Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowania miesiąca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowania miesiąca. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 sierpnia 2016

Podsumowanie miesiąca: czerwiec 2016

Kurcze, czasem podczas wakacji, ciężko zebrać się co długim dniu pracy, żeby coś napisać. Gorąco jest, lekki ból tyłka o znajomych nad morzem też jest, tylko się chce piwkować i oglądać serialiki. I tak było, do dzisiaj. Podsumowanie, później kolejne, za lipiec, ale potem naskrobię coś normalnego.

Kadr z filmu Wielki błękit w reżyserii Luca Bessona.

Raport z Europy (Stany Zjednoczone 2013) - reż. Sebastián Cordero
Nie jest hitem, o którym mówi się tak jak o Interstellar, nie bez powodu. Film porządny, ale brakuje tego nieuchwytnego czegoś co zachwyca i zmusza do chwalenia się udanym seansem każdej osobie przez kilka kolejnych dni.
Opowiada historię misji załogowej w kierunku Europy, podczas której oczywiście pojawiają się kłopoty. To ciekawe w jakim kierunku zaszedł współczesny film amerykański. W żywiołowym dążeniu do unikania klisz, czyli wszystkiego co już było w fabule i formie okazuje się, że zostaje niewiele filmu, a klisze, jak na ironię, i tak są powielane. Film jest zmontowany jedynie z ujęć kamer pokładowych lub wprost ze skafandra, co tworzy napięcie. Było parę razy, ale nie na taką skalę i to wciąż motyw świeży. W misji biorą udział oryginalne i unikatowe charaktery - stare jak Alien, ale motyw na tyle ładny, że można tylko pochwalić. Statek jest oczywiście megafuturystyczny (bo to nie NASA tylko zupełnie inna, bardzo bogata korporacja) i hipernowoczesny (bo kto ma najlepszą technologię na świecie?), a więc jest obecny delikatny patriotyzm pod sztandarem sci-fi. Fatalizm w kosmosie zdaje się być głównym motywem filmów amerykańskich o wyprawach międzygwiezdnych. I mimo, że film jest świeży jak pasta do zębów, to i tak naśladuje te wszystkie punkty po kolei.

Czas na miłość (Wielka Brytania 2013) - reż. Richard Curtis
Zawsze tak okropnie przejeżdżam się po kinie amerykańskim, a na angielskim się nie skupiam. A więc: oczywiście ciapowaty bohater w poszukiwaniu miłości, idzie jak po grudzie, ale ostatecznie wygrywa jego siermięgowaty urok osobisty, przesłodki obiekt wzdychań jest miłością, ale i podporą, uczy wiele głównego bohatera, co powoduje przełom w fabule, a wszystko kończy się szczęśliwie.
Warto jednak dodać, że Czas na miłość to film niezwykle nietypowy, ponieważ to komedia romantyczna fikcji naukowej. Wiem jakm to brzmi, ale efekt jest znakomity. Protagonista przenosi się w czasie, aby w ten sposób zdobyć kobietę marzeń i robi to aż do skutku. Oczywiście wiele się dzieje i na tym tylko film nie poprzestaje, ale to już trzeba obejrzeć na własne oczy. Nie trzeba, można.

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie (Stany Zjednoczone 2014) - reż. Seth MacFarlane
Ten sam reżyser, który stworzył Family Guy'a i raczej nie można się po nim spodziewać innego stylu. Żarty na poziomie licealisty (czyli na moim), jeden wielki pastisz wszystkiego (głównie westernu), antybohater, który jednak winszuje i wychodzi ze wszystkiego bogatszy o doświadczenia.
Film ujdzie, ale na pewno nie urywa czterech liter. Daję mu wysoką notę, ponieważ śmiałem się na głos. Ale to znane i wypróbowane poczucie humoru nie mogło mnie nie bawić. Jeśli kogoś bawi Family Guy, może sięgnąć i po to. Polecam i pozdrawiam.

Ugotowany (Stany Zjednoczone 2015) - reż. John Wells
Coś bardzo dziwnego. Film dla konkretnej profesji? Tak mocno sprofilowany gastronomicznie, że dziwie się, że da się to oglądać nie umiejąc gotować. Może zadowolić fanów tych dziwnych programów kulinarnych, gdzie każdy krzyczy, przeklina, rzuca talerzami, a rygor w kuchni jest jak w wojskowych barakach. Z drugiej strony strony nie mogę powiedzieć, że źle mi się to oglądało. Bo dobrze. Ale dziwnie.
A przecież występuje w nim Bradley Cooper, którym hojłud się niemal zachłysnął. Mam nadzieję, że cały ten zachwyt nie odbije się czkawką, a zdolny aktor za szybko się nie wypali. Tak, kulinarne metafory. 

Diabły (Wielka Brytania 1971) - reż. Ken Russell
Wielkie rozczarowanie. Przez moich filmowych mentorów film stawiany w ten sam szereg co najlepsze dzieła wszech czasów, i co? Nic, nuda, kupa, pretensjonalna sztuka filmowa i antyradykalna propaganda. Bardziej niż bezcelowych blockbusterów o superbohaterach nienawidzę kina kontrowersji. A ten film szuka ich natarczywie, byle tylko być bardziej skandalicznym, przesunąć tę granicę, pokazać więcej, móc się chwalić ilu to scen nie można wyświetlić w ilu to krajach. Mierzenie sukcesu w kontrowersji to oznaka niskich ambicji i to zresztą widać w tej produkcji. Uciekanie się do mieszania golizny, gore i tematu religii o tym świadczy. Ten film nic nie zmieni twojego życia. Powiem więcej. Nawet cię nie wkurzy. On po prostu sobie jest i właściwie nie wiem jakie miejsce mu się w kinematografii należy. Wymienianie go jako najbardziej kontrowersyjny to szczyt komplementu. Polecam fanom von Triera.

Odmienne stany świadomości (Stany Zjednoczone 1980) - reż. Ken Russell
Bożesz ty mój, jak bardzo mierzi mnie marnowanie potencjału. Niech ktoś, kto się nie zna na montażu,  bardzo proszę, nie zabiera się za film, który wymaga montażu z najwyższej półki.
Film ten opowiada o halucynogennych efektach badań niekonwencjonalnego naukowca. Można z tym pójść w dwie strony. Albo zrobić słodko tandetny horrorek, który po latach będzie się oglądąć dla rozrywki, albo pójść w całkowitą psychodelę i wywinąć film wyprzedzający swoje czasy pod względem formalnym. Russell jednak nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Poszedł w totalną przeciętność mieszając oba składniki, posypując to odrobiną hippiesowskich antywesternów i zupełnie niepotrzebnie dodając elementy melodramatyczne. Coś okropnego. A mogło wyjść dzieło na miarę Pi. Do tego jednak trzeba filmowego kunsztu, a nie partactwa.

Zbrodnie i wykroczenia (Stany Zjednoczone 1989) - reż. Woody Allen
Cóż innego mogę napisać, jak tylko "typowy Allen". Już nie da się chyba bardziej typowo, jak Allen jest typowy. Idealny model małżeństwa klasy wyższej, gdzie mąż zdradza z miłości, ale jako człowiek zasad postawia zakończyć hańbiący związek. Decyduje się na bezinwazyjne wyjście... Morderstwa? No pewnie, to przecież historia amerykańska. Gdyby ten sam wzór przenieść na kino innych narodowości, powstałoby zwierciadło tych narodów i ich kina. Niesamowite jak typowy Allen jest typowy.
Tak, występuje w nim on sam, a swoją postacią stawia szereg postulatów społecznych i zawodowych. Owszem, sprawa dotyczy bogatej rodziny intelektualistów w średnim wieku z dużego miasta. Naturalnie, że film jest powolny i beznamiętny, mimo swojej pozornej ważkości. Wszystko jest takie miałkie i niechlujne, jakby gorszą wersją hitów Allena. Trudno.

Dope (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Rick Famuyiwa
Ciekawe połączenie współczesnej afroamerykańskiej kultury z nostalgią lat 80. i 90. Film zdecydowanie dla młodych, ponieważ nie stara się być żenująco na czasie, tylko jest faktycznie. Kilka wabików w postaci ładnych pań, dobrej muzyki i współczesnych internetowych odniesień schlebi młodemu widzowi i przykuje uwagę. Co ważniejsze film charakteryzuje świeży powiew nowego kina amerykańskiego, więc korzysta z mocarnego dziedzictwa w nalepszy sposób - nie kopiuje, tylko ewoluuje w lepszą formę (pykam ostatnio trochę w Pokemon GO, więc tego) co zawsze jest sygnałem dobrej zmiany. Szkoda, że na to nigdy nie ma wielu zwolenników.
Podoba mi się nurt nowego kina, który nie jest zapatrzony w kino minionych dekad jak w jedyne możliwe rozwiązanie, tylko korzysta z niego jak ze skryptu. Uczy się kina i na podstawie tej wiedzy tworzy rzeczy nowe. Oznaka posiadania zmysłu artystycznego, a nie dolarów za źrenice.

Wielki błękit (Francja, Stany Zjednoczone 1988) - reż. Luc Besson
Piękny, kolorowy, dobrze zmontowany i jeszcze lepiej sfotografowany, do tego bardzo nietypowy. Urywek świata, którego na co dzień się nie widzi, ale dzięki temu filmowi można go posmakować. Film traktuje o dwóch nurkach zawodowych, którzy trudnią się nurkowaniem bez sprzętu. Mało tego, biorą udział w zawodach, w których jednak oni stale stanowią czołówkę.
Film osiąga idealny balans między światem wyobraźni, komedii i dramatu. To po prostu dobre dzieło, a twórca znakomicie wie o co chodzi w tym co robi. Rzadko się to ostatnio zdarza, ponieważ czasy filmowych gigantów, którzy rozumieli tę sztukę, już minęły. Warto obejrzeć tylko dla twórczego aspektu, a historia również z pewnością nie rozczaruje.

Mały Wielki Człowiek (Stany Zjednoczone 1970) - reż. Arthur Penn
Antywestern, jak się patrzy. To taki nurt, w którym nie wstrętni, aroganccy, egocentryczni kowboje są w centrum uwagi, a rdzenni mieszkańcy Ameryki. Znajdzie się wielu przeciwników jak i zwolenników takiego nurtu. Dla mnie natomiast liczy się film jako dzieło. Ten stoi na poziomie przeciętnym, ale jeszcze nie to jest najgorsze. To gra Dustina Hoffmana, niezwykle ekspresywna i infantylna. Człowiek tak okropnie irytuje, że prawie nie da się tego oglądać.
Mimo wszystko jednak nie można zapomnieć o chwalebnym przekazie i nawarstwiającym się sarkazmie na temat stosunków amerykańsko-indiańskich. Film bywa śmieszny, smutny i na pewno jest bardzo długi. A niezaprzeczalnym plusem, który dominuje minusy jest fakt, że traktuje on o jednym niezwykłym człowieku, której on sam jest narratorem. Koniec końców na plus.


czwartek, 23 czerwca 2016

Podsumowanie miesiąca: maj 2016

Kawał czasu minął, a nie za wiele filmów i nawet nie wiem co tu napisać.
Właśnie patrzę przez okno jak kot dachowiec balansuje na poręczy balkonu na pierwszym piętrze i czai się, żeby wskoczyć przez okno do mieszkania obok. Uda mu się? Powoli, kroczek po kroczku.
Dobra, teraz priorytetem jest wytrzeć pyszczek o ścianę. I nagle wskoczył, kto by się spodziewał! Stoi na parapecie, chyba bada teren, i właśnie zdecydował się wejść do środka. Ciekawe jak długo, zanim ktoś go stamtąd wykopie. Ale i tak będzie za późno, pchły zostały rozniesione.
Właśnie wyziera z obcego pokoju jak z własnego w tryumfalnym geście zamorskiej zdobyczy. Bezczelny kiciuch wie o co chodzi. Teraz odpoczywa w cieniu na wysokości, na której dzieciaki nie będą go męczyły. Wygląda dostojnie jak rzeźba lwa na gzymsie katedry. Ale to tylko szary w pręgi dachowiec na skraju parapetu. Każdy ma prawo do marzeń.

