. Let us fight for a world of reason, a world where science and progress will lead to all men's happiness.
Soldiers! In the name of democracy, let us all unite!


9. Informator (Stany Zjednoczone 1999, reż. Michael Mann)

Zapierający dech w piersiach dialog Ala Pacino i Russella Crowe'a. Nierówna walka z koncernem tytoniowym z perspektywy przegrywającej jednostki.
Nie ma tej sceny na YouTubie, ale coś mi podpowiada, że da się ją znaleźć w sieci i że owa scena zaczyna się w 109:00 minucie i kończy w okolicach 112:00.

Jeffrey Wigand: A can opener! A $39.95 can opener. I cancelled payment... it was junk. You ever bounce a check, Lowell? You ever look at another woman's tits? You ever cheat a little on your taxes? Whose life, if you look at it under a microscope, doesn't have any flaws...?
Lowell Bergman: Well that's the whole point, Jeffrey. That's the whole point. Anyone's. Everyone's. They are gonna look under every rock, dig up every flaw, every mistake you've ever made. They are going to distort and exaggerate everything you've ever done, man. Don't you understand?
Jeffrey Wigand: What does this have to do with my testimony?
Lowell Bergman: That's not the point.
Jeffrey Wigand: What does this have to do with my testimony? I told the truth! It's valid and true and provable...!
Lowell Bergman: That's not the fucking point, whether you told the truth or not!... Hello?
Jeffrey Wigand: I told the truth... I told the truth... I've got to teach class. I've got to go. I've got to teach class.
Lowell Bergman: And I've got to refute every fucking accusation made in this report before The Wall Street Journal runs... I am trying to protect you, man.
Jeffrey Wigand: Well, I hope you improve your batting average.


10. Łowca androidów (Stany Zjednoczone 1982, reż. Ridley Scott)

Nie jestem fanem Scotta, ale Łowca androidów mu się udał. Niesamowity nastrój, ładna równowaga między sci-fi a motywem miłosnym i oczywiście ten krótki monolog. Android bardziej ludzki niż człowiek. Szczerze wzruszające.




I've seen things you people wouldn't believe. Attack ships on fire off the shoulder of Orion. I've watched c-beams glitter in the dark near the Tannhäuser Gate. All those ... moments will be lost in time, like tears...in rain. Time to die.



Bonus - Brudny Harry (Stany Zjednoczone 1971, reż. Don Siegel)

Ani dialog, ani mowa motywacyjna, ale prawdopodobnie mój ulubiony filmowy cytat.
Zaczyna się w 1:45, ale cała scena warta obejrzenia.




(...) this is a .44 Magnum, the most powerful handgun in the world, and would blow your head clean off, you've got to ask yourself one question: "Do I feel lucky?" Well, do ya, punk?

poniedziałek, 6 lipca 2015

Podsumowanie miesiąca: czerwiec 2015


Drive (Stany Zjednoczone 2011) - reż. Nicolas Winding Refn


Sesja zebrała swoje żniwo. Wakacje zaowocowały wyjazdami. Lenistwo popchnęło w stronę seriali. Ale działam, oglądam, myślę, więc jestem. Automat na drajw daję i do roboty, bo wakacje się zaczęły! Życzę udanych wczasów i miłej lektury.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Nostalgia za VHS w najlepszym wydaniu

Kung Fury (Szwecja 2015) - reż. David Sandberg

Oto historia filmu w pigułce: było kilku kolesi w kamizelkach do garnituru, z zegarkami na łańcuszkach i oni robili filmy. Ponieważ coś tam na teatrze się znali, to angażowali aktorów do odgrywania swoich ról przed dziwnymi skrzynkami na trójnogach. I to był zawód ekskluzywny, bo rzadki i ekscentryczny, bo kosztowny. Później, długo, monopol na twórczość filmową mieli tacy właśnie nadmiernie wyprostowani panowie, ale w kamizelkach moro z dużą ilością kieszeni. Uważali przez cały czas, że sztuka filmowa jest od wybranych dla wybranych. Jednak technologia postępowała błyskawicznie i japy zamknęły im kamery VHS, czyli takie urządzenia, co to nagrywały na kasetach. Kasety można było prosto z kieszeni kamery wsunąć do odtwarza w domu i rodzinie pokazać występ córki na jasełkach. A więc kamera, dzięki systemowi VHS, stanęła w finansowym zasięgu śmiertelników i świat stanął na głowie. Okazało się, że nie tylko nadęci brodacze z obcym akcentem mogą robić filmy fabularne. Powstał zupełnie nowy rynek - od każdego dla każdego.

Kung Fury (Szwecja 2015) - reż. David Sandberg

piątek, 5 czerwca 2015

Podsumowanie miesiąca: maj 2015

Kadr z filmu Wyrmwood w reż. Kiah Roache-Turnera.

Witam. Jest forma, pojawiła się słoneczko, fala grillowa przechodzi przez Wrocław, ale nic nie powstrzyma mnie przed małym podsumowaniem. Miesiąc skrajności - ciekawe nowości i piękne klasyki. Po prostu kawał dobrego kina. Pozdrawiam.

wtorek, 26 maja 2015

Festiwal krwi i oktanów

Mad Max: Na drodze gniewu (Australia 2015) - reż. George Miller

Nie należę do osób, które ukrywają swój brak sympatii. Podobnie zresztą chętnie mówię o filmach, które wyjątkowo mi się podobały. Do Mad Maxa posiadam jednak tak niejednoznaczne uczucia, że wypowiem się inaczej. Zastanówmy się razem dla kogo właściwie ten film jest? Kto będzie bawić się na nim najlepiej? Kto najczęściej będzie o nim wspominał na  najbliższym spotkaniu? Ale realistycznie, w granicach naszego kraju. Rozejrzyjmy się wokół, spójrzmy w niczego niedomyślające się twarze naszych przyjaciół, którzy twierdzą, że "lubią filmy" i zastanówmy się - czy jemu/jej ten film by się podobał? Realizm ten może się przypadkiem rozrosnąć, ponieważ pomimo znakomitych recenzji, zmora, która niszczy kino, czyli BOXOFFICE, pupy nie urywa. A nie ukrywajmy, o to chodzi w przypadku reaktywacji tytułu sprzed trzech dekad - o hajsik. Ukłon-w-stronę-widzów-łaknących-trochę-postapokaliptycznej-rozwałki my ass. Można było film nazwać Na drodze gniewu, a głównej postaci dać na imię Fryderyk. Ale dwa magiczne słowa Mad Max i każdy pędzi w piąteczek do kina.

Banda anonimowych psychopatów. Dużo ich w tym filmie.

środa, 20 maja 2015

Podsumowanie miesiąca: kwiecień 2015

Rzadki, kolorowy fotos z planu Słodkiego życia w reż. Federico Felliniego.

Wiem, że niewiele. Kwiecień spędziłem na zamęczaniu swojej wątroby i graniu w Terrarię, więc kinematografia nieco ucierpiała. Co nieco jednak zobaczyłem i to opisałem. Tymczasem wracam z normalnym trybem, bo maj to czas zmian, podobno.