Kadr z filmu Victoria (Niemcy 2015) w reż. Sebastiana Schippera. Po prawej zakapiory, ale o złotych serduszkach.

Nieznajomi z pociągu (Stany Zjednoczone 1951) reż. Alfred Hitchcock
Była ochota na fiolm noir, wpadł film noir. Robię co chcę, duży ze mnie chłopiec. Zaraz upiekę sobie naleśników, bo TAKĄ MAM OCHOTĘ. Zanim, jeszcze wrócę Hitchcocka. Jak zwykle klasa. Raz na jakiś czas, kiedy wiara w kino powoli upada warto wrócić do dawnych fascynacji, nieżyjących mistrzów dwutonalnych arcydzieł i przypomnieć sobie o co chodzi w opowiadaniu historii.
Piękny thriller. Czarny bohater jeszcze sprzed ery infantylnych, nigdy-się-nie-uśmiechających czarnych bohaterów. Każdy facet to pan, dżentelmen wręcz, a cała zatarczka odbywa się na tych dziwnych, ale jasnych dla każdego zasadach. Są rzeczy, których niewolno i w takiej konwencji trzyma się film. Morderstwo to oczywiście co innego, nie było by thriller, bez zabójcy i trupa - ulubione tworzywo hitchcocka.
Dobrze, że człowiek robił filmy. Wzbogacił jakoś świat o swój geniusz, miło z jego strony.

Obsługiwałem angielskiego króla (Czechy, Słowacja 2006) - reż. Jiří Menzel
Przedziwny film. Miejmy to za sobą - nie przepadam za kinem czeskim, ok. Wiem, że jest ono uważane za kamień milowy światowej kinematografii i każdy pyta, ej, a widziałeś to a tamto. Niestety, najcześciej odpowiedź jest przecząca.
Więc chcąc odkupić winy czułem się w obowiązku obejrzeć w końcu coś czeskiego.
I proszę, trafiłem na czeskie Zezowate szczęście, jak ktoś to określił w komentarzu na Filmwebie, i faktycznie tak jest. Jakieś rozliczenie z wojenną przeszłością Czech, trochę wspominek, historia cywila podczas wojny oczywiście w wątku seksualnym, jak to Czesi lubią. Ekscentryzm filmu trzeba docenić, bo wyłamuje się on z jakichkolwiek ram do tej pory przyjętych. Aktor pierwszoplanowy jest znakomity - trochę jasiofasolowaty, trochę cyniczny. Film pozostawia dobre wrażenie, szczególnie ze względu na sposób opowiadania historii. Przelatuje przez niemal całe życie hotelowego kelnera, który to jest również narratorem. Angażuje w wydarzenia, starając się zaprzyjaźnić z widzem.
Można polecić, ale dla osób zainteresowanym taką tematyką i formą kina.

Victoria (Niemcy 2015) - reż. Sebastian Schipper
Póóóźny seans dopasował się do fabuły, również osadzonej późno w nocy. Jednoujęciowa historia miłości z porachunkami gangsterskimi na szczeblu osiedlowym w tle. Wzbudza to uczucia wspólnego spędzania czasu z bohaterami, co szybko skutkuje silną oceną ich postawy generalnie emocjonalnym podejściem do wydarzeń. Ciekawy zabieg, podoba mi się ten trend we współczesnym kinie.
Film jest nieco nierówny, raz szybki, potem wolniejszy, raz lepiej oświetlony, raz gorzej, raz lepiej zagrany, a raz gorzej, ale wciąga na tyle można to zignorować.
Jeden z filmów niszowych, który spokojnie można polecić każdemu. Spora odmiana od głównego nurtu, mimo popularnego motywu napadu na bank, bo naprawdę nie tym skupia się reżyser.

Tajemnica Andromedy (Stany Zjednoczone 1971) - reż. Robert Wise
Seans odbywany chyba na cztery razy. Choć to nie wina filmu, tylko moja, że zawsze zabierałem się za niego o porze, którą amerykinin określiłby "nad ranem", ale również nie należy do najbardziej fascynujących filmów pod słońcem. Zwykły, oldschoolowy sci-fi z mikroskopijnym morałem, którym jest przestroga przed rozwijającą się, coraz bardziej potężną technologią, która zamiast pomagać może niszczyć. Film raczej dla fanów gatunku, wtedy ucieszy się należącym mu się uznaniem.

Lewiatan (Rosja 2014) - reż. Andriej Zwiagincew
Mocna rzecz, nie ma co. Potwornie ciężka do oglądania ze względu na ilość niepowodzeń i nieprzyjemności, które dotykają głównych bohaterów. Chciałbym powiedzieć typowy krajobraz Rosji, ale co ja się na tym znam. Powiem więc: krajobraz chlaństwa, łapówkarstwa, bezprawia i postkomuny.
Oprócz tego film kręcony niedaleko wschodniej granicy Finlandii, co skutkowało niezwykłymi zdjęciami, a nawet kontrastem między wydarzeniami, a drugim planem. Przyzwyczajony jestem do Rosji zakopanej w brązowym, rozjeżdżonym przez stare Lady śniegu, w jakiś postkomunistycznym mieście z pomnikami czerwonej gwiazdy, szerokimi ulicami głównymi, i wielkimi puchowymi czapkami. Ale nie w tym malowniczym miejscu. Zupełnie inaczej się to ogląda. Krajobraz niejako usprawiedliwia bohaterów, że oni również są częścią tej pięknej planety i należy im się odrobina szczęścia. Cóż, nie w tym filmie. Polecam go jak najbardziej, ale uprzedzam, że nie jest lekki.

Spotlight (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Tom McCarthy
Podobno wygrał Oscara. Ja nie mogę, najlepszy dowód na to jak ta uroczystość jest poustawiana. Filmowi daję słabe 6. Jest bezcelowy. Wykorzystuje sztukę filmową jako narzędzie do wielkiego antykościelnego postulatu i przedstawia jakąś śmieszną fabułkę o pracy dziennikarzy, czy coś. To są nawet dobrzy aktorzy, ale film nie posiada tego fajnego klimatu rozwiązywania sprawy przez sprytnego i zaradnego dziennikarza śledczego. Jest płaski, ma formę prawie, że dokumentu. Brakuje w nim dynamiki, puenty, bo reżyser stwierdził, że sama tematyka wystarczy.
Nie wystarczy. Na takie tematy się zwykło pisywać książki. Więc problem nie leży w filmie, tylko w amerykańskiej publiczności. Książki nikt nie przeczyta, ale film obejrzy każdy, because movie night. Spoko, byle się przebić z ważną kwestią. Ale do tego wszystkiego dochodzi nagroda akademii filmowej, którą pewien opalony człowiek na YouTube nazwałby lewicową propagandą liberalnego establishmentu i miałby rację. Co złego to nie ja, pierwsza poprawka konstytucji USA, wolność słowa, opinii itd., ale to po prostu słaby film jest i tyle. I trzeba by czegoś więcej niż sam cel zwrócenia uwagi amerykańskiego widza. Bez czegoś więcej to tylko propaganda.

piątek, 6 maja 2016

Podsumowanie miesiąca: kwiecień 2016

W poprzednim podsumowaniu zauważyłem, że oglądam niepokojąco dużą ilość kina amerykańskiego, a resztę świata zupełnie zaniedbuję. W kwietniu postanowiłem to zmienić, przez odwyk od tej kinematografii. Poszło częściowo dobrze, o czym poniżej.

Kadr z filmu Turysta (2014) w reżyserii Rubena Östlunda.

Widzę, widzę (Austria 2014) - reż. Severin Fiala, Veronika Franz
Film, na który zwrócono moją uwagę licznymi recenzjami. Znakomity horror, mówiły, przewrotne zakończenie, ciężka atmosfera, świetnie nakręcony.
Cóż, nic dodać, nic ująć. Zresztą, niewiele można dodać, żeby nie zepsuć seansu. Najwyżej krótko zarysować fabułę. Rzecz się dzieje na kompletnym odludziu, w domu bogatej samotnej matki z bliźniakami. Wraca ona po operacji plastycznej do domu, lecz jej synowie mają wątpliwości co do jej prawdziwej tożsamości. Atmosfera w domu robi się coraz bardziej gęsta.
Film faktycznie ma wspaniałe zdjęcia. Każdy element występujący w filmie ma swoje znaczenie. Mam wrażenie, że nawet uroda aktorów. Odczuć można paranoiczny nastrój filmu austriackiego. Im więcej ich oglądam tym bardziej się zastanawiam, w czym leży przyczyna. Film jest znakomity. Przyrównać go można do greckiego Kła, tu jednak widać wyraźniejsze ramy horroru.

Trzy (Hongkong, Tajlandia, Korea Południowa 2002) - reż. Peter Chan, Nonzee Nimibutr, Jee-woon Kim
Trzy nowele filmowe, przedstawiające azjatyckie mity i legendy w formie horroru. Jak to bywa z nowelami filmowymi, reżyserowane są przez trzech różnych artystów i różnią się nie tylko stylem i treścią, ale i poziomem. Pierwsza przypomina klasyczny japoński horror, w którym straszą dziewczynki z długimi, zasłaniającymi bladą twarz włosami. Kolejna, niestety najniższa poziomem, opowiada o lalce rzucającej klątwy na rządnych władzy mistrzów. Lalka nie jest ożywiona, a aktorzy nie są utalentowani. Trzecia, pomimo że posiada wszelkie elementy porządnego dzieła, to pozostawia nieusatysfakcjonowanym. Jest nudnym melodramatem, w którym brakuje polotu i grozy.
Filmu nie polecam, chyba że ktoś jest fanem azjatyckich opowiastek grozy, ale wtedy zapewne zna lepsze pozycje spoza głównego nurtu.

The Ring - Krąg (Japonia 1998) - reż. Hideo Nakata
Oryginalny. Znaczy lepszy? Albo inny? Na pewno pierwszy. A reszta podlega osobistym preferencjom. Amerykański remake różni się podejściem do tematu w kwestii technicznej oraz w zamknięciu historii. Japońskie zakończenie może się wydawać rozczarowujące, ale pamiętajmy, że kino japońskie nie jest nastawione na zadowolenie szerokiej rzeszy widzów, tylko na stworzenie prawdziwego dzieła, a to się udało.
Poza tym warto dodać, że film wyznacza kanon i rozpoczyna modę na innego rodzaju horrory na całym świecie. Zamiast lejącej się krwi i wyskakujących nagle potworów dostajemy ogromne napięcie psychiczne i tylko kilka wstrętnych ujęć, jako dopełnienie. Film zdaje się być powolny i niezmierzający donikąd, ale można mu to wybaczyć, ponieważ od połowy ludzie zaczynają umierać, a nic tak nie ożywia atmosfery jak trup (szkoła Hitchcocka). Nie zdumiewa, ani nie powala, ale nie marnuje czasu. Oglądasz na własną odpowiedzialność.

Noroi (Japonia 2005) - reż. Kôji Shiraishi
Horror dokumentalizowany, jak twierdzi Filmweb. Słusznie, bo ma ciekawą formę, w której udaje autentyczny zapis filmowy poczynań dociekliwego dziennikarza na tropie nadprzyrodzonych, nierozwiązanych zagadek. Być może brzmi tandetnie, ale naprawdę nie jest. Kawał strasznego kina.
Film nie gubi się w swojej formie, ale wykorzystuje ją przez umiejętne łamanie czwartej ściany, przez co nawiązuje z widzem kontakt intymny i angażuje go w wydarzenia. Jest, przyznaję, kilka momentów mniej lotnych, ale całokształt zadowolił mnie, porządnie przestraszył i zapisał się w pamięci.
Pamiętam swoją nagonkę na udawany realizm filmów o zombie. Tutaj sytuacja jest nieco inna, bo mniej niedorzeczna. Mimo dociekania zjawisk nadprzyrodzonych, wszystko wciąż można zrzucić na choroby psychiczne, a styl found-footage (czyli dla przykładu Blair Witch Project czy Paranormal Activity) dodaje straszności przez swój realizm. Poza tym nie ma tutaj żadnych nieistniejących faktycznie zjawisk. Opętani ludzie, maski japońskich demonów i kilka tajemniczych postaci załapanych na taśmie filmowej.
Polecam, bo mocne, a może nawet komuś spodoba się gore'owe zakończenie.

Delicatessen (Francja 1991) - reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro
Nie do końca to chciałem oglądać. Przekonany, że włączam bałkański film Underground obejrzałem tę francuską komedię. Powiem szczerze, że nie widzę jej przekazu, oprócz tego najbardziej oczywistego, że ludzie podczas tragedii dziczeją. Jednak ogromną częścią filmu jest forma, na którą znowu w większości składają się zdjęcia i światło. Powykrzywiane, pomarańczowe twarze w szerokokątnym obiektywie wyglądają naprawdę groteskowo ułatwiając przy tym aktorom ekspresję skrajnych emocji i tworzenie gagów sytuacyjnych. Kilka miłych elementów w postaci wspaniałego montażu i film początkowo przypadkowy okazał się całkiem przyjemny.
Polecam fanom dużej formy i prostej treści.

101 Reykjavík (Islandia 2000) - reż. Baltasar Kormákur
Ogromne rozczarowanie. Film nudny, prosty jak budowa cepa, kompletnie nie angażujący uwagi i wcale nie ukazujący Islandii, a najwyżej życie jakiegoś nieudacznika. Męczący seans, zresztą dwuetapowy, bo przy pierwszym podejściu film mnie uśpił. Melodramat niskich lotów. Jeśli to jest "dobre islandzkie kino" to więcej po nie sięgać nie będę.
I jeszcze jaki ten główny aktor był irytujący.

Człowiek z żelaza (Polska 1981) - reż. Andrzej Wajda
Tragedia jakaś. Mamy w Polsce naprawdę kilka dobrych filmów, ale ten do nich nie należy. Patriotyczne kino, bleh po raz pierwszy. Długi jak skurczybyk, bleh po raz drugi. Fatalna gra dobrych na ogół aktorów, bleh po raz trzeci. Trzy razy nie, dziękujemy.
Wymęczony seans straszliwie, w końcu na telefonie w sobotni poranek skończyłem. Radości nie było końca.
Wajda to ten dziwny reżyser, który w mojej opinii posiada wzloty i upadki. Albo inaczej - robił dobre filmy na początku kariery. Od lat 80. było tylko gorzej. Spełnianie posłanniczej roli orędownika patriotyzmu nie wychodzi mu dobrze, bo w każdym dziele widać to paskudne umartwianie Polaków. Nie sądziłem, że to powiem, ale może powinien brać przykład z amerykańskiego kina pompatycznego, albo nawet z humorem spojrzeć na historię. Coś jak Forrest Gump w Wietnamie. Da się? Cenię człowieka jako filmowca, udziela ciekawych wywiadów, ale niektórych jego filmów po prostu nie trawię.

Wolf Creek (Australia 2005) - reż. Greg McLean
Interesujący, nieco szablonowy, ale mimo to wciągający horror z Australii. Na ich własnym podwórku chyba dość popularny sposób podróżowania w stylu filmowej trójki, czyli w tanio kupionym aucie i z namiotami. Nie wiem jednak, czy równie popularnym sposobem pozbywania się swoich turystów jest przedstawiona w filmie zbrodnia. Jednak po seansie, zaciekawiony zapewnieniem o opieraniu historii na faktach, pogrzebałem w żebrzącej o hajs Wikipedii. Naprawdę dużo ciekawych/przerażających historii wzięto na wzór do Wolf Creek. Czytając rozległe artykuły miałem jednak wrażenie, że stanowią gloryfikację morderców, a nie obiektywny opis. Patrząc na film nie ma wątpliwości kto jest zły. Szkoda jednak, że twarz aktora, który gra kata, nieraz zdradza przebłyski wspaniałego, dobrego charakteru. Zagrał naturalnie i naprawdę dobrze, ale za dobrze mu z oczu patrzy.
Bardzo dobry młodzieżowy horrorek, z konkretnym obiektem grozy. Służy do "orania się" i ma kilka dobrych "styków", yo.

Turysta (Szwecja 2014) - reż. Ruben Östlund
Szanuję reżysera. Potrafi z sytuacji błahej, albo niesztampowo niepokojącej wykrzesać maksimum emocji i pomyślnie przelać je na widza tak, aby czuł się zaangażowany i przejęty. Najpierw buduje napięcie, jeśli takie tu w ogóle występuje, później tłumaczy sytuację, a na końcu przeprowadza punkt kulminacyjny będący przełomem i szybko rozładowuje napięcie. Dość podobnie skonstruowana jest jego Gra. Tu jednak twórca zastanawia się nad męstwem XXI wieku, a może bardziej jej kryzysem. Przedstawia mężczyznę na jego współczesnym typowym tle, czyli z rodziną, którą stara się prowadzić najlepiej jak można. Wystarczy jedna głupia sytuacja, a jego przeciętna żona w zwykłych ciuchach i zwykłe dzieciaki o typowych zainteresowaniach stanęły przeciwko niemu, a to może być dla niego za dużo. Czy mężczyzna jest teraz naprawdę o tak stępionych zmysłach? Na tyle słaby i bezradny?
Przy tym wszystkim film nagrany jest wspaniale, dobrze zmontowany, a aktorzy zdają się czuć na planie jak na deskach własnego teatru. Wszystko jest super.

środa, 20 kwietnia 2016

Podsumowanie miesiąca: marzec 2016

Filmy niepozorne, powolne, często oglądane na kacu. Towarzyski wyszedł marzec, więc mało czasu na hobby i zainteresowania, ale co wpadło, to opisałem. Smacznego.

Kadr z filmu Nói albinói, Tómas Lemarquis w roli tytułowego bohatera. Oczywiście, że w lusterku widać ekipę filmową.


Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część II (Stany Zjednoczone 2011) – reż. David Yates
Wielkie uwieńczenie potężnego zbioru wspaniałych filmów o przygodach niezdarnego społecznie magika. Jest odpowiednio epicki, odpowiednio przygodowy, wystarczająco mroczny, nawet trochę brutalny. Ma wszystko, co powinna mieć ostatnia część Harrego. Przy tym wszystkim nie jest dziecięca, a spokojnie zadowoli dorosłych nawet nastolatków.
Co tu dużo mówić, znakomity seans. Naturalnie tylko jeśli oglądane były poprzednie części. Przygodowo-magiczny przekaz Harrego na pewno nie trafi do osób, które zaczną oglądać od ostatniej części.

Kraina jutra (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Brad Bird
Tutaj napisałem o nim szerzej. Dodam tylko, że złe recenzje, na które trafiłem, jak się wydaje, są efektem „nudnej i przewidywalnej” akcji. Raczej – latem jest gorąco, a zimą zimno. Film familijny oznacza, że przeznaczony jest dla całej rodziny, z naciskiem na dzieciaki. A one nie lubią skomplikowanej akcji, zawiłych wątków detektywistycznych i tak modnego ostatnio przewrotnego zakończenia. Wszystko ma stać na swoim miejscu, tam, gdzie można się tego spodziewać. To scenografia ma zdumiewać, a efekty specjalne dopełniać kompozycji.
Ludzie oczekujo za wiele, jego mać. Ja ci mówię przeca, to je dobry film i basta.

Poznaj mojego tatę (Stany Zjednoczone 2000) – reż. Jay Roach
Dżiz, mieszane uczucia. Z pewnością nie jest to przełomowo śmieszna komedia, ale z drugiej strony nie jest żenująca. De Niro jest spoko zawsze, natomiast Stiller ma swoje momenty. Plus za kilka przezabawnych scen absurdu, ale gagi słowne leżą i kwiczą o lepszego scenarzystę. A było ich czterech. Taki wrzód na dupie ten film, żeby czterech chłopa się za niego brało i mimo wszystko napisało film średni? Ogólnie przejdzie, ale nie polecam, bo jeszcze będzie na mnie.
Czy nadszedł moment w kinie, kiedy brak chały odbiera się za sukces? Ten film o tym świadczy.

Basen (Francja 2003) – reż. François Ozon
Niezły kryminał erotyczny. Kryminał, bo jest zbrodnia. Erotyczny, bo są cycki. Przepis prosty jak na ciasto do naleśników i raczej trudno to spieprzyć.
Nie należę do wielkich zwolenników francuskiego kina, ale tego filmu nie wyobrażam sobie w innej formie. Każdy element jest wspaniale dopracowany i nie przekombinowany. Kunszt artystyczny reżysera stoi na wysokim, dojrzałym poziomie. Powoli buduje napięcie, którego później nie trwoni natychmiast, ale tworzy w scenariuszu kilka miłych zawijasów.
W filmie główna aktorka gra znaną pisarkę. To chyba nie przypadek, bo film do złudzenia przypomina klasyczną powieść kryminalną. Nie ma niczego złego w takim budowaniu konstrukcji filmowej. Jest to jednak decyzja, która stawia na utracenie niektórych ciekawych środków wyrazów kina. Co kto lubi.

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach (Stany Zjednoczone 2011) – reż. Rob Marshall
Jedna z popularnych serii filmowych, których nie kupuje i sam się sobie dziwię. Wartka akcja, ciekawe okoliczności (piraci i w ogóle), dobre efekty specjalne i spektakularnie dobry Johnny Depp.
Mimo wszystko seans przemęczony. Poprzednie części bardziej mnie bawiły. Tu odczuwa się bezcelowość fabuły, a punkt kulminacyjny jest rozczarowujący. Żarty usilnie próbują postawić ten film po stronie przygodowej, bardziej, niż po stronie fantasy, są żenujące. Motywy poboczne, są tak nieistotne dla fabuły, że wnoszę, iż powstały tylko dla uzyskania kinowej długości filmu.
Koniec końców film zadowoli tylko fanów serii.

Barbarella (Stany Zjednoczone 1968) – reż. Roger Vadim
Film fatalny i świetny jednocześnie. Ktoś dobrze wykumał, żeby boską Jane Fondę rozbierać do każdej sceny. Swoją drogą, czy mylę się jak mówię, że to początek trendu w kinie, kiedy seksualność jest środkiem samym dla siebie? Przecież ten film kręci się wokół seksu i ud Fondy, a nie ma to żadnego wpływu na fabułę. Powiedziałbym więcej. Ktoś chyba napisał scenariusz sci-fi tylko po to, żeby aktorkę można było przebierać w różne niedorzecznie seksowne stroje.
Nie mniej jest magia fikcji naukowej filmu amerykańskiego lat 60., a to wspaniały nurt był, zupełnie niepowtarzalny. I plusik za kilka przyjemnych, humanistycznych idei przemyconych do fabuły. Nawet jeśli mają tylko usprawiedliwiać istnienie filmu, żeby nie posiadał tylko nagiego ciała Fondy, to robią dobrą robotę. Hameryka już pięćdziesiąt lat temu była przed nami mentalnie o sto lat do przodu, a pięćdziesiąt plus sto daje w sumie sto pięćdziesiąt lat, a to dużo. Za dużo. A teraz przez kolejne cztery lata będzie tylko regres.

Nói albinói (Islandia 2003) – reż. Dagur Kári
Włączałem niechętnie. Pewnie kolejny niezrozumiały dla mnie film regionalny o nowoczesnym Romeo i Julii, tylko w innej scenerii.
I tak było, ale w zupełnie pozytywnym sensie. Mroźny klimat utrzymuje się nie tylko wizualnie, ale również w tzw. klimacie filmu. Blokowane uczucia, powstrzymywana miłość i nieudana ucieczka w nieznane idealnie pasuje do islandzkiej zimy. W koło puste wzgórza i drogi, po których nikt nie jeździ. Na tym tle Nói, próbuje ułożyć sobie życie po swojemu, nie po czyjemuś i wydawać się może, że jest kolejnym zbuntowanym młokosem, którego trzeba przytemperować. Ale im dłużej myślę o tym filmie widzę, że jedyne do czego rościł sobie pretensje to odrobina szczęścia.
Seans smutny, ale budujący. Pozwala docenić to, co się już ma.

Whiplash (Stany Zjednoczone 2014) – reż. Damien Chazelle
To nie prawda, że film jest przeznaczony tylko dla fanów muzyki jazzowej, a już najlepiej uczniów i studentów szkół muzycznych. Jednak obraca się on tylko w takim środowisku. Mimo wszystko to uniwersalny dramat motywujący do pogoni za swoimi marzeniami i do znalezienia tej jednak rzeczy, którą lubisz w życiu robić. A wniosek: mimo krwi, potu i łez – warto. Warto, bo sukces nie jest usłany uśmiechami i klepaniem się po plecach, ale kopniakami w tyłek i policzkami. Wtedy jednak smakuje lepiej i jest zdecydowanie bardziej niepodważalny.
Film polecam każdemu i nie sugerujcie się muzyczną otoczką. To tylko dodatek. A zakończenie musi docenić nawet największy muzyczny ignorant, bo zawiera po prostu spektakularną solówkę perkusji..

Ghosts... Of the Civil Dead (Australia 1988) – reż. John Hillcoat
Film znalazłem, bo szukałem czegoś ciężkiego i australijskiego. Futurystyczne więzienie? Biorę.
Film był całkiem średni, ale faktycznie ciężki więc oglądałem dalej. Aż tu nagle znajoma morda pojawia się na ekranie. Przeca to ten, no, jak mu tam, Nick Cave! Brat bliźniak Maleńczuka. Każdy wie kto to, nikt nie wie co on komponuje właściwie. Człowiek słynący z bycia muzykiem gra psychola. Ot, jako popkulturowa ciekawostka. Robi to tak, jakby trochę sam siebie się bał i brakuje mu typowego obejścia aktora profesjonalnego, ale stara się jak może i doceniam to. Film sobie trwa, zaraz się kończy. Dobre, mówię. Zobaczymy co bracia ze światu filmu mówio. Nick Cave, och, Nick Cave, ach, bo przecież on jest muzyk, ale zagrał w fimie, niebywałe. I to jaką trudną rolę, mhmmm. 
I tyle? To teraz wystarczy, żeby jakiś muzyk zagrał w filmie i już jest bogiem? A czy ktoś widział jak bardzo nieprzekonujący był? Zupełnie przytłumił ciekawy główny wątek swoim darciem japy. Trudno, zagrał to zagrał, nie ma co drążyć tematu.
Ale te zależności działają w obie strony i aktorom też zdarza się coś śpiewać, a czasem nawet płyty wydają. Niechaj się więc wykażą, a nie bazują na popularnym pseudonimie. Dlatego jestem sceptyczny w stosunku do celebrytów udających aktorów. Do ciebie mówię, Kuba.

Spectre (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Sam Mendes
Najgorszy Bond. Totalnie miałki, bezcelowy, niedynamiczny, nawet podczas pościgów. Nic już nie robi wrażenia, tylko irytuje. Typ od gadżetów jak wypalony agent ubezpieczeń daje te zabawki Bondowi, który i tak ma je gdzieś. Przełożona agenta ma gorszy dzień w robocie i żałuje, że nie wzięła L4, a wrogowie Bonda jacyś bezbarwni. Strata czasu, nie satysfakcjonuje nawet pod względem akcji. Omijać.
Aha, no i nie czarujmy się, to już nie jest brytyjski Bond. Hajs zachodni, aktorzy zachodni, ekipa tez zachodnia. To może wiele tłumaczyć.

Deep Web (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Alex Winter
Chciałem dokument na temat drugiego dna Internetu, a obejrzałem wstrętnie stronniczy film broniący kolesia, który został skazany za prowadzenie podziemnej platformy służącej do handlu narkotykami. Miał przy tym złudzenia, że z niego mentor i lider jakieś społecznej rewolty. Nie, po prostu umożliwiłeś złym ludziom robienie złych rzeczy bez wychodzenia z domu. A tę byczą kupę o wojnie z narkotykami, na której rząd amerykański zarabia miliony zarezerwowujcie sobie na lewicowe spotkania organizacyjne w modnych kawiarniach. Film dobry, ale nie na temat.
I brak dowodów nie równa się niewinny.

Big Short (Stany Zjednoczone 2015) – reż. Adam McKay
Mimo formuły, która powinna tłumaczyć widzowi zjawiska ekonomiczne, które przedstawione są w filmie, jest on wciąż bardzo skomplikowany. Gra aktorska mimo swej zjawiskowości i wspaniałego klimatu Wall Street jest jakby na drugim planie w stosunku do formuły filmu, w której jeden z bohaterów jest również naszym lektorem i wtrąca się od czasu do czasu, przełamując barierę czwartej ściany.
Wszyscy mówią zajebisty, ja mówię może być. Brakuje czegoś, co dałoby mu rozgłos. Jakiejś szalonej sceny, przełomu, szaleństwa. A nie można odmówić mu amerykańskości, więc podczas seansu czułem niekompletność dzieła i mimo wszystko sporą przewidywalność. Poza tym dzieło korzysta z wielkiej ilości klisz, oblatanych pomysłów i znanych bajerów, co świadczy o lenistwie reżysera. Albo o niskiej wypłacie. Tak czy inaczej, można oglądać, ale czy trzeba?

Kocha, lubi, szanuje (Stany Zjednoczone 2011) – reż. Glenn Ficarra, John Requa
Jeden z tych wieczorów, kiedy po prostu włączasz pierwszą lepszą rzecz i nie zastanawiasz się nad niczym. Więc Gosling podrywa Emmę Stone? Ok, niech działa, ja sobie popatrzę. Steve Carell przeżywa kryzys pantofla wieku średniego? Cóż, zobaczmy co i jak, nie żeby mnie to przejmowało. Jakaś konfrontacja trzech wkurzonych facetów w ogródku czwartego? Prychnę, nie podnosząc głowy z wygodnego oparcia ręki.
Z takim nastawieniem można oglądać.

Rzeź (Stany Zjednoczone 2011) – reż. Roman Polański
Piękny! Wspaniały komediodramat konfrontacji. Coś, w czym Polański się specjalizuje.
Mamy dwa małżeństwa, które nigdy, jeśli nie w danych okolicznościach, by się nie spotkały. Padło jednak i trzeba rozwiązać sytuację. Dzieją się tu rzeczy niezwykłe i wszystko wygląda wiarygodnie. Natomiast praca reżyserka jest nienaganna. Aktorzy, którzy swoje szkoły ukończyli z pewnością, wciąż są prowadzeni przez artystę, który idealnie realizuje swoją wizję. Jeśli ten film nic nie wnosi, to z pewnością jest wysublimowaną rozrywką dla zwolenników zależności międzyludzkich, takich, jakim jestem na przykład ja.
Polecam film Polaka, zwanego w skrócie Romańskim.

Manglehorn (Stany Zjednoczone 2014) – reż. David Gordon Green
Ne wiem o co chodzi. Nie wiem też po co. Starszy pan i jego nie za dobre stosunki z otaczającym, warto zaznaczyć, że małym światem. Tu podrywa jakąs kobietę, zaraz nazywa swojego syna skurkowańcem, na koniec wywala po pijaku stół i już.
Jakieś dziwne kino kontemplacyjne, ale chyba postać musi jakoś korespondować z widzem, bo inaczej film staje się zwyczajnie bezcelowy.

Sekretne życie Waltera Mitty (Stany Zjednoczone 2013) – reż. Ben Stiller
To zawsze ciekawe zjawisko kiedy znany lub rozpoznawalny aktor bierze się za reżyserię. Czy robi to dla nowego doświadczenia? Albo żeby przekonać się jak to jest? A może od zawsze siedziała w nim chęci reżyserii, ale producenci będą liczyć się z nim dopiero po wyrobionej jako aktor marce?
Tak czy inaczej powstało ciekawe dzieło, choć trochę chłopczykowate. Nie oceniłbym go jako film dla dzieci, ale jakoś też nie dla facetów. Takich z siłowni facetów, którzy nie schodzą z drogi nawet mamie z wózkiem na parkingu idąc w kierunku swojego Passata B5 TDI.
Ale ja nie jeżdżę Passatem i film uważam za zaskakująco dobry. Mimo próby skondensowania kilku gatunków w jednym dziele. Jakby Stiller obawiał się, że na więcej produkcji szansy już nie dostanie. A to przecież nie pierwsze jego dzieło, a na pewno najlepsze, z tych które oglądałem. Ciekawy tylko jest motyw miłosny, który powoli traci na sile i swojej istocie z biegiem filmu. Miałem wrażenie, że z kolejną zrealizowaną przygodą bohatera zdobywa on na tyle pewności siebie, że potwierdzenie jego męskości w postaci afirmacji ze strony wybranki nie ma już takiego znaczenia. Ale możliwe, że dopatruje się głębi tam, gdzie jej nie ma.

Wyspa (Stany Zjednoczone 2005) – reż. Michael Bay
Film reżysera słynącego z prób pogodzenia ognia i wody, czyli wciśnięcia jakiejkolwiek ideologii do filmu akcji. Słynący z filmów mainstreamowych i uznawany za "porządnego". Jaka to musi być obelga, być nazywanym przyzwoitym. Albo jest się najlepszym, albo w ogóle się nie jest.
Wracając o filmu. Posiada on dwie warstwy, które, co ciekawe, ułożone są chronologicznie, czyli jedna po drugiej. Najpierw jest refleksja nad człowieczeństwem, wartością życia ludzkiego, wolnością. Refleksja ta oczywiście szybko ulatuje w płomieniu eksplozji i strzelanin. Tak bardzo jak uwielbiam zarówno McGregrora jak i Johansson to film jest raczej przeciętny, bo nawet nie przyzwoity. Najgorsza jest ta płytkość, której po prostu nie da się nie zauważyć i kłuje w oczy przez cały seans.
W THX 1138 klimat jest podobny, ale dużo bardziej namacalny, gęsty jak zupa. Tutaj wszystko jest tandetne, wygląda jak teledysk Darude – Sandstorm, i do tego wszystkiego jeszcze stara się udawać poważne. Żarty jakieś.

piątek, 25 marca 2016

Podsumowanie miesiąca: luty 2016

Miesiąc zdominowany przez Harrego Pottera i filmy typu feel-good, ale przede wszystkim przez kino amerykańskie. Może być i tak, nie zawsze trzeba oglądać wielką kinematografię. Powiem więcej - im częściej oglądam tandetę tym bardziej ją lubię. Niby kinem się interesuję, ale słoma z butów wiadomo co. Co tam, poużywać sobie trzeba, więc na ruszt zarzuciłem megahity w TVNie i wychwalane fantasy spod znaku okrągłych okularków. Harrego dalej nie zamierzam czytać, niechaj spłonę w bibliotekoznawczym piekle, ale doceniam go po obejrzeniu samych filmów i więcej mi nie trzeba. Okej?

Kadr z filmu Harry Potter i Insygnia Śmierci Część II, na zdjęciu Daniel Radcliffe.

Ucieczka z Nowego Jorku (1981) - reż. John Carpenter
W poszukiwaniu ostatecznego filmu sensacyjnego w stylu kiczowatych lat 80. padło na to. Rozczarowaujący w tym sensie, że nie był to dobry wyznacznik nurtu, o który mi chodzi. Gdyby jednak obiektywnie oglądać to jako megahit polstau - dalej rozczarowywał. Nieco lepszy od Czarnego deszczu, ale traktowanie tego jako pochwałę to oznaka niskich ambicji.
Russell gra śmiesznie nazywającą się postać (Snake Plissken) i podobne odczucie posiadam na temat jej charakteru. Pusty heroizm, puste złodupstwo, ale ta opaska na oko to strzał w dyszkę. Jakby tu zaznaczyć, że nasza postać jest niepokorna? O, tak, atrybut każdego pirata! Dajcie mu jeszcze prostetyczną wysoce zaawansowaną technologicznie rękę i w ogóle nie trzeba będzie tej postaci grać, tylko wystarczy, że wystąpi przed kamerą. Totalna tandeta, ale w złym sensie.

Harry Potter i Czara Ognia (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2005) - reż. Mike Newell
Ostatni “dziecięcy” Harry Potter. Nostalgia i te sprawy. Bez kpiny - jest naprawdę ciekawy. Dzieje się dużo, akcja jest dynamiczna, a punkt kulminacyjny jest po prostu niesamowity. Ale nie wiem czy mam do powiedzenia więcej na jego temat.

Harry Potter i Zakon Feniksa (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2007) - reż. Davd Yates
Dzieciątko Harry już dorosło, a wraz z nim filmy i to pierwsza część kiedy gówno stało się prawdziwe. W takim sensie, że nie czuję się niezręcznie oglądając film dla nastolatków.
Ta i wszystkie kolejne części są po prostu dobre. To nie są filmy znakomite, ale mają inną, większą siłę. Są wciągające. Ich magia, w niedosłownym sensie, sprawia, że kolejne części można wciągać jedna za drugą. I tak było.
Trochę mi się one po czasie zlały w jedną, ale to ta część o złej pani dyrektor i Dumbledorze, który pokazuje na co go stać? Znakomite sceny pojedynków magicznych, przyznaję. Szkoda tylko, że od tej z każdą częścią progresywnie odchodzi się od tematyki szkoły magii na rzecz wojny złych z dobrymi. Ale heroizm Harrego potrzebuje odpowiednich warunków, aby się ujawnić. Poza tym koleś jest zawsze w centrum wydarzeń, co jest niezwykłym zbiegiem okoliczności. Film byłby okropnie nudny, gdyby dotyczył np. Draco Malfoya. Całe szczęście.

Harry Potter i Książę Półkrwi (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2009) - reż. David Yates
Trochę zabawna, trochę intrygująca, ma to wszystko. Świetne wprowadzenie do zakończenia, jakimi są obie części Insygni Śmierci. Zastanawiam się też czy nawet nie lepsze, ale przez powtarzany schemat od samego początku sagi można odnieść wrażenie odgrzewanego kotleta. W każdym razie w ciągu fabularnym ładnie kontynuuje tradycję i raczy widza kolejną porcją przygód, podczas których Harry dowiaduje się jeszcze więcej na temat Voldemorta, przyjaźn z boską “hermajni” i Ronem się zacieśnia i każdy zadaje sobie pytanie - jezu, jezu, co będzie dalej?! A więc świetnie pobudza apetyt na wydawanie pieniędzy na oglądanie kolejnych części. Przykład dobrze zrobionego tasiemca finansowego.

Ucieczka Logana (Stany Zjednoczone 1976) - reż. Michael Anderson
Wybrałem go, bo miałem ochotę na ten komicznie infantylny, stary film sci-fi ze Stanów. Takiej infantylności się nie spodziewałem. Jest wszystko czego można się spodziewać w tym gatunku z tych lat. Aktorzy mają okropnie dziwny rodzaj urody i są opaleni jakby właśnie wrócili z Włoskiej Riwiery, scenografia wykonana jest z dykty i tektury, co chwilę napotykamy wykorzystywanie motywów biblijnych, a ramą konceptualną jest moralitet antyutopijny.
Mieszane uczucia na temat filmu. Część mnie chce napisać, że kompletna klapa, bo gra aktorska śmieć, scenariusz śmieć, główne postaci totalny śmieć. Jednak zdjęcia nowoczesnych miast, które są znakomicie wykonanymi makietami naprawdę robią robotę, a ogólna pointa w filmie jest całkiem ambitna, nawet jak na współczesne standardy. To oczywiście żaden wyznacznik, bowiem co nie jest lepsze od współczesnego kina komercyjnego, ale mimo wszystko trzeba to docenić. Nie polecę, bo raczej odradzę, ale dla uzupełnienia sobie kanonu sci-fi przed latami 90. może się nadać.

Galaktyczny wojownik (Stany Zjednoczone 1998) - reż. Paul W. S. Anderson
Nieambitne kino, więc nie można wiele wymagać. Z takim podejściem może się nawet podobać. Russell wygląda jakby… Właściwie, to jak w każdym swoim filmie. Totalnie tandetnie, nieimponująco, ale chyba po to tam właśnie jest.
Zresztą, proponuje kupić sobie czteropak i zapuścić film dla odmóżdżenia. Wtedy pasuje idealnie.

World War Z (Stany Zjednoczone 2013) - reż. Marc Forster
Chociaż bardzo chciałem tym pogardzić i aby mi się to w ogóle nie podobało (z zasady - bo film o zombie), to wciągnąłem się w cholerstwo i obejrzałem zaciekawiony do końca, nawet z przerwami na reklamy (jak w ogóle można oglądać telewizję, kiedy co chwilę ci film przerywają, żeby zaprezentować produkty, których nie potrzebujesz? Ale to osobna kwestia).
Film jest skrzyżowaniem kilku innych dobrych przedstawicieli gatunku, czyli powiedzmy Jestem legendą i 28 dni później, ale oczywiście w gorszej jakości. Brad Pitt nie ustrzelił hitu, ale kto człowiekowi zabroni eksperymentować ze swoją karierą, kiedy ma już na koncie kilkanaście sukcesów kinowych.
Jest jednak coś czego nie rozumiem. Bo umówmy się - coś takiego jak zombie jest równie niedorzeczne jak istnienie duchów, albo ożywionych lalek brzuchomówców. Mimo wszystko twórcy usiłują urealnić i podeprzeć racjonalnym rozumowaniem istnienie nieumarłych. Po co? Zamiast zombie nazywają ich zarażonymi, wymyślają jakiegoś wirusa, który ma uczynić ich istnienie prawdopodobnym. Ludzie tego chcą? Co, wtedy bardziej się boją? Nikt chyba nie wierzy, że podobne wydarzenia w ogóle mogą mieć miejsce? Dla mnie wystarczy podejście twórców gry Left4Dead, gdzie zombie po prostu sobie są i należy wyrżnąć ich w pień i nie zadawać pytań. Jeszcze w Resident Evil miało to jakiś swój dziwny sens, bo taki jest przywilej prekursora, ale tutaj jest to po prostu sikaniem pod wiatr.
Tak czy inaczej, filmowi daje mocne 6/10 za niesamowitą scenę skradania się w ciszy po zarażonym oddziale szpitalu. Silne konotacje z grą F.E.A.R robią robotę.

Tango i Cash (Stany Zjednoczone 1989) - reż. Andriej Konczałowski, Albert Magnoli
Król po prostu, bez dwóch zdań. Jeśli zastanawiasz się jeszcze czy ten film jest coś warty, po prostu włącz pierwszą scenę. Jest tak niedorzeczna, że aż zajebista. Ten film niczego nie udaje. Króluje na scenie tandety lat 80. i nic tego nie zmieni. Pistolet z laserowym celownikiem? Czemu nie! Bezlitosny glina, ale troskliwy brat? Jasne! Scena głównej rozpierduchy pociągnięta do maksimum - ogromna liczba automatycznych karabinów na wyposażeniu tajemniczych najemników, samochodów opancerzonych i skakania w stronę kamery tuż przed eksplozją. Ten film powoduje stały uśmiech podczas seansu, a duet Stallone i Russell jest autentycznie udany. Ale wisienką na torcie są te beznadziejne dialogi, a właściwie krótkie wymiany między głównymi bohaterami. Ktokolwiek to pisał wiedział co robi.

Doskonały świat (Stany Zjednoczone 1993) - reż. Clint Eastwood
Wyciskacz łez dla facetów. Zresztą jak wszystko w czym gra Kevin Costner.
Wspaniałe czasy chromowanych samochodów, flanelowych koszul, papierosów bez filtra i ostatnich prawdziwych szeryfów. Film jest nieco przewidywalny i mało pomysłowy, ale mimo wszystko wysokiej jakości. Niewątpliwym atutem, oprócz wyżej wymienionych, jest reżyseria. Rękę fachowca widać w każdej scenie, a [podobno] niełatwa jest praca z dzieckiem na planie. Poza tym ten południowy akcent jest nie do podrobienia! Film natychmiast zyskuje klimat, co dodaje mu mnóstwo uroku.

Dobry agent (Stany Zjednoczone 2006) - reż. Robert De Niro
Coś strasznego. Matt Damon gra gorzej od kawałka drewna z oczami z jarzębiny. Fabuła uśpiłaby dziecko z ADHD. Angelina Jolie ma tutaj najzwyklejsza rolę pod słońcem, kiedy ja przywykłem, że zwykle grywa postaci niezwykle barwne. Wszystko jest beznadziejnie bezsmakowe, a już najgorszy jest ten skrajny amerykański patriotyzm. Wszyscy inni oprócz amerykanów to goście? Przecież to kraj złożony z imigrantów. Co za hipokryzja. De Niro okropnie stracił w moich oczach, ale to tylko kolejny przykład tego, że niektórzy aktorzy powinni pozostać przy swoim pierwotnym fachu i reżyserię zostawić ludziom, którzy mają dystans i wiedzą co robią. Do śmieci idzie.

American Psycho (Stany Zjednoczone 2000) - reż. Mary Harron
Uf, co za seans. Film uderzył jak mnie podbródkowy. Nie wyobrażam sobie nikogo innego w głównej roli jeśli nie Chistiana Bale’a i coś mi się wydaję, że sam aktor ma coś w sobie z odgrywanej przez siebie roli. Ta arogancja, niepokorność, wręcz sadyzm jest wyczuwalny niemal namacalnie. Każda kolejna scena to małe dzieło sztuki. Na pierwszy rzut oka widać, że film jest dopracowany i ktoś włożył w niego kawał talentu i poświęcenia. A rozwiązanie z narracją pierwszej postaci zmienia charakter filmu w taki, w którym widz, chcąc nie chcąc, jest częścią wydarzeń. Zaczynamy myśleć i nawet rozumieć bohatera. Zupełnie jakby jego morderstwa miały jakiekolwiek usprawiedliwienie. Film jedyny w swoim rodzaju, nie obejrzeć to grzech.

Love (Francja 2015) - reż. Gaspar Noé
Kolejny pretensjonalny filmowiec, próbujący przesunąć granicę kina w sztuczny sposób; wybić się tylko przy pomocy kontrowersji. “Ej, ponoć nie było jeszcze w kinie sceny męskiego wytrysku? To ja zrobię.”
Ustalmy sobie coś - porno to porno, a kino to kino. Żeby jeszcze ten film był seksowny, albo wysmakowany, albo chociaż naprawdę szokujący. A prawda jest taka, że wyszedł przedziwny twór pornograficzno-pruderyjny. Wydaje się niemożliwe, a jednak - jedyne osiągnięcie reżysera. Zrobić film, który pomimo ukazywania autentycznych scen seksu był przy tym na tyle powściągliwy, żeby kompletnie znudzić widza. Jeśli koleś nie potrafi przyciągnąć uwagi seksem, to naprawdę rozpieprzył potencjał po kątach. Jeżeli jedynym atutem tego filmu ma być ejakulacja w 3D to coś po drodze nie pykło i ktoś chyba powinien zmienić fach. Na przykład otworzyć knajpę z kebabem.
Fabuła banalna jak nigdy, ujęcia po pewnym czasie zaczynają być dla człowieka wyczerpujące, aktorzy to półamatorzy, a jedyny atut filmu, czyli wyżej wymieniona scena jest wspomagana efektami specjalnymi. Ja to nazwę kompletną porażką. Ale hipsterzy będą mieli o czym dyskutować na domówkach zakrapianych yerbą i smakowym tytoniem.
Poza tym co to za cholerny podwójny standard, żeby typ z fiutem wystawionym przez rozporek latał przez całą długość filmu, a wypinająca się laska miała ocenzurowane  krocze przy pomocy komputerowej smugi? Żałosne. Wkurzyłem się. Gaspar, idź do domu.

Marsjanin (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Ridley Scott
Jak już pisałem - ni to sci-fi, ni to dramat. Mi to przypomina komedię, szkoda tylko, że reżyser nie rozwinął tego wątku, tylko użył go jako ulepszacz mający na celu poprawienie atrakcyjności w oczach publiczności. Główny bohater to kosmonauta o osobowości korespondującej z typowym amerykańskim geekiem. Totalnie nie dla mnie, mimo swojej sympatii do fikcji naukowej.
Mimo to film jakoś wchodził i atuty przeważyły wady. Poczucie humoru całkiem dobre, wprawne wykorzystanie formuły filmu, w którym samotny kosmonauta musi zmierzyć się z trudnym zadaniem.
Swoją drogą - wkroczyliśmy w niezwykły moment zalewu kina komercyjnego. I teraz wszystkie filmy nastawione są na oglądalność, a nie jakość. Każde sci-fi od pięciu lat (może nawet dziesięciu?) zrobione jest tak samo. W podobny sposób usiłuje być realistyczne. Są podobne zdjęcia, podobny schemat scenariusza, wybiórcze dbanie o realizm. W końcu przyjdzie ktoś, prawdziwy filmowy mesjasz, i wszystko zmieni za sprawą swojego pomysłowego i dopracowanego dzieła, które nie będzie nastawione na boxoffice. Czekam z niecierpliwością.

Mów mi Vincent (Stany Zjednoczone 2014) - reż. Theodore Melfi
Świetny przykład kiedy podstarzały aktor folguje sobie na scenie filmowej korzystając jedynie ze swojej reputacji i nie jest to żenujące.
Film groził kiczem, sztucznym wyciskaczem łez. Było w porządku, chociaż do Między słowami trochę brakuje. Jest przewidywalny, sztampowy i okropnie powolny. Oglądasz na własną odpowiedzialność.

Cop Land (Stany Zjednoczone 1997) - reż. James Mangold
Jeden z najlepszych dramatów policyjnych jakie widziałem od dawna. Znajduje idealny balans między ukazaniem gangsterskich poczynań nowojorskich gliniarzy, a prawdziwymi rozterkami człowieka honoru. Oczywiście powiem to - Stallone gra wspaniale. Idealnie zinterpretował rolę i nie mam nic do zarzucenia żadnemu z aktorów, ale zostali po prostu przyćmieni przez występ Sylvestra. Znakomita konstrukcja, która pozwala nam zrozumieć obie strony konfliktu, wczuć się w uczucia każdej postaci, aż w końcu poznać wszystkie okoliczności wydarzeń konkludujących film. Polecam każdemu, bo to znakomity dramat nie tylko dla fanów filmów kryminalnych.
Po raz kolejny dziwię się niepochlebnym opiniom w Internecie i małej popularności filmu. Dla mnie to lider gatunku.

Całkiem zabawna historia (Stany Zjednoczone 2010) - reż. Ryan Fleck, Anna Boden
Film od nastolatków dla nastolatków. Nie wiem jakim cudem na to trafiłem i dlaczego to oglądałem. Nie mówię, że czas stracony i zakała jakaś od razu, ale infantylność i błahość problematyki poruszonej w filmie uderza i nie opuszcza do końca. Zrozumieją go tylko zbuntowani nastolatkowie, którym brakuje atencji i potrzebują potaplać się w melancholii, żeby dobrze spędzić wieczór. Każdy inny się tylko filmem rozczaruje, albo znudzi.
Mimo wszystko przyzwoita gra aktorska, ciekawy scenariusz (w miarę) i scenografia tworząca ciekawy klimat psychodelii.

Praktykant (Stany Zjednoczone 2015) - reż. Nancy Meyers
Pocieszny do granic możliwości, przez co niektórzy mogą dostać raka. Szczególnie przez grę Hathawayówny. Ale jeśli nastrój jest odpowiedni to film się spodoba nawet bardzo. Poza tym dotyka ciekawej tematyki, której filmowcy nie wiedzieć dlaczego wciąż unikają, a mianowicie współczesnych korporacji i firm, które nie do końca wiadomo czym się zajmują, ale robią kupę hajsu. W to wszystko wrzucony jest problem praktykantów, pracujących za trzech, a zarabiających jedną trzecią. Chociaż kompletnie nie tego dotyczy film, doceniam, że ktoś tych motywów nie odrzucił i zgrabnie wkomponował w fabułę.
Natomiast film wywołuje miłe uczucie, że nie każda ludzka istota to zwierzę i czasami może coś się w życiu udać, może przyjść szczęście.

Zanim odejdą wody (Stany Zjednoczone 2010) - reż. Todd Phillips
Klasyczna komedia drogi, w której dwie skrajne osobowości są na siebie skazane i wpadają w wir nieprawdopodobnych wydarzeń, próbując dotrzeć do punktu B. Postać odgrywana przez Galifianakisa jest nieco przekolorowana, ale w duecie z Downeyem Juniorem i tak radzi sobie znakomicie. Film jest śmieszny mimo żenującego poziomu niektórych gagów. Ale może o to chodzi? Sytuacje, w których się znajdują są coraz bardziej niedorzeczne, przez co czasami śmiech jest raczej z litości, ale ogólne wrażenia po filmie na pewno pozytywne. Ot, nieambitna komedyjka na nudny wieczór.

Kac Vegas w Bangkoku (Stany Zjednoczone 2011) - reż. Todd Phillips
Ten pierwszy film reżyserowi wyszedł, więc jak tylko źrenice producentów zamieniły się w symbole dolara, natychmiast zaproponowali mu kolejną część. On nie odmówił, bo źrenice miał podobne. “Ale chłopaki, teraz musimy zrobić coś jeszcze bardziej odjechanego, coś jeszcze bardziej hardkorowego od pierwszej części.” Więc fabułę pociągnięto do absurdu, wrzucono kilka elementów, które tylko amerykańska komedia mogła mieć, jak małpka-diler narkotyków, albo kobiety z penisem i sala na pewno zapełni się studenciakami żądnymi pijackich wrażeń, z którymi mogliby się w mniejszym lub większym stopniu utożsamiać. Proszę, zreferowałem całą twórczość tego reżysera i pełną sagę American Pie.
Nie gardzę, ale nie pochwalam.

Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część I (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2010) - reż. David Yates
Pierwsza część ostatniej części. Do tego wszystko zmierzało. Harry na dobre wyszedł poza mury Hogwartu, aby walczyć ze złem. Film trochę się przeciąga, bo konkrety będą dopiero w części kolejnej, ale mimo wszystko ładnie buduje napięcie i pozostawia łaknienie kolejnej porcji wydarzeń. Zresztą, film dobrze wykorzystuje rozbudowane już uniwersum i nie skupia się na każdym nowym elemencie jak na przełomowym, tylko przedstawia je niby mimowolnie. W ten sposób magia Harrego, która tak bardzo przyciąga do filmów i książek, robi się jeszcze badzie uzależniająca. Zupełnym przypadkiem stałem się fanem Harrego Pottera.

piątek, 4 marca 2016

Podsumowanie miesięcy: grudzień 2015 i styczeń 2016



Dobre miejsce na refleksję noworoczną. Może podsumowanie roku, podobnie jak w 2014, ale trochę przegapiłem odpowiedni moment. Podczas, gdy to piszę jest już prawie marzec, więc sobie podaruję.
Oskary się odbyły. Staram się wymyślić coś, co byłoby ładną metaforą tego jak bardzo mnie one nie interesują, ale jest już późna godzina i nic nie przychodzi mi do głowy.
Śnieg pada, a już myślałem, że można letnie opony zakładać. Będę musiał się wstrzymać. Niby wiosna zaraz, a dalej mróz. Ale od marca ma być ładnie. Zobaczymy.



Grudzień 2015

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (Stany Zjednoczone 2015) - reż. J. J. Abrams
Rozpisałem się już na jego temat. Dodam tylko jedno. W tekście trochę film skrytykowałem, ale to było pod wpływem nieco zawiedzionych oczekiwań. Muszę jednak przyznać, że po seansie marzyło mi się pójść jeszcze raz do kina, przeżyć tę przygodę ponownie. Film czaruje, wciąga i pozostawia uśmiech na twarzy. Czasami właśnie to najważniejsze. I koniec końców nie ma wątpliwości, że to Gwiezdne Wojny!


Miłość (Austria, Francja 2012) - reż. Michael Haneke
Film o związku dwójki starszych osób, z których jedna choruje i staje się coraz większym ciężarem dla osoby drugiej.
Mam wrażenie, że już pisałem o moim ambiwalentnym stosunku do Hanekego? Pogłębia się on z każdym filmem. Nienawidzę i uwielbiam typa jednocześnie. Nienawidzę za to, że potrafi postawić mnie na skraju załamania nerwowego jednym filmem. Kocham za to samo. To nieprosta sztuka.
W Miłości nie ma takich skrajności, takiego czystego Hanekego. Jakby spuścił z tonu, albo dopasował nastrój do delikatnej tematyki. Ale autorstwa filmu by się nie wyparł. Człowiek po zakończeniu pozostaje bez słowa, z miliardem kłębiących się myśli, łzami w oczach i nerwowym uśmieszkiem. Ciężko o nim w ogóle porozmawiać. Z pewnością trzeba się otrząsnąć i cieszyć, że nie znajduje się w podobnej sytuacji. Dzięki, Michael, za udowadnianie mi za każdym razem jak bardzo mógłbym mieć gorzej.


Człowiek, który wiedział za mało (Stany Zjednoczone 1997) - reż. Jon Amiel
Scenariusz prosty jak drut - człowiek trafia z interaktywnego teatru prosto do gangsterskich porachunków, sądząc, że dalej bierze udział w sztuce. Mimo niewiedzy, idzie mu świetnie i przede wszystkim zabawnie.
Film oglądany tylko i wyłącznie dla Billa Murraya. Pokaz jednego człowieka. Rzadko zdarza się, żebym śmiał się na głos dzięki filmowi, ale młody Murray umie to wywołać. Film nosi znamiona prostej burleskowej komedii, ale mimo to nie jest infantylny. Na niedzielne popołudnie w sam raz.


Broken Flowers (Stany Zjednoczone 2005) - reż. Jim Jarmusch
Typowy film jarmusza. Wieje nowofalowością i Nowym Jorkiem na kilometr. Mocno średnio i tylko fan reżysera będzie się tym zachwycać, bo w końcu film mistrza, ale nie zaprzyjaźnimy się.
Film jak rozwodniona herbata - jest bez smaku i bez sensu. Nawet Murray go nie ratuje, a szkoda typa, ale pewnie za darmo tego nie robił. Strata czasu. To jest to, co zawsze powtarzałem - film musi mieć coś, chociaż jedną rzecz: dobre zdjęcia i scenografię, albo wybitny popis aktorski, nadzwyczajny scenariusz, albo w końcu sama reżyseria i przeprowadzanie narracji musi zachwycić. Tutaj nic, sorry, idziemy dalej.


Przyjaciel gangstera (Francja 2003) - reż. Francis Veber
Gérard Depardieu i Jean Reno to duet znakomitych, jeśli nie najlepszych współczesnych francuskich aktorów. Więc co poszło nie tak? Wszystko jest na miejscu. Klasyczna receptura komedii kryminalnej, czyli głupek we współpracy z profesjonalistą-samotnikiem oraz wykorzystywanie przeszłości Jeana Reno, w której grał złodupców, po to, by teraz zagrać postać autoironiczną. Coś po drodze nie pykło, nie było niczego szczególnie śmiesznego, a wątek kryminalny płaski jak deska. Strata czasu.



Styczeń 2016

Cobra (Stany Zjednoczone 1986) - reż. George P. Cosmatos
Nie-sa-mo-wi-ty. Geniusz gatunku. Maksymalnie tandetny, nierealistyczny, pełen akcji, twardzielstwa, niepotrzebnie boskich aktorek blondynek (Brigitte Nielsen NSFW) i najbardziej tandetnych tekstów w historii kina. Ten film ukształtował to jak wyglądały wszystkie kolejne filmy klasy B, następne tandetne sensacyjniaki i jest w tym, oczywiście, najlepszy.
Fabuły nie ma sensu przywoływać, tytułowy gliniarz szuka mordercy i gwałciciela. Samochody wybuchają, karabiny strzelają, gumy są żute. Wszystko na swoim miejscu. A to zdjęcie mówi więcej niż tysiąc kliszowych dialogów.


Czarny deszcz (Stany Zjednoczone 1989) - reż. Ridley Scott
Lata 80. w Stanach to czasy nie do podrobienia. Każdy ówczesny film akcji posiada charakterystyczną poświatę. Kurde, nawet nie akcji, a większość z nich. Chociażby Rocky IV i scena pod kawałek No Easy Way Out.
Podobnie jest z Czarnym deszczem. Główny bohater jeździ motocyklem (oczywiście harleyem), ubiera skórzane ciuchy, jest policyjnym złodupcem i ma problemy finansowe i w życiu rodzinnym. Wypisz wymaluj lata 80. Ma on kłopoty ze swoim przełożonym przez niekonwencjonalne metody walki z przestępczością, jego partner oczywiście ginie, a on musi go pomścić, a po drodze wskakuje do łóżka z intrygującą blondynką. Wygląda niesamowicie, ale to oczywiście skrzywiona percepcja przez nostalgię do lat dzieciństwa (młodości) kiedy tego typu produkcji w telewizji lub na VHS było na pęczki. Ten film z pewnością należy do kanonu, jeśli go nie wyznacza. O jego jakości nie można tu mówić, bo nie o to chodzi. Najważniejszy jest klimat filmu, jego konstrukcja i oczywiście wypełnianie szablonu tryumfującego dobra (czyli amerykańskiego gliniarza).
Ale ostatnia scena jest przeholowana - skąpana w tandecie do tego stopnia, że można oglądać tylko przez palce dłoni zasłaniającej grymas obrzydzenia. Tak czy inaczej, warto obejrzeć. Wciąż trzy raz lepsze niż współczesne amerykańskie ekranizacje komiksów.


Obywatel roku (Norwegia 2014) - reż. Hans Petter Moland
Reżyserowi się coś porypało, bo wydał zwiastun sugerujący, iż może to być komedia kryminalna. Prawda jest taka, że wszystkie śmieszniejsze momenty są już w zwiastunie, więc reszta filmu jest bardzo nijaka. Zbyt smutne na komedię i zbyt absurdalne na dramat. Jest kryminał, bo chodzi o pomstę przy użyciu broni palnej, ale w gruncie rzeczy trudno gdziekolwiek ten film przyporządkować.
Rozczarowuje gra aktorska, scenariusz, reżyseria i tylko zdjęcia trzymają poziom. Są pomysłowe i niesztampowe więc wnoszę, że reżyser nie maczał w nich palców.
I aby opisać zakończenie musiałbym użyć brzydkiego słownictwa, którego tutaj unikam, więc określę je tylko jako nietrafione.


Citizenfour (Stany Zjednoczone 2014) - reż. Laura Poitras
Konspiracyjno-spiskowy dokument na temat wyjawienia tajnych danych NSA przez Edwarda Snowdena.
Nic szczególnego. Film kręci się wokół spotkania dziennikarzy z wyżej wymienionym w Hongkongu i ukazaniem skrawka jego życia w ukryciu po dokonaniu najważniejszej decyzji. Ja wiem, że to nie o to chodzi, ale jeśli chciało się przedstawić jego osobę, albo dane, które ujawnił, wystarczyło napisać artykuł, albo książkę. Film musi o czymś traktować, mieć jakiś morał, albo pointę. To było nudne i bez sensu. Nie dało do myślenia i było mocno stronnicze. Ale co najgorsze - nie dało pełnego oglądu afery, ani faktycznych danych, ani nawet losów bohatera z tytułu. Strata czasu, lepiej przeczytać o nim artykuł na wiki. Krócej, bardziej rzeczowo i obiektywnie.

czwartek, 25 lutego 2016

Podsumowanie miesiąca: listopad 2015

Kadr z filmu Chopper (Australia 2000) w reżyserii Andrewa Dominika.


Last Vegas (Stany Zjednoczone 2013)
Typowy feel good movie. Mamy czterech bardzo znanych, podstarzałych aktorów, którzy grają swoich podstarzałych kumpli, a sami aktorzy charakterem przypominają ich postaci. Hollywoodzka ciekawostka bardziej, niż dobra produkcja. Jednak po seansie pozostaje dobre samopoczucie i film może się podobać. Więc chyba swój cel spełnia. Poza tym Las Vegas, bejbi!


Chopper (Australia 2000) - reż. Andrew Dominik
Film dokładnie taki, jak osoba, o której traktuje. Przerażający, surowy i dezorientujący. Największą robotę robi filtr, ale klimat australijskiego więzienia też jest przytłaczający. Oraz wisienka na torcie, czyli Eric Bana w brawurowej roli. Taki dopalacz kariery, jaki miało i wykorzystało wielu aktorów w historii kina współczesnego.
Nie wiadomo o co człowiekowi chodzi. I o to chodzi. Zagubiony więzień z porysowaną psychiką ma tylko jeden cel - żyć godnie, najlepiej owiany sławą. Jednak wszystko czego się dotknie zmienia w przemoc. Rozlewa krew i cierpienie gdzie popadnie. Fascynacja jego osobą bierze się z nieobliczalności kolejnego ruchu. Zakończenia tego filmu nie jesteś w stanie przewidzieć.


Żółty szalik (Polska 2000) - reż. Janusz Morgenstern
Kto gra lepiej alkoholików od Polaków? Bezbłędna interpretacja roli. Reżyser chyba nie miał dużo pracy z głównym aktorem, bo Gajos wygląda jak ryba w wodzie, szczegółnie w kultowej scenie zamawiania wódki w restauracji. Ale to komplement, co złego to nie ja.
To film średniometrażowy, który jest alkoholową wersją Opowieści wigilijnej. Trochę naiwny, powolny, przewidywalny jak nic innego, ale robotę robi. Nawet nie uderza tu po oczach moralizatorstwo, którego się obawiałem, więc za to największy plus.


Młodość (Włochy 2015) - reż. Paolo Sorrentino
Prawdziwa kontemplacyjna uczta. Niezależnie od obrotu wydarzeń dzieją się one bardzo powoli, co napawa spokojem. To i niesamowite szwajcarskie krajobrazy. Niezwykle intelektualny charakter dzieła nie buduje tej ohydnej pretensjonalnej kurtyny, którą niektórzy mogli chcieć się ekscytować. Reżyser posiada wyrafinowane poczucie smaku, co ujawnia się przez całokształt - od scenografii i aktorów, przez zdjęcia, do dialogów. Zupełnie inne kino, niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Jestem absolutnie zachwycony i nie mogę doczekać się kolejnej produkcji tego twórcy.


Miasto Boga (Brazylia 2002) - reż. Fernando Meirelles
Spodziewałem się nieco czego innego. Myślałem, że będzie to ciemny dramat, ciężki do zniesienia. A w sumie było to opowieść o brazylijskich slumsach w stylu Tarantino czy innego mistrza komedii kryminalnych. Dzieciaki się bawią w najlepsze i nie ma w tym nic przerażającego. Bieda jak wszędzie w Ameryce Południowej, a bohaterom filmu akurat dobrze się powodziło. Więc jeśli ktoś szuka czegoś, co w brutalny sposób przedstawi mu realia życia w brazylijskich fawelach, to niech idzie dalej.
Nie porwała mnie nawet strona artystyczna filmu. Formuła opowiadania fabuły przez głównego bohatera wydaje się być eksperymentem, który wyszedł w sam raz, a szkoła ujęć to na pewno wyznacznik jakiegoś nurtu w kinie, ale wartości szczególnej nie posiada. Obszedłbym się bez tego filmu.


Kalifornia (Stany Zjednoczone 1993) - reż. Dominic Sena
Film jest kompletnie niedoceniony. Powinien być wymieniany jako popis aktorski Brada, a nie jest. Powinien być nagrodzony za reżyserię, a nie był.
To niezwykły horror psychologiczny, bliski każdemu. Mi często zdarzało się jeździć z obcymi ludźmi, tylko po to, by podzielić koszty podróży. Padały pytania czy się nie boję. Ale czego? Jest to co prawda kolejny horror ze scenariuszem, który wykorzystuje konkretne okoliczności do stworzenia mrożącej krew w żyłach historii, ale robi to niesamowicie. Czarna chmura wisi nad bohaterami od początku i zależy tylko od reżysera kiedy lunie z niej deszcz. Twórca znakomicie dawkuje poczucie zagrożenia i znakomicie wykorzystuje świadomość widza. Jak zwykle chce się krzyczeć do ekranu, uprzedzić, ostrzec. Ale krwawa jatka będzie i tak. Tyle mogę zdradzić, żeby zachęcić.


Thelma i Louise ( Stany Zjednoczone 1991) - reż. Ridley Scott
Ach, ten Harvey Keitel. Jak nie gra gnojków gangusów to występuje w roli dobrych-kolesi glin.
Ważniejszy jednak jest motyw dwóch tytułowych kobiet, których zwykła wycieczka zmienia się nie do poznania i z powodu kilku niepozornych wydarzeń stają się renegatkami. Znakomity esej feministyczny w oprawie filmu drogi. Mało można powiedzieć o filmie, żeby za dużo nie zdradzać. Jeśli nie zaznaczyłem jeszcze, że spełnia test Bechdela, to można dodać, że gra aktorska jest absolutnie bezbłędna. Prawdopodobnie efekt pracy ze zdolnym reżyserem w pomieszaniu z paradą prawdziwych hollywoodzkich talentów. Tylko zakończenie może być dezorientujące. Ocenę pozostawiam wam.


Locke (Wielka Brytania 2013) - reż. Steven Knight
To nietypowy pomysł, żeby zamknąć bardzo ekspresywnego aktora w ciasnym pomieszczeniu samochodu i kazać mu zagrać cały dramat. Udało się, ale nie ukrywam, że pierwsza część filmu była bardzo nużąca. Zanim scenariusz i wszystkie niedopowiedzenia zdążą zaintrygować widza, mija czas wystarczający, żeby mniej cierpliwi film wyłączyli. Ja wytrwałem i nie żałuję, bo lubię Hardiego i ciekawie oglądało się reakcje człowieka na powolny rozpad jego życia. Jednak po filmie zostaje pustka. Nic się z niego nie wyciągnie, nic po nim nie pozostaje, nie wpływa na ciebie, nie daje do myślenia.


I twoją matkę też (Meksyk 2001) - reż. Alfonso Cuarón
Typowy film z przygodą seksualną dla nastolatków, delikatnie podbity dramatem. Moje mieszane uczucia z pewnością rozwiewa scena rozbierana ze wspaniała Maribel Verdú, ale to nie wystarczający walor, żeby polecić komuś ten film, jako niezwykle wartościowy. Można zobaczyć z ciekawości kina meksykańskiego, ale w tej roli lepiej sprawdzi się Amores perros czy nawet Babel
Tyle.

czwartek, 5 listopada 2015

Podsumowanie miesiąca: październik 2015

Kadr z filmu Projekt X w reż. Nima Nourizadeha

Nie miałem w tym miesiącu nosa do filmów niestety. Dużo psioczenia, hejtu, cynizmu, ale pamiętajcie dzieciaki - co złego to nie ja. Wpadło również kilka seriali, ale te opiszę za miesiąc, jak wszystkie pokończę, goddammit.


Wszystkie opisy poniżej pojawiają się w Filmotece. Co miesiąc gromadzę je w jeden wpis.


Przesłuchanie (Australia 1998) – reż. Craig Monahan
Typowy film z pokoju przesłuchań. Gierki pomiędzy gliną a podejrzanym, strategie policjanta na obabranie domniemanego winnego, winny oczywiście domniemany. A tu hyc, wszystko na odwrót, ale nie, nie, na to trzeba zaczekać do końca.
Nic specjalnego. Właściwie to film należy do Hugo Weavinga, to jego numer popisowy. Upiększa średni scenariusz jak ambitna artystycznie przedszkolanka salę na pierwszy dzień wiosny. Gdyby nie on, film niewarty oglądania, ale dla fanów tego aktora na pewno gratka.


W piwnicy (Austria 2014) – reż. Urlich Seidl
Jako fan reżysera czuję, że będę niewierny, ale niestety nie mam dobrych nowin. Zapowiadał i zapowiadał. Miało być mocno, ciekawie, nietypowo i tak jak zwykle u niego. I było, ale jakoś sztucznie. Film przypomina bardziej reality show z kilkoma świrami, co to za kawałek hajsu pokażą jajca do filmu kinowego. Nope. Nawet temat dominy i uległego jakiś miałki i niezaskakujący. Gdzieś siła uderzenia poszła po kościach i wyszedł dziwny, ale średni, rutynowy film.


Trzy kobiety (Stany Zjednoczone 1977) – reż. Robert Altman
Na papierze wyglądał dobrze – zwiastun, opis, recenzje. Złakniony psychodelicznego klimatu sięgnąłem po ten tytuł. Co się rozczarowałem, to moje, dzięki.
Zero psychodeli, tylko kicz. Powtarzam, kicz, plastik, tektura. Gdyby nie przedziwnie intrygująca Shelley Duvall (znana również z Lśnienia) to wyłączyłbym w połowie. Właściwie nie wiadomo co, kto i dlaczego i najgorsze, że poirytowani klapą filmu nawet nie chce nam się zadawać tych pytań. Zapałki między powieki i skończyć. Ile? Godzina? Dam radę. Teraz ile jeszcze? Pół godziny, szybko zleci. To ile tam jeszcze? Piętnaście minut. Nie mogę już.
Szkoda, mogło być nieźle, bo scenariusz ciekawy. Ale nie wszystko złoto co się świeci.


Vicky Cristina Barcelona (Stany Zjednoczone 2008) – reż. Woody Allen
Reżyseria – łudi alen. Ach, Allen. Mój ukochany reżyser, a czemu tego okazu jego twórczości jeszcze nie widziałem? Polecany ze wszech stron, wciąż byłem nim bombardowany, więc uległem. Niczego nie żałuję.
Typowa komedia romantyczna, z artystycznym drugim planem, o niemal moralizatorsko liberalnym podejściu do związków damsko-męskich. Tak, jest możliwy miłosny trójkąt – mówi Allen. Tak, może  być przyjemny, romantyczny i produktywny – dodaje. Owszem, przedstawiam również beznadziejnie porządny związek narzeczeński jako ten gorszy i na koniec ukazuję jego prawdziwe, nieokiełznane oblicze – dodaje reżyser na jednym oddechu. Ale mimo wszystko film dobry, niezwykle przyjemny w oglądaniu, z pięknymi widokami i pięknymi aktorami i aktorkami i wszystko na swoim miejscu w ogóle. Porządek jak się patrzy. Dzięki, Allen. Rób dalej swoje jak artysta-rzemieślnik i ludzisko i tok bedo do kino chodzić, ze hej!


Kidulthood (Wielka Brytania 2006) – reż. Menhaj Huda
Galeriankowa wersja Projektu X. Ot, zamknąłem film w trzech słowach. Rozwinę jednak.
Film, który raczej nie zostawi po sobie większego śladu. Nieco przesadzony, często nierealistyczny i niepotrzebnie skupiający się na dzieciakach, jakby to miało zwiększyć wydźwięk. Nie zwiększa, a komplikuje odbiór. To dzieciaki mają przerąbane, czy ogólnie wszyscy zamieszani w życie ulicy? Czyli nastoletnia ciąża to źle, ale ciąża w biedzie nie? Dzieciaki ćpają, ale poza ich kręgiem to problemem nie jest? Dało się to inaczej zrobić. Motyw nieletnich jest niepotrzebny do tego samego przekazu.
Niby należy do kanonu, ale z pewnością nie jest jego najlepszym przedstawicielem.


Cząstki elementarne (Niemcy 2006) – reż. Oskar Röhler
Chyba wystarczy filmów niemieckich. Jeśli nie trafię na kogoś godnego zaufania, albo profesjonalnie dobranego kanonu kina niemieckiego to więcej do niego wrócę.
Co to w ogóle miało być? Film erotyczny, romantyczny, dramat? Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, już to kiedyś mówiłem, a oni dalej swoje. I jeszcze ten aktor, Moritz Bleibtreu. Czy on ma jakikolwiek inny wyraz twarzy niż jego firmowe pomieszanie zniesmaczenia z zapłakanym niedowierzaniem? I tak całe bite dwie godziny. Ni uśmiechu, złości, podniecenia. Wciąż to samo.
Poza tym reżyser pokazuje rzeczy niepotrzebne, nieistotne, niegodne płótna kinowego. Na deskę montażową i połowę wywalić! Najlepiej pełne 113 minut. Nic w moim życiu się nie zmieniło, oprócz skrócenia go o dwie godziny. Danke, nein, danke.


Ill Manors (Wielka Brytania 2012) – reż. Ben Drew
Nie sądziłem, że to kiedyś to powiem – niesamowity dramat uliczny w formie rapowego musicalu. To bardziej za sprawą mojej sympatii do reżyseria, znanego na scenie muzycznej pod pseudonimem Plan B, niż miłości do hip-hopu. Niech to jednak nie zniechęca. To nie jest przeważająca cecha filmu, a jedynie jego elementy. Historia toczy się swoim tempem i jest opowiedziana niezwykle dobrze. Losy wielu osób przeplatają się – tak często słyszy się teraz tego rodzaju fabuły, ale zdają one egzamin.
Tak, czy inaczej, jeden z najlepszych filmów brytyjskiej fali filmów miejskich. Szorstki, szary, niemiły dla oka ani dla samopoczucia. Raczej dla wąskiej widowni, ale oni właśnie będą wniebowzięci.


Roger Waters the Wall (Wielka Brytania 2014) – reż. Sean Evans, Roger Waters
Unikalny projekt Rogera Watersa, aby z dawnym filmem Ścianą zmiksować sporo nowych ujęć i relację z kapitalnego koncertu z ich najnowszej trasy koncertowej. Wyszło świetnie, bardzo naturalnie, płynnie, jak jeden, kompatybilny utwór. Film niezwykle emocjonalny (czasami za bardzo), ale przy tym ze smakiem i z przekazem. Choć przekaz raczej egocentryczny, skoncentrowany na Watersie, to i tak ogląda się świetnie. Facet wykonał kawał roboty w życiu to niech ma. Gwiazdor bez samouwielbienia to jak recepcja w przychodni z miłą obsługą – nie pasuje jakoś.
Wyświetlany był na całym świecie tego samego dnia i tylko raz. Ekscentryzm, na który nie każdy może sobie pozwolić. Teraz jednak prowadzona jest sprzedaż nowego wydania płyt oraz film na blue-ray'u na oficjalnej stronie wokalisty za naprawdę gruby plik zielonych. Kto nie obejrzał w kinie może zastawić dom, albo sprzedać nerkę i nadrobić zaległości.


Droga wolna! (Polska 2014) – reż. Tomasz Mielcarz, Grzegorz Ruzik, Jarosław Szablewski
Chłopaki pocieszne. W filmie mówią o robieniu filmu. Cały wstęp dotyczy zbierania funduszy. Nie mam hajsu, ale jadę! Jesteśmy biednymi muzykami, ale moment, moment, film jest o motocyklach. Tak tylko chcieliśmy pokazać, że gramy na gitarach elektrycznych. Aha, jeden z nas ma w bloku świnię, zamiast psa. Tacyśmu odjechani. W reżyserów wpisaliśmy wszystkich, bo przecież Tomek nagrał jedno ujęcie i wtedy, kiedy byliśmy w Odessie, Jareczek przecież filmował chwilę. I ojej, takeśmy popili, kacyk męczy, he he, nie dam rady jechać.
Oj żartuję, po prostu film daje amatorszczyzną, laickim, wręcz ignoranckim podejściem. Mimo to nosi ogromny ładunek zarażania pasją, oblewa uczuciem przygody i rozśmiesza. Na przyszłość jednak trzeba wszystko lepiej dopracować, od początku do końca. Jak się robi film, to się nie stawia całego wyjazdu pod znakiem zapytania, bo brakuje 500zł na wachę. Ale spoko, zazdroszczę, życzę powodzenia i pozdrawiam. Co złego, to nie ja, 8/10, daje suba, liczę na rewanż.


Co na kręci (Stany Zjednoczone 2013) – reż. Bryan H. Carroll
Przegląd historii motocykli nakręcony drogimi kamerami przez doświadczonych operatorów w wypróbowanej już formie dokumentu w stylu diskawery czanel. Ktoś wypowiada się do kogoś niewidocznego obok kamery, że kiedyś miał taką a taką markę i model i tak strasznie ją uwielbiał. Pasja, poświęcenie, nostalgia, do cholery.
Boleśnie kliszowate, ale do oglądania. Chociaż przez to niektóre fragmenty tracą pasję, którą tak chorobliwie chciano przekazać. Dużo świecących głowic, wypolerowanych na lustro baków, a jak fascynacja motocyklami to osoby znane, albo całe motocyklowe rodziny i wszyscy mają krosa: mama, tata, synek, ciocia, noworodek i babcia z dziadkiem też. Kaliber .44 filmu dokumentalnego. Większe jest lepsze tylko w stanie Teksas. Groteskowy obraz sceny motocyklowej, ale amerykanie chyba tak muszą.


Projekt X (Stany Zjednoczone 2012) – reż. Nima Nourizadeh
Całkiem niezłe to było, muszę przyznać, ale najpierw jedna rzecz. Nie chce mi się słuchać argumentów, że to rozrywka dla podludzi, że prymitywne i niskie, serio. Nie oglądasz tego dla walorów estetycznych i artyzmu, tylko żeby poczuć się jak na najlepszej domówce. Jeśli tego nie poczułeś, to nie miałeś młodości. Spieprzaj na retrospekcję Godarda i nie zawracaj dupy.
Film jest niezwykle nagrany. Spodziewałem się niedosolonej tandety w stylu American Pie, a tu niespodzianka. Zdjęcia jak w teledysku z wysokiej półki. Rozmach przechodzący ludzkie pojęcie i najlepsza muzyka klubową. Fabuła nie gra tu roli, ale realia imprezy z chlaniem na umór oddaje bezbłędnie. Chłopaki poradzili sobie z rolą, grali w sposób wyluzowany. I słowo daję, że połowa filmu kręcona była chyba na autentycznej bibie, bo takiego realizmu nowoczesnego kino w życiu nie widziało. Końcówka jest beznadziejna, przyznaję, ale jak inaczej skończyć taki film? Motyw z Costą podrywającym prezenterkę telewizyjną robi robotę i reżyser wychodzi z tej zagwozdki z twarzą.
Dystans, realizm, znakomite zdjęcia, jeszcze lepszy montaż. Najmocniejszym atutem filmu jest to, że nie jest jak matka, która próbuje mówić do gówniarza slangiem, żeby lepiej się z nim dogadać. Wszystko wychodzi naturalnie i nieżenująco. Super!
Swoją drogą podobno oparte na faktach, jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie.


Bronson (Wielka Brytania 2008) – reż. Nicolas Winding Refn
Jezusie, co tu się nawyprawiało. Pan od Drive’a miał zacne początki. Rozwalił ten film w najlepszy sposób jaki mógł. Oderwany od rzeczywistości, mocno eksperymentalny, uciekający od szablonowej kinematografii. Dla mnie miód.
Grzech nie wspomnieć o Tomie Hardym (czo :D), który kupuje mnie coraz bardziej. Nie trafiłem jeszcze na jego słabą rolę. Facet wyrósł na ludzi od czasów Kompani Braci i teraz jest absolutną filmową personą potrafiącą zagrać wszystko. Ceni się taką cechę w czasach nieelastycznych celebrytów, których renoma przerasta umiejętności, a co gorsze – ambicje. Zagrał, nie ma innego słowa, zjawiskowo. Historia jest prosta i chodzi tu raczej o doznania organoleptyczne niż duchowe. Proszę bardzo, uprzedziłem. Pozytywny przerost formy nad treścią. Tak też się da filmować, jakżeby nie. Niewielu to umie, ale Windiga Refna (czy jakkolwiek się on deklinuje) będę śledził na pewno.